Oczywiście zapraszam do komentowania, i wyrażania swojej opinij. To strasznie motywuje c:
------
Lekko otworzyłem swoje oczy, lecz obraz jaki widziałem był rozmazany. Przetarłem oczy, i zauważyłem że leżę na miękkim, wygodnym łóżku przykryty przyjemną białą kołdrą, a pod głową miałem poduszkę. Ściany pomieszczenia w którym się znajdowałem, były bardzo jasno zielone. Przetarłem raz jeszcze oczy, zrzuciłem z siebie kołdrę i wstałem na nogi. Byłem ubrany w jakąś piżamę, co cholera? Spojrzałem się przez okno które zajmowało całą część ściany. Na biurku przy łóżku znajdował się laptop, i jakieś parę mniejszych szczegółów które były strasznie nie wyraźne. Wszystko co widziałem. Było nie wyraźne, nie mam pojęcia czemu. Podszedłem do drewnianych drzwi z srebrną klamką, i je spróbowałem otworzyć. Nie mogłem. Spróbowałem je wyważyć, ale ani drgnęły. Westchnąłem, po czym odpuściłem. Usiadłem na krześle przy biurku i otworzyłem laptopa. Wcisnąłem guzik Q na górze klawiatury, i spokojnie czekałem. W między czasie chciałem wyjrzeć przez okno lecz wszystko za nim było zamazane, cholera no. Moment po tym usłyszałem dźwięk włączenia się laptopa. Wyświetlił się ekran logowania. Profil użytkownika... Daniel Ronestly. Skąd mogą mnie znać? Wszystko w jednej chwili mi się rozmazał, i bach! Nagle poczułem ból w klatce piersiowej, tak jak bym wcześniej zapomniał. Dopiero teraz sobie uświadomiłem że nade mną stoi Alex.
-ja pierdole, wstawaj! -Krzyknął na mnie. Obraz który widziałem zaczął się wyostrzać; zauważyłem rysy płomieni za plecami mojego przyjaciela. Było wciąż ciemno, lecz nie tak bardzo jak ostatnio. Szybko otrząsnąłem się, i wstałem. -Jak dobrze że żyjesz, myślałem że już nie żyjesz...-Powiedział głęboko oddychając z dłońmi na swoich udach. Coś na niego wskoczyło, wbijając w niego pazury po czym odskoczyło na dach jakiegoś budynku. Podbiegłem do niego, i spojrzałem się na niego.
-Żyjesz, stary? -Spytałem z lekkim przerażeniem w głosie. Bałem się, że coś mu się stało.
-Nie no, nic mi nie jest. Tylko co to był... -Dźwięk wybuchu mu przerwał. Przycisnąłem szczękę do klatki piersiowej odruchowo, poczułem strasznie mocny powiew wiatru i jakieś malutkie odłamki budynku oraz pył na sobie. Na szczęście Alex zdążył zasłonić twarz. Spojrzałem na jego ramię, miał wbity tam jakiś kieł czy coś, a w okół rozszarpane... Ta, rzeczywiście nic mu nie jest.
-Wstawaj, musimy się stąd wynosić -Powiedziałem zdecydowany. Nie wiedziałem gdzie, ani co tu się dzieje ale było tu źle.
-Zgadzam się, całkowicie -Wysapał. Spróbował podnieść się wspomagając się jedną ręką lecz skończył znów na ziemi. -Ee... Głupio mi o to prosić, ale... Pomożesz? -Spytał zawstydzony.
-Jasne -Odpowiedziałem po krótkim zastanowieniu. Podniosłem go, jedną z jego rąk wziąłem za swoją szyję i wyprostowałem nogi. Nie było tak ciężko. Rozejrzałem się szybko po miejscu gdy moglibyśmy pójść, wszystko w okół było zawalone, jedyne miejsce gdzie była luka to jakieś drzwi w okół których wzbijały się płomienie. Zaczęły po mnie spływać krople potu przez gorąco spowodowane ogniem. Tak, jak by ktoś chciał koniecznie żebyśmy przeszli akurat TYMI drzwiami. Nie chciałem tam iść, ale nie miałem wyboru. Poza tym, znów zgubiłem pistolet. Cholera, który to już raz? Przeklnąłem pod nosem i ruszyłem z Alexem w stronę przejścia. Dopiero teraz poczułem obciążenie jakim był On i jego sprzęt. Podszedłem do drzwi, i kopnąłem je. Wbiliśmy do budynku razem z drzwiami. Przed nami pojawiły się światła z latarek, oraz było można dostrzec rysy luf. Chciałem się spytać kim są, ale otworzyli ogień. Padliśmy na ziemię za jakiś blat. Ja opadłem na ręce, ale Alex uderzył z hukiem głową o posadzkę. Potrząsnąłem nim, nie odpowiadał. Alex, cholera! krzyknąłem. Przyłożyłem głowę do jego klatki piersiowej, biło. Żył. Będziesz żył, stary. Nie mam zamiaru go tutaj zostawić. Po paru sekundach ogień ucichł. chwyciłem dłonią towarzysza za ramię i powoli czołgałem się w stronę jakiś drzwi, trzymając się jak najbliżej blatu. Znów zaczęli strzelać. Kawałki szkła, drewna i wszystkiego co było w pomieszczeniu zaczęło mi latać nad głową. Jeden nabój nawet przebił się przez moją osłonę, na szczęście nas nie trafił. Gdy dociągnąłem się do drzwi, czekałem aż chociaż na chwilę przestaną do mnie strzelać, i po chwili ten moment nastąpił. Wstawłem zostawiając Alexa i wbiegając przez drzwi rpzede mną. Nie były zbyt wytrzymałe; po wbiegnięciu się rozkruszyły. Przede mną stał jakiś nastolatek trochę młodszy ode mnie z pistoletem wycelowanym w moją twarz. Ręce mu się trzęsły, myślę że gdyby strzelił to trafił by prędzej Alexa na ziemi niż mnie. Lufa pistoletu znajdowała się jakieś pół metra ode mnie.
-Stój... Bo s.. strzelam! -Krzyknął jąkając się chłopak. Do oczu napłynęły mu łzy. Cholera, nie wiedziałem co robić. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, które było w kształcie prostokąta.Nie było centymetra przy ścianie żeby nie było żadnego mebla. Szafki, łóżko, lampy itd. Tylko drzwi były nie obłożone meblami. Znajdowały się one na prawo ode mnie. Były lekko uchylone.
-Spokojnie, nie mam zamiaru Ci zrobić krzywdy -Mówiłem najwolniej jak tylko potrafiłem. Grałem na czas, chociaż nie wiem na co liczyłem.
-Nie wiem czy mogę Ci wierzyć -Mówił roztrzęsionym głosem. Otworzyłem usta i miałem dalej ciągnąć rozmowę ale stwierdziłem ze to nie miało by sensu. Bez namysłu wykrzyknąłem na cały głos "Zarażony!" a on się odwrócił. Po kopnięciu go w plecy z całej siły uderzył głową o komodę. Podniosłem jego pistolet który upuścił, i sprawdziłem magazynek. Był pusty. Cholera. Przeszukałem go, i znalazłem jakiś nóż kuchenny. W każdym bądź razie wyglądał na ostry. Spojrzałem przez sekundę na Alexa żeby sprawdzić czy tam dalej jest. Nie ruszył się nigdzie, w sumie było można się tego spodziewać. Ludzie którzy strzelali, na szczęście już przestali. Uznali nas za martwych? Może.
-Dobra, idziemy dalej chłopcy -Powiedział znajomy mi głos. Cholera, nie mogłem sobie przypomnieć skąd go kojarzyłem. Podszedłem do uchylonych drzwi które prowadziły na zewnątrz. Powoli je otwierałem, rozglądając się wszędzie. Przede mną stał ustawiony do mnie tyłem człowiek. Palił papierosa i przeklinał po cichu. Podszedłem najwolniej i najciszej jak mogłem, żeby mnie nie usłyszał. Nóż trzymałem przed sobą. Miał pistolet w kaburze zaczepionej do paska. Dźgnąłem go najpierw w kolano, a on wydał głośny krzyk. Cholera, mam nadzieje że nikt tego nie słyszał. Gdy obalił się na ziemię, wbiłem mu nóż w oko. Po paru sekundach próby wyjęcia broni białej z jego głowy, udało mi się. Wyciągając pistolet z jego kabury, i sprawdzając magazynek usłyszałem jak ktoś za mną idzie. Albo raczej biegnie. Upuściłem pistolet chowając magazynek do kieszeni i odwróciłem się błyskawicznie. Ktoś się na mnie rzucił, przewracając mnie.
Autor tego to niezrównoważony psychicznie dzieciak. W jednym ciele siedzą dwie osobowości, jedna jest miła, kocha nie wyobrażalnie swój kraj i się wszystkim przejmuje. Druga osobowość jest anarchistą, nie obchodzi go nic i ma ochotę wszystkich wyrżnąć w pień, przy okazji obalając system. Czy blog napisany przez takiego kogoś może być nudny?
wtorek
sobota
15. Samotny spacer.
Tak, tak wiem że mnie długo nie było, ale obiecuję się że będę się starał pisać. Ten rozdział choć krótki piszę od tygodnia, albo dwóch,eh...
--------------------------------------------
Na zewnątrz usłyszałem strzały, a dokładniej jeden strzał. Pięć sekund później kolejny, z karabinu samopowtarzalnego. Zerwałem się podnosząc swój karabin, lecz Alex złapał mnie za nadgarstek i przywrócił do wcześniejszej pozycji.
-Siedź... Próbują wybawić z budynków zimnych, i ludzi którzy z nimi nie współpracują. Jak byś wybiegł, to tak jak byś odpowiedział na ich wołanie. -Powiedział cicho Alex patrząc na mnie.
-Wybawić... Kto próbuje? - Spytałem lekko zdezorientowany.
-Rebelianci, albo ludzie Declan'a. W sumie to stoją po tej samej stronie barykady. Na pewno nie FS, bo oni nie stosują takich sposobów.
-Fs? -Spojrzałem pytająco.
-Future soldiers, żołnierze przyszłości. Ci jak by to powiedzieć... Dobrzy. -Mówił powoli.
-Dobrzy? -Powtórzyłem kiwając głową.
-Ta, dobrzy. W sensie, że jak im powiemy, że chcemy uderzyć na jakiś posterunek Evans'a, to się przyłączą. -Uśmiechnął się, ja również nie wiem czemu. -No,a teraz serio idźmy spać. -Pokiwałem głową. Znów usłyszałem strzały, tym razem nei co parę sekund. Teraz to była seria. Ale było dosyć cicho słychać, więc były dalej. Spojrzałem na Aleksa, chyba już spał... Wstałem powoli, zostawiając karabin na ziemi. Powolutku podszedłem do okna zasłoniętego poszarpaną żaluzją. Rozsunąłem zasłony, i wyjrzałem za szybę. Ciemno, i pusto. Uchyliłem lekko okno, wiatr rozbił się na mojej twarzy, przygasił lekko ognisko aby mogło po chwili znów się zregenerować. Przełożyłem jedną nogę a potem drugą, aby wyjść z budynku. Do ziemi dzieliły mnie jakieś... Trzy metry? Nie tak dużo... Skoczyłem i przewróciłem się na beton barkiem. Szybko wstałem, i obejrzałem się, czy nigdzie nie ma zarażonego. Szedłem powoli przed siebie. Usłyszałem serię z jakiegoś karabinu, padłem szybko na ziemię. Po chwili dźwięk wystrzeliwania pocisków z karabinu się ulotnił. Wstałem, i wkroczyłem w ciemną ciasną szczelinię. Nie mogłem rozłożyć nawet w niej rąk. Szedłem strasznie wolno przed siebie, było cholernie ciemno.Mimo narastającego lęku, szedłem przez te cholerne ciemności. Minęły może z trzy minuty, a ja miałem wrażenie że już idę trzy godziny. Po paruset krokach ujrzałem koniec, wyjście. Przyśpieszyłem kroku aby jak najszybciej się tam znaleźć, biegłem jak by z nowymi siłami. Dopiero metr przed wyjściem zauważyłem jakieś światełko, kurwa. A przy niej broń. Położyłem ręce za głowę i tylko coś powiedziałem. Postać trzymająca pistolet nie odpowiadała, widziałem tylko rękę. Mieła minuta. Ruszyłem nie pewnie w jej stronę, lecz bardzo ostrożnie. Dopiero gdy doszedłem do końca zobaczyłem że ta ręka zwisa z pistoletem w ręku, i zamocowaną latarką. Jezu, ale ze mnie debil.Stalem przez minutę posrany bojąc się że strzeli do mnie trup... W sumie, to by nie miało sensu gdyby nie to że trupy chodzą to było by serio zabawnie. Dopiero później doszło do mnie że przecież coś go musiało zabić, więc zaczałem macać po swoich bojówkach w celach znalezienia pistoletu. Spojrzałem się za siebie - o nie, nie ma mowy żebym tam wrócił. Chwyciłem pistolet który trzymał trup nabity na jakiś płot który wcześniej myślałem że chciał do mnie strzelić, i wyjąłem magazynek. 10 naboi załadowanych na jakieś 16. Spojrzalem jeszcze na zwisającego żołnierza, i od razu stwierdziłem że to nie był rebeliant. Ani też zwykły cywil, przypominał mi bardziej kogoś z Future Soldier. Usłyszałem dziewczęcy krzyk jakoś za moimi plecami , i czyjeś szepty. Od razu po tym poczułem czyiś oddech na plecach. Serce zaczęło mi szybciej bić, a ja nie mogłem się ruszyć. Komuś za mną oddech też przyśpieszył. Nabrałem powietrza oraz odwagi, i odwróciłem się gwałtownie, za mną stał manekin. Skąd on się kurwa tu wziął? Nie ważne, może go nie zauważyłem wcześniej... Poszedłem w jakąś stronę nie wiedziałem nawet jaką. Ale chwila... Jakim cudem on oddychał? To nie mógł być on. Odwróciłem się aby się na niego spojrzeć. Maniekin z narysowanymi oczami, ustami wklejonymi czmyś i ubraniem wyglądał strasznie realnie, szczególnie że znów patrzyłem się w jego namalowane oczy z paru centymetrów. Nie no kurwa, przecież się nie teleportował. Spojrzałem na jego długie włosy, który wyglądały jak prawdziwe. Nie wiadomo czemu naszła mnie chęć dotknięcia ich. Musknąłem włosy dłonią. Ku*wa mać, one były prawdziwe. Wmurowało mnie. Manekin się lekko uśmiechnął, a wcześniej oczy uważane za namalowane skierował w moje. Chłodną i twardą dłoń skierował na mój bark, po czym jego uśmiech rozszerzył się jeszce bardziej. Tak bardzo, że zobaczyłem coś w srodku, zęby. Ostre, długie białe kły zakończone jak groty strzał. Zamknąłem oczy ze strachu, po czym po raz kolejny nabrałem odwagi i je otworzyłem. Manekin, zniknął... Trzasnąłem się lekko w głowę z otwartej dłoni, rozejrzałem się, nie było go.Dobra moja. Skierwoałem swój pistolet w stronę moich spodni aby go schować, ale nie nie nie. Tym razem go nie zgubię. Mimo że panowała straszna, można nawet określić ją egipską ciemnością, zacząłem przyglądać się pistoletowi który wyjąłem żołnierzowi. Nie mam pojęcia dlaczego, spodobał mi się. Przyglądająć się tak zobaczyłem obok mojego cienia drugi cień obok.
-Alex, chłopie -Odrzekłem z ulgą i odwróciłem się w stronę cienia. Stał tam znowu tamten manekin...
-Akuku - Wyszeptał uśmiechając sie po czym mnie ogłuszył...
--------------------------------------------
Na zewnątrz usłyszałem strzały, a dokładniej jeden strzał. Pięć sekund później kolejny, z karabinu samopowtarzalnego. Zerwałem się podnosząc swój karabin, lecz Alex złapał mnie za nadgarstek i przywrócił do wcześniejszej pozycji.
-Siedź... Próbują wybawić z budynków zimnych, i ludzi którzy z nimi nie współpracują. Jak byś wybiegł, to tak jak byś odpowiedział na ich wołanie. -Powiedział cicho Alex patrząc na mnie.
-Wybawić... Kto próbuje? - Spytałem lekko zdezorientowany.
-Rebelianci, albo ludzie Declan'a. W sumie to stoją po tej samej stronie barykady. Na pewno nie FS, bo oni nie stosują takich sposobów.
-Fs? -Spojrzałem pytająco.
-Future soldiers, żołnierze przyszłości. Ci jak by to powiedzieć... Dobrzy. -Mówił powoli.
-Dobrzy? -Powtórzyłem kiwając głową.
-Ta, dobrzy. W sensie, że jak im powiemy, że chcemy uderzyć na jakiś posterunek Evans'a, to się przyłączą. -Uśmiechnął się, ja również nie wiem czemu. -No,a teraz serio idźmy spać. -Pokiwałem głową. Znów usłyszałem strzały, tym razem nei co parę sekund. Teraz to była seria. Ale było dosyć cicho słychać, więc były dalej. Spojrzałem na Aleksa, chyba już spał... Wstałem powoli, zostawiając karabin na ziemi. Powolutku podszedłem do okna zasłoniętego poszarpaną żaluzją. Rozsunąłem zasłony, i wyjrzałem za szybę. Ciemno, i pusto. Uchyliłem lekko okno, wiatr rozbił się na mojej twarzy, przygasił lekko ognisko aby mogło po chwili znów się zregenerować. Przełożyłem jedną nogę a potem drugą, aby wyjść z budynku. Do ziemi dzieliły mnie jakieś... Trzy metry? Nie tak dużo... Skoczyłem i przewróciłem się na beton barkiem. Szybko wstałem, i obejrzałem się, czy nigdzie nie ma zarażonego. Szedłem powoli przed siebie. Usłyszałem serię z jakiegoś karabinu, padłem szybko na ziemię. Po chwili dźwięk wystrzeliwania pocisków z karabinu się ulotnił. Wstałem, i wkroczyłem w ciemną ciasną szczelinię. Nie mogłem rozłożyć nawet w niej rąk. Szedłem strasznie wolno przed siebie, było cholernie ciemno.Mimo narastającego lęku, szedłem przez te cholerne ciemności. Minęły może z trzy minuty, a ja miałem wrażenie że już idę trzy godziny. Po paruset krokach ujrzałem koniec, wyjście. Przyśpieszyłem kroku aby jak najszybciej się tam znaleźć, biegłem jak by z nowymi siłami. Dopiero metr przed wyjściem zauważyłem jakieś światełko, kurwa. A przy niej broń. Położyłem ręce za głowę i tylko coś powiedziałem. Postać trzymająca pistolet nie odpowiadała, widziałem tylko rękę. Mieła minuta. Ruszyłem nie pewnie w jej stronę, lecz bardzo ostrożnie. Dopiero gdy doszedłem do końca zobaczyłem że ta ręka zwisa z pistoletem w ręku, i zamocowaną latarką. Jezu, ale ze mnie debil.Stalem przez minutę posrany bojąc się że strzeli do mnie trup... W sumie, to by nie miało sensu gdyby nie to że trupy chodzą to było by serio zabawnie. Dopiero później doszło do mnie że przecież coś go musiało zabić, więc zaczałem macać po swoich bojówkach w celach znalezienia pistoletu. Spojrzałem się za siebie - o nie, nie ma mowy żebym tam wrócił. Chwyciłem pistolet który trzymał trup nabity na jakiś płot który wcześniej myślałem że chciał do mnie strzelić, i wyjąłem magazynek. 10 naboi załadowanych na jakieś 16. Spojrzalem jeszcze na zwisającego żołnierza, i od razu stwierdziłem że to nie był rebeliant. Ani też zwykły cywil, przypominał mi bardziej kogoś z Future Soldier. Usłyszałem dziewczęcy krzyk jakoś za moimi plecami , i czyjeś szepty. Od razu po tym poczułem czyiś oddech na plecach. Serce zaczęło mi szybciej bić, a ja nie mogłem się ruszyć. Komuś za mną oddech też przyśpieszył. Nabrałem powietrza oraz odwagi, i odwróciłem się gwałtownie, za mną stał manekin. Skąd on się kurwa tu wziął? Nie ważne, może go nie zauważyłem wcześniej... Poszedłem w jakąś stronę nie wiedziałem nawet jaką. Ale chwila... Jakim cudem on oddychał? To nie mógł być on. Odwróciłem się aby się na niego spojrzeć. Maniekin z narysowanymi oczami, ustami wklejonymi czmyś i ubraniem wyglądał strasznie realnie, szczególnie że znów patrzyłem się w jego namalowane oczy z paru centymetrów. Nie no kurwa, przecież się nie teleportował. Spojrzałem na jego długie włosy, który wyglądały jak prawdziwe. Nie wiadomo czemu naszła mnie chęć dotknięcia ich. Musknąłem włosy dłonią. Ku*wa mać, one były prawdziwe. Wmurowało mnie. Manekin się lekko uśmiechnął, a wcześniej oczy uważane za namalowane skierował w moje. Chłodną i twardą dłoń skierował na mój bark, po czym jego uśmiech rozszerzył się jeszce bardziej. Tak bardzo, że zobaczyłem coś w srodku, zęby. Ostre, długie białe kły zakończone jak groty strzał. Zamknąłem oczy ze strachu, po czym po raz kolejny nabrałem odwagi i je otworzyłem. Manekin, zniknął... Trzasnąłem się lekko w głowę z otwartej dłoni, rozejrzałem się, nie było go.Dobra moja. Skierwoałem swój pistolet w stronę moich spodni aby go schować, ale nie nie nie. Tym razem go nie zgubię. Mimo że panowała straszna, można nawet określić ją egipską ciemnością, zacząłem przyglądać się pistoletowi który wyjąłem żołnierzowi. Nie mam pojęcia dlaczego, spodobał mi się. Przyglądająć się tak zobaczyłem obok mojego cienia drugi cień obok.
-Alex, chłopie -Odrzekłem z ulgą i odwróciłem się w stronę cienia. Stał tam znowu tamten manekin...
-Akuku - Wyszeptał uśmiechając sie po czym mnie ogłuszył...
piątek
14. Declan Evaans...
Sprawdziłem czy na pewno nic mi nie zrobił, na szczęście byłem cały. Jeśli coś by mi zrobił, to spowolniło by naszą wyprawę. Nie wiem na jak długo. A może zakażenie wdarło by mi się do organizmu, i bym umarł? Wtedy bym ich nie odnalazł... Moje rozmyślania przerwał Alex , rzucił okiem na trupa obok mnie, i rzucił tylko zdaniem "Szybko Ci poszło" po czym wszedł do środka. Cholera, przecież nie sprawdziłem całej bibloteki... Wbiegłem do budynku prawie przewracając się o zimnego na ziemi. Zaświeciłem latarką która była przymontowana pod lufą karabinu, rozglądałem się po całym budynku, przechodziłem między regałami z książkami próbując być jak najciszej, i nie wywrócić regałów które były tak nie stabilne. Książki wystawały z półek tak bardzo, ze wystarczyło by dotknięcie regału, żeby spadła wystarczająca ilość książek do zrobienia strasznego hałasu. Po pięciu minutach chodzenia po małym budynku nie znalazłem go. Kurwa, gdzie on mógł pójść? Stanąłem w rogu przed żelaznymi drzwiami pomazanymi krwią, i odciskami rąk. Było tam napisane "Pomocy! W środku zdrowi ludzie". Spojrzałem na klamkę do drzwi, a potem na swoją broń. Obejrzałem ją całą, bez wiadomej przyczyny. Chciałem robić co kolwiek, byle by tam nie wchodzić... Ale tam był Alex. A Alex wie jak dojść do Alicji. Kurde. Złapałem za klamkę, wcisnąłem mocno i pociągnąłem do siebie. Drzwi uderzyły się o futrynę, lecz nie otworzyły. Cholera, w złą stronę... Tym razem pchnąłem wejście przed siebie, a metalowe wrota się otworzyły.Natychmiast gdy drzwi sięuchyliły, podniosłem swój karabin w gotowości.Miałem idealnie ustawiony celownik względem mojego oka, karabinem celował przed siebie. Kiedy drzwi otworzyły sie wystarczająco abym się zmieścił, wbiegłem do środka. Rozejrzałem się. Na prawo ode mnie ktoś stał tyłem. Nie był to Alex. Nie był w mundurze.
-Przepraszam... -Wyszeptałem, i chciałem go dotknąc, ale się zawachałem. -Proszę pana... -Stwór rzucił się na mnie,na szczęście w tym samym momencie bokiem wbiegł ktoś z pistoletem trzymanym jedną ręką, i strzelił mu prosto w twarz. Był to oczywiście Alex.
-Gdzie Ty kurwa byłeś? -Spytałem zdenerwowany stojąc naprzeciw jego.
-Poszedłem się odlać na zewnątrz, nie ma tu żadnych zarażonych? -Spytał zupełnie spokojny rozglądając się po pomieszczeniu i żując coś. -A, znalazłem gumy do żucia, chcesz jedną, hę? -Powiedział wyciągając z kieszeni paczkę gum.
-Wiesz, że mogłem przez Ciebie zginąć? -Mówiłem próbując samemu się uspokoić.
-Taa...-Powiedział lekko zdezorientowany. -Ale nie zginąłeś! -Uśmiechnął się szeroko. Wyluzowany gość, czasami chyba też chciałbymtaki być. -Przepraszam -Powiedział.
-Ja również. -Przyznałem. Podałem mu dłoń, spojrzał sie na mnie, po czym również złapał moją dłoń. Pogodziliśmy się, jak małe dzieci. Musiało to wyglądać prze komicznie. Wyszedłem z pokoju, a on za mną.
-Trzeba rozpalić ognisko. Zamknij drzwi, żeby nic nie weszło. -Powiedział. Zmierzyłem wzrokiem regał z książkami. "Tak, to się nada" pomysłałem. Podszedłem, i zsunąłem go na drzwi. Raczej nikt ich nie otworzy. Odwróciłem się i spojrzałem się na Alex'a. Robił miejsce na samym środku pomieszczenia. Odsuwał wszystkie regały, książki z ziemi najpierw wyrywał strony i układał na środku, a potem przykrywałksiążkami. Wyjął zapałkę z kieszeni, i ją zapalił. Podłożył ją pod stos książek i kartek a one się ładnie rozpaliły.
-Nie udusimy się? -Spytałem.
-Hm... Zobaczymy, o tym nie pomyślałem tak szczerze. -Odpowiedział spokojnie. "Dobra, pewnie jest tu jakaś wentylacja" pomyślałem. -Jesteś śpiący?
-Nie, średnio. A co? -Odpowiedziałem.
-Nie, nic. Popilnuj ogniska żeby się tliło, wieczorem może zrobić się zimno w tym budynku. A ja się prześpię. Powiedział, położył sobie 3 książki podgłowę, odłożył karabin obok i zamknął oczy.
*3 godziny później*
-Nie mogę usnąć. -Powiedział Alex, i spojrzał na ognisko, a potem na mnie. Wyglądał na strasznie zmęcznego. -Masz jakiś temat do rozmowy?
-Hm... -Zastanowiłem się. -Jak myślisz, skąd jest ta cała zaraza? Bo ja nie mam żadnego pomysłu.
-Nie wiesz? -Spojrzał się na mnie robiąc duże oczy. -Declan. Declan Evaans. -Wypowiedział te słowa z wyjątkowym obrzydzeniem, z pogardą. -Trzydziesto, albo czterdziesto letni naukowiec, w sumie psychol. Stworzył tą chorobę, bo jacyś terroryści mu zapłacili. Podobno powiedzieli że wykorzystają ją w dobrym celu.
-Skąd to wszystko wiesz?
-Rozmawiałem z nim. -Odpowiedział bez wzruszenia.
-On żyje? I nie może wyprodukować antybiotyku, czy coś?
-Żyje. Ma swoją fortecę, wojsko. Czołgi, piechotę, może nawet samoloty. Ma antybiotyk, który działa przez drogi oddechowe. Ma pełno butli z tym antybiotykiem, szczepionką, nie wiem co to jest. W każdym bądź razie jeżeli dostaniesz to jakoś w ciągu 48h po ugryzieniu , nic Ci nie będzie. Jeżeli zarażonemu dostanie się to do dróg oddechowych, ginie. Tak jak by dostał kulkę w łeb.
-I nie może pomóc? Przecież mógł by tylu ludzi uratować... -Toczyłem dalej temat.
-Może, może. Ale jemu jest tak wygodnie. Zobacz, ma swoje własne wojsko, i ma szczepionke. Jest dla ludzi którzy są w tej fortecy jak król. Jemu to pasuje... Dobra, koniec tematu, kiedyśo tym pogadamy -Powiedział Alex zaspany. Przygaś ognisko trochę, i też sie połóż. Oparłem się o kredens, i zamknąłem oczy. Na prawdę było zimno.
-Przepraszam... -Wyszeptałem, i chciałem go dotknąc, ale się zawachałem. -Proszę pana... -Stwór rzucił się na mnie,na szczęście w tym samym momencie bokiem wbiegł ktoś z pistoletem trzymanym jedną ręką, i strzelił mu prosto w twarz. Był to oczywiście Alex.
-Gdzie Ty kurwa byłeś? -Spytałem zdenerwowany stojąc naprzeciw jego.
-Poszedłem się odlać na zewnątrz, nie ma tu żadnych zarażonych? -Spytał zupełnie spokojny rozglądając się po pomieszczeniu i żując coś. -A, znalazłem gumy do żucia, chcesz jedną, hę? -Powiedział wyciągając z kieszeni paczkę gum.
-Wiesz, że mogłem przez Ciebie zginąć? -Mówiłem próbując samemu się uspokoić.
-Taa...-Powiedział lekko zdezorientowany. -Ale nie zginąłeś! -Uśmiechnął się szeroko. Wyluzowany gość, czasami chyba też chciałbymtaki być. -Przepraszam -Powiedział.
-Ja również. -Przyznałem. Podałem mu dłoń, spojrzał sie na mnie, po czym również złapał moją dłoń. Pogodziliśmy się, jak małe dzieci. Musiało to wyglądać prze komicznie. Wyszedłem z pokoju, a on za mną.
-Trzeba rozpalić ognisko. Zamknij drzwi, żeby nic nie weszło. -Powiedział. Zmierzyłem wzrokiem regał z książkami. "Tak, to się nada" pomysłałem. Podszedłem, i zsunąłem go na drzwi. Raczej nikt ich nie otworzy. Odwróciłem się i spojrzałem się na Alex'a. Robił miejsce na samym środku pomieszczenia. Odsuwał wszystkie regały, książki z ziemi najpierw wyrywał strony i układał na środku, a potem przykrywałksiążkami. Wyjął zapałkę z kieszeni, i ją zapalił. Podłożył ją pod stos książek i kartek a one się ładnie rozpaliły.
-Nie udusimy się? -Spytałem.
-Hm... Zobaczymy, o tym nie pomyślałem tak szczerze. -Odpowiedział spokojnie. "Dobra, pewnie jest tu jakaś wentylacja" pomyślałem. -Jesteś śpiący?
-Nie, średnio. A co? -Odpowiedziałem.
-Nie, nic. Popilnuj ogniska żeby się tliło, wieczorem może zrobić się zimno w tym budynku. A ja się prześpię. Powiedział, położył sobie 3 książki podgłowę, odłożył karabin obok i zamknął oczy.
*3 godziny później*
-Nie mogę usnąć. -Powiedział Alex, i spojrzał na ognisko, a potem na mnie. Wyglądał na strasznie zmęcznego. -Masz jakiś temat do rozmowy?
-Hm... -Zastanowiłem się. -Jak myślisz, skąd jest ta cała zaraza? Bo ja nie mam żadnego pomysłu.
-Nie wiesz? -Spojrzał się na mnie robiąc duże oczy. -Declan. Declan Evaans. -Wypowiedział te słowa z wyjątkowym obrzydzeniem, z pogardą. -Trzydziesto, albo czterdziesto letni naukowiec, w sumie psychol. Stworzył tą chorobę, bo jacyś terroryści mu zapłacili. Podobno powiedzieli że wykorzystają ją w dobrym celu.
-Skąd to wszystko wiesz?
-Rozmawiałem z nim. -Odpowiedział bez wzruszenia.
-On żyje? I nie może wyprodukować antybiotyku, czy coś?
-Żyje. Ma swoją fortecę, wojsko. Czołgi, piechotę, może nawet samoloty. Ma antybiotyk, który działa przez drogi oddechowe. Ma pełno butli z tym antybiotykiem, szczepionką, nie wiem co to jest. W każdym bądź razie jeżeli dostaniesz to jakoś w ciągu 48h po ugryzieniu , nic Ci nie będzie. Jeżeli zarażonemu dostanie się to do dróg oddechowych, ginie. Tak jak by dostał kulkę w łeb.
-I nie może pomóc? Przecież mógł by tylu ludzi uratować... -Toczyłem dalej temat.
-Może, może. Ale jemu jest tak wygodnie. Zobacz, ma swoje własne wojsko, i ma szczepionke. Jest dla ludzi którzy są w tej fortecy jak król. Jemu to pasuje... Dobra, koniec tematu, kiedyśo tym pogadamy -Powiedział Alex zaspany. Przygaś ognisko trochę, i też sie połóż. Oparłem się o kredens, i zamknąłem oczy. Na prawdę było zimno.
środa
13. Bibloteka.
Przepraszam że taki króciutki, ale chciałem tylko coś dopisać do informacji, iż załozyłem fp. Jeśli ktoś mnie czyta, to zapraszam do zaobserwowania. Nie obraziłbym się gdybyście polecili moj blog znajomym itd ^^
https://www.facebook.com/pages/Daniel-Ronestly/262552937274410?ref=hl
------------------
Siedzieliśmy jeszcze chwilę w ciszy, po czym Alex się odezwał.
-Jeszcze trochę i się ściemni, a my musimy przejść trochę, i znaleźć miejsce na postój. Masz tutaj jeszcze jeden magazynek do Twojego karabinu. -Podniósł z ziemi czarny magazynek i mi go podał. Wbiłem go do kieszeni w kamizelce z przodu, i ruszyłem za nim. Zarzucił broń na ramię, a my wyszliśmy. Słońce odbijało mi się w googlach, na szczęście były lekko przyciemniane.Wszędzie było tak pusto. W niektórych miejscach szli "Zimni" tak jak to mówił Aleksander. Nie przejmowaliśmy się tym, tak szczerze. Wystarczyło im wbić coś ostrego w łeb, a zdychali natychmiastowo.
-Gdzie idziemy ? -Spytałem podążając za czarnowłosym chłopakiem.
-Idziemy przed siebie. -Odpowiedział.
-A nie mieliśmy iść odnaleźć Alicję i resztę?... -Spytałem lekko zawiedziony jego odpowiedzią.
-No przecież tak powiedziałem. -Odpowiedział po czym wzruszył ramionami. -Widzisz tą biblotekę? -Zapytał wskazując lufą karabinu na szary budynek z jednym małym okienkiem. -Spędzimy tam noc. Dasz sobie radę sprawdzić czy to miejsce jest bezpieczne?
-Postaram się. -Powiedziałem bez wzruszenia. Poradziłem sobie z przejściem przez kanały, z uratowaniem Alicji i Ghostt'a przed jakimiś żołnierzami, nie dał bym sobie rady z paroma zimnymi? Proszę was. Gdy szedł w stronę jakiegoś warzywniaka czy coś, krzyknął że idzie po żarcie. Westchnąłem, i podszedłem do drzwi. Prawą ręką złapałem za klamkę a lewą przytrzymałem karabin na wysokości głowy. Dopiero teraz zauważyłem że jestem leworęczny. Powolutku otwierałem drzwi, tak jak bym wiedział że gdy wydadzą jaki kolwiek dźwięk, zginę. Gdy otworzyłem drzwi na tyle żebym mógł się przecisnąć bez problemu, wbiegłem i zapaliłem latarkę w karabinie. Niestety zapomniałem że mam na sobie kamizelkę, która popchnęła drzwi, przez co uderzyły z dużą siłą i zrobiły ogromny hałas. No cóż, z zakradnięcia się nici.Od razu w świetle latarki pojawił sie zarażony. Biegł do mnie jak sowiecki żołnierz do karabinu na wojnie. Wystrzeliłem trzy pociski, każdy trafił w jego twarz, przez co została totalnie zniszczona. Głowa mu na górze ekplodowała, a dwa naboje wbiły się prosto w oczy. Łaaa, ładnie. Przez chwilę jeszcze się patrzyłem na trupa, ale jeden wbiegł we mnie, dosłownie prawie wbił we mnie karabin. Złapał mnie swoimi zarośniętymi łapami za karabin, a twarzą próbował zbliżyć się do mnie i mnie ugryźć. Odpierałem go swoim karabinem najdalej jak mogłem, ale nic nie mogłem zrobić. miałem wrażenie że mnie zaraz przewróci. Z jego ust, a przynajmniej tego co mu zwisało i kiedyś prawodopodobnie było ustami wydobywał się straszny, nie miły zapach. Padliny, trupa. Policzek przebił mu ząb, który lekko wystawał. Był cały żółty. A na głowie mieściło mu się pare włosków. Nie miał brwi, ani powiek...Gałki oczne prawie mu wychodziły. Skórę miał rozszarpaną. Był taki... Obrzydliwy. Przez to ze się tak skupiłem na jego wyglądzie, przewrócił mnie na ziemię. Leżał na mnie, czułem nawet jego sapanie. Tak strasznie mu waliło z mordy że miałem wrażenie, że zemdleję za parę sekund. Chciałem sięgnąć po nóż, ale był za nisko na nodze i nie dosięgałem. Zgiąłem nogę by go przybliżyć do siebie, lecz zimny przez to znalazł się parę centymetrów od mojej twarzy. Wyjąłem szybko nóż, i wbiłem mu go w czaszkę, a on pozstawił mi na goglach krew. Przetarłem je rękawem, ale były rozmazane. Zrzuciłem z siebie trupa, przetrzepałem mundur. Kurwa, a był taki czysty.
https://www.facebook.com/pages/Daniel-Ronestly/262552937274410?ref=hl
------------------
Siedzieliśmy jeszcze chwilę w ciszy, po czym Alex się odezwał.
-Jeszcze trochę i się ściemni, a my musimy przejść trochę, i znaleźć miejsce na postój. Masz tutaj jeszcze jeden magazynek do Twojego karabinu. -Podniósł z ziemi czarny magazynek i mi go podał. Wbiłem go do kieszeni w kamizelce z przodu, i ruszyłem za nim. Zarzucił broń na ramię, a my wyszliśmy. Słońce odbijało mi się w googlach, na szczęście były lekko przyciemniane.Wszędzie było tak pusto. W niektórych miejscach szli "Zimni" tak jak to mówił Aleksander. Nie przejmowaliśmy się tym, tak szczerze. Wystarczyło im wbić coś ostrego w łeb, a zdychali natychmiastowo.
-Gdzie idziemy ? -Spytałem podążając za czarnowłosym chłopakiem.
-Idziemy przed siebie. -Odpowiedział.
-A nie mieliśmy iść odnaleźć Alicję i resztę?... -Spytałem lekko zawiedziony jego odpowiedzią.
-No przecież tak powiedziałem. -Odpowiedział po czym wzruszył ramionami. -Widzisz tą biblotekę? -Zapytał wskazując lufą karabinu na szary budynek z jednym małym okienkiem. -Spędzimy tam noc. Dasz sobie radę sprawdzić czy to miejsce jest bezpieczne?
-Postaram się. -Powiedziałem bez wzruszenia. Poradziłem sobie z przejściem przez kanały, z uratowaniem Alicji i Ghostt'a przed jakimiś żołnierzami, nie dał bym sobie rady z paroma zimnymi? Proszę was. Gdy szedł w stronę jakiegoś warzywniaka czy coś, krzyknął że idzie po żarcie. Westchnąłem, i podszedłem do drzwi. Prawą ręką złapałem za klamkę a lewą przytrzymałem karabin na wysokości głowy. Dopiero teraz zauważyłem że jestem leworęczny. Powolutku otwierałem drzwi, tak jak bym wiedział że gdy wydadzą jaki kolwiek dźwięk, zginę. Gdy otworzyłem drzwi na tyle żebym mógł się przecisnąć bez problemu, wbiegłem i zapaliłem latarkę w karabinie. Niestety zapomniałem że mam na sobie kamizelkę, która popchnęła drzwi, przez co uderzyły z dużą siłą i zrobiły ogromny hałas. No cóż, z zakradnięcia się nici.Od razu w świetle latarki pojawił sie zarażony. Biegł do mnie jak sowiecki żołnierz do karabinu na wojnie. Wystrzeliłem trzy pociski, każdy trafił w jego twarz, przez co została totalnie zniszczona. Głowa mu na górze ekplodowała, a dwa naboje wbiły się prosto w oczy. Łaaa, ładnie. Przez chwilę jeszcze się patrzyłem na trupa, ale jeden wbiegł we mnie, dosłownie prawie wbił we mnie karabin. Złapał mnie swoimi zarośniętymi łapami za karabin, a twarzą próbował zbliżyć się do mnie i mnie ugryźć. Odpierałem go swoim karabinem najdalej jak mogłem, ale nic nie mogłem zrobić. miałem wrażenie że mnie zaraz przewróci. Z jego ust, a przynajmniej tego co mu zwisało i kiedyś prawodopodobnie było ustami wydobywał się straszny, nie miły zapach. Padliny, trupa. Policzek przebił mu ząb, który lekko wystawał. Był cały żółty. A na głowie mieściło mu się pare włosków. Nie miał brwi, ani powiek...Gałki oczne prawie mu wychodziły. Skórę miał rozszarpaną. Był taki... Obrzydliwy. Przez to ze się tak skupiłem na jego wyglądzie, przewrócił mnie na ziemię. Leżał na mnie, czułem nawet jego sapanie. Tak strasznie mu waliło z mordy że miałem wrażenie, że zemdleję za parę sekund. Chciałem sięgnąć po nóż, ale był za nisko na nodze i nie dosięgałem. Zgiąłem nogę by go przybliżyć do siebie, lecz zimny przez to znalazł się parę centymetrów od mojej twarzy. Wyjąłem szybko nóż, i wbiłem mu go w czaszkę, a on pozstawił mi na goglach krew. Przetarłem je rękawem, ale były rozmazane. Zrzuciłem z siebie trupa, przetrzepałem mundur. Kurwa, a był taki czysty.
wtorek
12. Oddział Alexa.
Napisać dwa roździały zamiast spać, czemu nie? Miłego czytania c; ~Azrael
------------
-No cóż, nieźle. Pomogę Ci ich szukać, i tak zostałem już chyba sam, wątpię zeby te jełopy bezemnie przeżyły. -Zaśmiał się lekko.
-Jesteś żołnierzem? -Zapytałem z ciekawością.Spojrzał się na mnie i nic nie mówił.
-Ach, ja? Nie , nie jestem żołniezrem, nikt z nas nie był nigdy w wojsku. To znaczy, ja odsiedziałem trochę w armii,ale nic więcej. Wszystko mamy po martwych żołnierzach. Tak jak teraz Ty -Wskazał palcem cały czas siedząc na "mój" mundur. Był lekko pokrwawiony lecz nie zbyt mi to rpzeszkadzało.
-Rozumiem -powiedziałem patrząc się bez najmniejszego sensu w stronę zniszczonego korytarza. MIałem powypychaną kamizelkę granatami i magazynkami, jakieś urządzenia, kompas, lornetka, pełny plecak z tyłu, nóż w kaburze na nodze, ciężkie buty, i nałaodowany karabin leżący na moim brzuchu. Czułem się jak bym był żołnierzem. Siedzieliśmy odpoczywając przez parę minut, bez słowa. Blaski słońca odbijały się w niektórych płytach, zaczęło robić się coraz cieplej i bardziej duszno. W końcu chłopak Alex wstał, i rozejrzał się.
-Wiem gdzie są twoi przyjaciele. -Uśmiechnął się. -A przynajmniej tak mi się zdaje. Ale są dwie opcje. -Powiedział i uśmiech zszedł z jego twarzy.
-Albo będą tam gdzie myślę, albo wszyscy zginęli, razem z nimi. -Powiedział szorstko.
-Dlaczego niby mieli by tam być? -Spytałem próbując podtrzymać się na duchu.
-Bo to w miarę bezpiecznie miejsce. Płoty, wilcze doły, wieża strażnicza, ludzie pilnujący wejścia.-Mówił patrząc się w wyjście, i bawiąc się bronią. -Transportują tam każdego kogo znajdą, pomagają mu. Ale jakiś czas temu straciliśmy z nimi kontakt.
-Mówiłeś że zostałeś sam... -Przerwałem mu.
-Aj no nie przerywaj mi, bo mnie zdenerwujesz -zaśmiał się -No teoretycznie tak, bo ludzie którzy tutaj byli to taki jak by oddział którym dowodziłem. Składał się z dziesięciu ludzi. Tylko my mieliśmy karabiny szturmowe, karabiny lekkie, ciężkie, mieliśmy wszystko.kamizelki itd. Reszta ta która pilnuje obozu ma tylko jakieś pistolety i karabiny typu springfield m1903 albo jakieś thompsony. Za to mają lub mieli pełny magazyn amunicji. My byliśmy grupą wypadową. Braliśmy auto, jechaliśmy w wyznaczone miejsce, braliśmy co się dało, i spieprzaliśmy do swoich. Wszystko szło wspaniale, nikt nie zostawał ranny, nigdy nie byliśmy w sytuacji krytycznej. Do wczorajszego dnia.
-Daleko jest ten obóz? -znów przerwałem.
-Ugh, jakieś 200-300 km stąd, czemu pytasz? -Zaczął się denerwować. Serio go to wkurzało.
-Skoro jest tak daleko, to jakim cudem stąd by zabrali moich przyjaciół? -Spytałem tracąc nadzieję.
-Prawdopodobnie nas szukali. A osobą która najlepiej u nich kieruje jest kobieta o wyjątkowo miękkim sercu. Bierze każdego kto potrzebuje pomocy. Mogę mówić dalej? -Przytaknąłem. -No więc zaczęło się to dwa dni temu. Naszym celem była forteca położona jakieś 500 kilometrów od nas. Może 550. Mówią o niej, że jest cała okopana, uzbrojona w działa , karabiny maszynowe, snajperów, doświadczonych żołnierzy. Że mają czołgi, helikoptery, lekarstwa, jedzenie, wszystko. Wyjechaliśmy z naszego obozu dwoma ciemno zielonymi pojazdami opancerzonymi HUMVEE z działkami na dachach.W bagażnikach parę zapasowych karabinów, koce,picie jedzenie i paliwo. Wszystko co siędało, ale oczywiście nic by nie starczło na tak długą podróż. Jakoś w połowe, czyli gdzieś... Dzisiaj rano? wysiedliśmy przy jakimś markecie rozbawieni, z nadzieją że znajdziemy prowiant , i może odpoczniemy.Na zewnątrz było pusto. Kierowcy zostali na wypadek gdybyśmy musieli szybko odjechać. Weszliśmy do środka i właczyliśmy noktowizory w goglach ,taki nowoczesny sprzęt. Szliśmy po cichu, w ósemkę. Po dwóch z przodu, tyłu,prawej i lewejz karabinami wycelowymi przed siebie. Usłyszeliśmy w końcu czyjeś krzyki. Nie były to krzyki zimnych. Były to krzyki ludzi. A jeden człowiek uzbrojony równa się 50 zimnym. Ludzie są groźniejsi, potrafią użyć mózgu, a tamte nie. Wpadliśmy pod ostrzał.Strzelali do nas ze wszystkiego, z karabinów maszynowych, pistoletów, strzelb nawet raz padł strzał z rpg'a. Puste kartony, butelki, jedzenie, wszystko co było na pułkach latało wszędzie, a kule dziurawiły regały. Biegliśmy między nimi tak jak by to był labirynt. Zgubiliśmy się, nie wiedzieliśmy gdzie jest wyjście. Wskoczyliśmy za ladę, ale ostrzał ustał tylko na chwilę ; musieli przeładować. Było ich z dwudziestu. Napierdalali w nas jak by amunicja im się nie kończyła. Byliśmy przygwożdżeni. Jeff wychylił się w celu rzucenia granata. Udało mu sięgo rzucić, lecz nie doleciał. A on sam dostał w szyję. Nasz "Medyk" zajął się nim, ale nie miał niczego czym by mógł mu pomóc. Musiałem decydować co robić. Chłopak mógł umrzeć... Mój plan był taki; rzucimy trzy granaty w ich stronę bez wychylania się. Byle by przez chwilę przestali strzelać. Schowali sięczy coś. W trójkę pójdziemy do auta po rzeczy itd, wrócimy tędy którędy wyszliśmy, a kierowcy wysadzą ściany i wjada w budynek rozstrzeliwując wsystko oprócz naszej pozycji. Czyli na pozycji została by pięciu chłopaków z czego jeden ranny. Tak też zrobiliśmy, rzuciliśmy granaty a oni albo przeładowywali, albo się schowali przed odłamkami. W każdym bądź razie szło dobrze,nie strzelali a my wybiegliśmy wyjściem ewakuacyjnym które było jakieś pięć metrów przed nami. Zdążyłem krzyknąć "Wrócimy po was' i zniknęliśmy z ich polawidzenia. Od razu usłyszeliśmy kolejne strzały. Byliśmy po drugiej stronie budynku, taki parking dla personelu. I ciężarówek. Zaczęliśmy biec w stronę naszych aut. Na rogu dałem znak aby się zatrzymali. Wychyliłem się lekko, i zobaczyłem nasze wozy. Nie były zapalone, a miały być cały czas. Paliwa jeszcze było. Wycelowałem karabin i cały czas rozglądając się wszędzie przeszedłem do wozu a chłopcy za mną. W szybie była dziura, a na szkle była krew i kawałki mózgu. Kierwocy byli... Martwi. Ktoś ich zastrzelił, kurwa. Przyjrzałem się autom. Powietrze z opon było spuszczone, nie mogliśmy wjechać do budynku ani nic. Oliver zamknął oczy kierowcom i pomodlił się za nich. DLa mnie to zawsze było głupstwo. Ale wracając do rzeczy, stwierdziliśmy że sami tam wejdziemy w trójkę. Wzieliśmy dynamit, i podeszliśmy do rogu budynku , z którego byli tamci. Przykleiłem dynamit do sciany, i zapaliłem. Schowaliśmy się za jakimś autem przed odłamkami budynku. Wybuchło. Weszliśmy do środka krzycząc coś, co kolwiek byle by się wystraszyli. Oliver trzymał karabin na biodrze, i strzelał gdzie popadnie . W pewnym momencie opuścił karabin, i wyjął pistolet i nóż. Dopiero teraz dym opadł. Zaczeliśmy strzelać do chłopaków w wieku 15-20 lat. Takich młodych. Nawet się nie bronili, nie wiedzieli co siędzieje. Po paru sekundach było już cicho. Za cicho, nie słyszeliśmy swoich. Wbieglśmy za lade, ale było za późno. Wszyscy byli podziurawieni, martwi. Akurat gdy wbiegliśmy jeden z naszych przyłożył sobie broń do skroni i wystrzelił. Nikt nie żył. Powystrzelali ich. A medyk leżał na Jeffie... Jezu, co tu siestało. Musieli ich zajść. Pozamykaliśmy im oczy, i ich tam pochowaliśmy. Tak minęła połowa dnia. No a później doszliśmy tutaj, w poszukiwaniu baterii do krótkofalówek, no ale... Yh, stracliłem wszystkich -Zaczął mówić ze łzami w oczach -Co ze mnie za dowódca, skoro jednego dnia straciłem tak swietnych ludzi? Kurwa, dziewięciu ludzi... Co za idiotą trzeba być... -Mówił zakrywając oczy ręką. -Ale naprawię to kurwa. Pomogę Ci znaleźć przyjaciół. Nie pozwolę Ci poznać co to znaczy ich stracić. Nie pozwolę...
------------
-No cóż, nieźle. Pomogę Ci ich szukać, i tak zostałem już chyba sam, wątpię zeby te jełopy bezemnie przeżyły. -Zaśmiał się lekko.
-Jesteś żołnierzem? -Zapytałem z ciekawością.Spojrzał się na mnie i nic nie mówił.
-Ach, ja? Nie , nie jestem żołniezrem, nikt z nas nie był nigdy w wojsku. To znaczy, ja odsiedziałem trochę w armii,ale nic więcej. Wszystko mamy po martwych żołnierzach. Tak jak teraz Ty -Wskazał palcem cały czas siedząc na "mój" mundur. Był lekko pokrwawiony lecz nie zbyt mi to rpzeszkadzało.
-Rozumiem -powiedziałem patrząc się bez najmniejszego sensu w stronę zniszczonego korytarza. MIałem powypychaną kamizelkę granatami i magazynkami, jakieś urządzenia, kompas, lornetka, pełny plecak z tyłu, nóż w kaburze na nodze, ciężkie buty, i nałaodowany karabin leżący na moim brzuchu. Czułem się jak bym był żołnierzem. Siedzieliśmy odpoczywając przez parę minut, bez słowa. Blaski słońca odbijały się w niektórych płytach, zaczęło robić się coraz cieplej i bardziej duszno. W końcu chłopak Alex wstał, i rozejrzał się.
-Wiem gdzie są twoi przyjaciele. -Uśmiechnął się. -A przynajmniej tak mi się zdaje. Ale są dwie opcje. -Powiedział i uśmiech zszedł z jego twarzy.
-Albo będą tam gdzie myślę, albo wszyscy zginęli, razem z nimi. -Powiedział szorstko.
-Dlaczego niby mieli by tam być? -Spytałem próbując podtrzymać się na duchu.
-Bo to w miarę bezpiecznie miejsce. Płoty, wilcze doły, wieża strażnicza, ludzie pilnujący wejścia.-Mówił patrząc się w wyjście, i bawiąc się bronią. -Transportują tam każdego kogo znajdą, pomagają mu. Ale jakiś czas temu straciliśmy z nimi kontakt.
-Mówiłeś że zostałeś sam... -Przerwałem mu.
-Aj no nie przerywaj mi, bo mnie zdenerwujesz -zaśmiał się -No teoretycznie tak, bo ludzie którzy tutaj byli to taki jak by oddział którym dowodziłem. Składał się z dziesięciu ludzi. Tylko my mieliśmy karabiny szturmowe, karabiny lekkie, ciężkie, mieliśmy wszystko.kamizelki itd. Reszta ta która pilnuje obozu ma tylko jakieś pistolety i karabiny typu springfield m1903 albo jakieś thompsony. Za to mają lub mieli pełny magazyn amunicji. My byliśmy grupą wypadową. Braliśmy auto, jechaliśmy w wyznaczone miejsce, braliśmy co się dało, i spieprzaliśmy do swoich. Wszystko szło wspaniale, nikt nie zostawał ranny, nigdy nie byliśmy w sytuacji krytycznej. Do wczorajszego dnia.
-Daleko jest ten obóz? -znów przerwałem.
-Ugh, jakieś 200-300 km stąd, czemu pytasz? -Zaczął się denerwować. Serio go to wkurzało.
-Skoro jest tak daleko, to jakim cudem stąd by zabrali moich przyjaciół? -Spytałem tracąc nadzieję.
-Prawdopodobnie nas szukali. A osobą która najlepiej u nich kieruje jest kobieta o wyjątkowo miękkim sercu. Bierze każdego kto potrzebuje pomocy. Mogę mówić dalej? -Przytaknąłem. -No więc zaczęło się to dwa dni temu. Naszym celem była forteca położona jakieś 500 kilometrów od nas. Może 550. Mówią o niej, że jest cała okopana, uzbrojona w działa , karabiny maszynowe, snajperów, doświadczonych żołnierzy. Że mają czołgi, helikoptery, lekarstwa, jedzenie, wszystko. Wyjechaliśmy z naszego obozu dwoma ciemno zielonymi pojazdami opancerzonymi HUMVEE z działkami na dachach.W bagażnikach parę zapasowych karabinów, koce,picie jedzenie i paliwo. Wszystko co siędało, ale oczywiście nic by nie starczło na tak długą podróż. Jakoś w połowe, czyli gdzieś... Dzisiaj rano? wysiedliśmy przy jakimś markecie rozbawieni, z nadzieją że znajdziemy prowiant , i może odpoczniemy.Na zewnątrz było pusto. Kierowcy zostali na wypadek gdybyśmy musieli szybko odjechać. Weszliśmy do środka i właczyliśmy noktowizory w goglach ,taki nowoczesny sprzęt. Szliśmy po cichu, w ósemkę. Po dwóch z przodu, tyłu,prawej i lewejz karabinami wycelowymi przed siebie. Usłyszeliśmy w końcu czyjeś krzyki. Nie były to krzyki zimnych. Były to krzyki ludzi. A jeden człowiek uzbrojony równa się 50 zimnym. Ludzie są groźniejsi, potrafią użyć mózgu, a tamte nie. Wpadliśmy pod ostrzał.Strzelali do nas ze wszystkiego, z karabinów maszynowych, pistoletów, strzelb nawet raz padł strzał z rpg'a. Puste kartony, butelki, jedzenie, wszystko co było na pułkach latało wszędzie, a kule dziurawiły regały. Biegliśmy między nimi tak jak by to był labirynt. Zgubiliśmy się, nie wiedzieliśmy gdzie jest wyjście. Wskoczyliśmy za ladę, ale ostrzał ustał tylko na chwilę ; musieli przeładować. Było ich z dwudziestu. Napierdalali w nas jak by amunicja im się nie kończyła. Byliśmy przygwożdżeni. Jeff wychylił się w celu rzucenia granata. Udało mu sięgo rzucić, lecz nie doleciał. A on sam dostał w szyję. Nasz "Medyk" zajął się nim, ale nie miał niczego czym by mógł mu pomóc. Musiałem decydować co robić. Chłopak mógł umrzeć... Mój plan był taki; rzucimy trzy granaty w ich stronę bez wychylania się. Byle by przez chwilę przestali strzelać. Schowali sięczy coś. W trójkę pójdziemy do auta po rzeczy itd, wrócimy tędy którędy wyszliśmy, a kierowcy wysadzą ściany i wjada w budynek rozstrzeliwując wsystko oprócz naszej pozycji. Czyli na pozycji została by pięciu chłopaków z czego jeden ranny. Tak też zrobiliśmy, rzuciliśmy granaty a oni albo przeładowywali, albo się schowali przed odłamkami. W każdym bądź razie szło dobrze,nie strzelali a my wybiegliśmy wyjściem ewakuacyjnym które było jakieś pięć metrów przed nami. Zdążyłem krzyknąć "Wrócimy po was' i zniknęliśmy z ich polawidzenia. Od razu usłyszeliśmy kolejne strzały. Byliśmy po drugiej stronie budynku, taki parking dla personelu. I ciężarówek. Zaczęliśmy biec w stronę naszych aut. Na rogu dałem znak aby się zatrzymali. Wychyliłem się lekko, i zobaczyłem nasze wozy. Nie były zapalone, a miały być cały czas. Paliwa jeszcze było. Wycelowałem karabin i cały czas rozglądając się wszędzie przeszedłem do wozu a chłopcy za mną. W szybie była dziura, a na szkle była krew i kawałki mózgu. Kierwocy byli... Martwi. Ktoś ich zastrzelił, kurwa. Przyjrzałem się autom. Powietrze z opon było spuszczone, nie mogliśmy wjechać do budynku ani nic. Oliver zamknął oczy kierowcom i pomodlił się za nich. DLa mnie to zawsze było głupstwo. Ale wracając do rzeczy, stwierdziliśmy że sami tam wejdziemy w trójkę. Wzieliśmy dynamit, i podeszliśmy do rogu budynku , z którego byli tamci. Przykleiłem dynamit do sciany, i zapaliłem. Schowaliśmy się za jakimś autem przed odłamkami budynku. Wybuchło. Weszliśmy do środka krzycząc coś, co kolwiek byle by się wystraszyli. Oliver trzymał karabin na biodrze, i strzelał gdzie popadnie . W pewnym momencie opuścił karabin, i wyjął pistolet i nóż. Dopiero teraz dym opadł. Zaczeliśmy strzelać do chłopaków w wieku 15-20 lat. Takich młodych. Nawet się nie bronili, nie wiedzieli co siędzieje. Po paru sekundach było już cicho. Za cicho, nie słyszeliśmy swoich. Wbieglśmy za lade, ale było za późno. Wszyscy byli podziurawieni, martwi. Akurat gdy wbiegliśmy jeden z naszych przyłożył sobie broń do skroni i wystrzelił. Nikt nie żył. Powystrzelali ich. A medyk leżał na Jeffie... Jezu, co tu siestało. Musieli ich zajść. Pozamykaliśmy im oczy, i ich tam pochowaliśmy. Tak minęła połowa dnia. No a później doszliśmy tutaj, w poszukiwaniu baterii do krótkofalówek, no ale... Yh, stracliłem wszystkich -Zaczął mówić ze łzami w oczach -Co ze mnie za dowódca, skoro jednego dnia straciłem tak swietnych ludzi? Kurwa, dziewięciu ludzi... Co za idiotą trzeba być... -Mówił zakrywając oczy ręką. -Ale naprawię to kurwa. Pomogę Ci znaleźć przyjaciół. Nie pozwolę Ci poznać co to znaczy ich stracić. Nie pozwolę...
11. Alex
na wstępie przepraszam za te błędy, i za to że to chyba jeden z najnudniejszych i najsłabszych roździałów (Pod każdym względem). Dawno nie pisałem zbytnio niczego poza sms'ami i wiadomościami tak więc muszę się od nowa "rozkręcić". No ale musiałem w końcu coś napisać, bo mam tyle pomysłów, a nie chce mi się. To chyba przez pogodę, i przez to ile mam teraz zajęć. No cóż, miłego czytania ;) ~Azrael
----------------------------------------------
Gaz wlatywał powoli zapełniając pomieszczenie, dusiłem się. Spojrzałem na małą szybę w żelaznych drzwiach. Była szerokości i wysokości powierzchni na ręce od nadgarstka do łokcia. Wziąłem głęboki oddech,i wymierzyłem uderzenie w szybę. Parę odłamków szkła wbiło mi się w kostki, cholera. Wyciągnąłem rękę w poszukiwaniu klamki. Oczywiście pokaleczyłem sobie przy tym nieźle rękę. W końcu złapałem za klamkę. Jest, udało się. Zacisnąłem swoją dłoń na klamce, i przekręciłem ją. Drzwi się otworzyły, a ja szybko wyjąłem rękę z otworu w drzwiach. Wyszedłem na korytarz ostatni raz spoglądając na zmasakrowaną twarz kobiety i zamykając za sobą ciężkie drzwi. Nie miałem przy sobie broni. Kuźwa. Usłyszałem ryki zombie. Z skrzyżowania korytarzy po lewej wybiegło trzech ludzi z karabinami w rękach. Biegło w moją stronę, miałem uciekać, ale ktoś z innego pokoju wypchnął coś, chyba kanapę. Tak, to była biała kanapa. Kurwa, czemu wszystko tutaj jest białe? Mniejsza z tym, mam więcej zmartwień na głowie... Bojownicy, czy chuj wie kto schowali się za kanapą. Teraz dostrzegłem wyjście na końcu korytarza, niestety właśnie je zablokowali. O dziwo, schowali się patrząc w stronę wyjścia, nie zwracając na mnie uwagi. Co jest?... Jeden z nich się odwrócił do mnie. Pod jego lufą była włączona latarka, która mnie oślepiła. Zakryłem dłonią oczy.
-Coś za jeden? Eh dobra, nie ważne. -Mówił człowiek w amerykańskim mundurze, z hełmem na głowie, noktowizorem, i całym oporządzeniem. Tylko czemu mówił w moim języku? Wyciągnął z plecaka jakiś mały karabinek. -Mam nadzieję że umiesz strzelać. Siadaj tu, jak coś się ruszy w wyjściu, i będzie chciało się tu przedostać, strzelaj. -Rzucił jeszcze mi dwa magazynki. -Chłopaki, idziemy! -Krzyknął. Pobiegli za mnie, a ja wbiegłem za prowizoryczną osłonę. Mam nadzieję że coś da. Dwa magazynki , i jeden w karabinie to nie tak mało... Mężczyzna poklepał mnie serdecznie po ramieniu, i pobiegł. Znikając w przejściu krzyknął tylko "Utrzymaj korytarz, wrócimy!". Siedziałem spięty przyciskając lufę karabinu do kanapy, tak aby jak najbardziej zmniejszyć odrzut. Karabin był strasznie mały, przez co pewnie nie celny. Miał tylko metalową krótką malutką kolbę, ale ona i tak za dużo pewnie nie dawała. Była to mniejsza wersja kałacha. Minęło z pięć minut, i zacząłem słyszeć jakieś jęki. W końcu przez szklane drzwi na końcu pomieszczenia wbiegły jakieś postacie. Może "W końcu" to złe określenie. W każdym bądź razie dosłownie wbiegły, nie otwierając ich. Jeden się przewrócił, a dwójka ludzi uzbrojonych tak jak tamci z którymi rozmawiałem biegli w moją stronę. Strzelać? To mogą być oni... Następnie wpadli zarażeni. Dużo zarażonych. Oni nie chodzili tak jak zombie w filmach, oni zapierdalali... Widziałem jak jeden z nich gryzie leżącego żołnierza na ziemi. Próbował się uwolnić, ale nie miał zbytnich szans. Dwójka żołnierzy którzy uciekali w moją stronę biegła rozpaczliwie. Nacelowałem celownikiem kolimatorowym na jednego z nich, prosto w głowę...Miałem już strzelać, gdy ten drugi krzyknął "NIE PRÓBUJ'. To był ten sam żołnierz z którym rozmawiałem. Strzeliłem, do zarażonego obok. Byli już trzy metry ode mnie, akurat na skrzyżowaniu korytarzy. Z przejścia po lewej wybiegł zarażony wprost na żołnierza i go przewrócił.Zastrzeliłem go, ale tamten miał już całą pogryzioną twarz. Ostatni żołnierz przetoczył się przez "barykadę" i przyjął pozycję. Zaczął od razu strzelać, ja też. Po paru sekundach zmieniłem magazynek. I znowu. Amunicja mi się skończyła. A na korytarzu zostało jeszcze koło czterech. Spojrzałem na żołnierza, jemu też się skończyła amunicja. Westchnął, i wyjął granat z kieszeni. Odbezpieczył go w błyskawicznym tempie, przytrzymał przy piersi i rzucił. Gdy wybuchł był akurat pod nogami zombie. Płytki z korytarza zaczęły latać wszędzie. "Głowa nisko" krzyknął mężczyzna. Tak też zrobiłem...Po chwili wstał, i podał mi rękę. Chwyciłem ją, a on pomógł mi wstać. Odrzucił swój hełm na bok i zdjął kominiarkę. Na twarz padły mu czarne włosy do ramion przykrywając piwne zaspane oczy. Odgarnął włosy.
-Jestem Alex, a Ty? -Uśmiechnął się lekko podając dłoń, tym razem jako gest przywitania się.
-Um... Daniel. Jestem Daniel. -Potrząsnąłem jego dłonią.
-Miło mi poznać. Weź karabin tamtego chłopaka, i tak już mu się nie przyda, tamten zostaw, nie nadaje się zbyt do walki z zarażonymi. Pozbieraj amunicję, granaty. Jak chcesz to przebierz się.
-Mi również. Tak zrobię. -Odpowiedziałem.
-No okej. Jesteś tu sam? -Powiedział odwracając się na pięcie i idąc w kierunku nie tak dawno temu czystego lśniącego korytarza, teraz poniszczonego i zakrwawionego i zawalonego trupami... Najpierw podniosłem karabin, M4 z rączką, okrągłym celownikiem kolimatorowym z malutką czerwoną kropką po środku i kolbą. Zdążyłem jeszcze w ciszy założyć kurtkę, kamizelkę, kaburę na nóż i pistolet którego nie było, no i buty desantowe. Wszystko było takie ciężkie. Dopiero teraz mu odpowiedziałem.A raczej usiadłem przy ścianie, i opowiedziałem mu wszystko, całą moją "historię" pomijając parę mniej szczególnych elementów jak tego demona czy co to było. No i powiedziałem że muszę ich odnaleźć... Siedział w ciszy patrząc chwilę na mnie bez wzruszenia, tak pusto.
----------------------------------------------
Gaz wlatywał powoli zapełniając pomieszczenie, dusiłem się. Spojrzałem na małą szybę w żelaznych drzwiach. Była szerokości i wysokości powierzchni na ręce od nadgarstka do łokcia. Wziąłem głęboki oddech,i wymierzyłem uderzenie w szybę. Parę odłamków szkła wbiło mi się w kostki, cholera. Wyciągnąłem rękę w poszukiwaniu klamki. Oczywiście pokaleczyłem sobie przy tym nieźle rękę. W końcu złapałem za klamkę. Jest, udało się. Zacisnąłem swoją dłoń na klamce, i przekręciłem ją. Drzwi się otworzyły, a ja szybko wyjąłem rękę z otworu w drzwiach. Wyszedłem na korytarz ostatni raz spoglądając na zmasakrowaną twarz kobiety i zamykając za sobą ciężkie drzwi. Nie miałem przy sobie broni. Kuźwa. Usłyszałem ryki zombie. Z skrzyżowania korytarzy po lewej wybiegło trzech ludzi z karabinami w rękach. Biegło w moją stronę, miałem uciekać, ale ktoś z innego pokoju wypchnął coś, chyba kanapę. Tak, to była biała kanapa. Kurwa, czemu wszystko tutaj jest białe? Mniejsza z tym, mam więcej zmartwień na głowie... Bojownicy, czy chuj wie kto schowali się za kanapą. Teraz dostrzegłem wyjście na końcu korytarza, niestety właśnie je zablokowali. O dziwo, schowali się patrząc w stronę wyjścia, nie zwracając na mnie uwagi. Co jest?... Jeden z nich się odwrócił do mnie. Pod jego lufą była włączona latarka, która mnie oślepiła. Zakryłem dłonią oczy.
-Coś za jeden? Eh dobra, nie ważne. -Mówił człowiek w amerykańskim mundurze, z hełmem na głowie, noktowizorem, i całym oporządzeniem. Tylko czemu mówił w moim języku? Wyciągnął z plecaka jakiś mały karabinek. -Mam nadzieję że umiesz strzelać. Siadaj tu, jak coś się ruszy w wyjściu, i będzie chciało się tu przedostać, strzelaj. -Rzucił jeszcze mi dwa magazynki. -Chłopaki, idziemy! -Krzyknął. Pobiegli za mnie, a ja wbiegłem za prowizoryczną osłonę. Mam nadzieję że coś da. Dwa magazynki , i jeden w karabinie to nie tak mało... Mężczyzna poklepał mnie serdecznie po ramieniu, i pobiegł. Znikając w przejściu krzyknął tylko "Utrzymaj korytarz, wrócimy!". Siedziałem spięty przyciskając lufę karabinu do kanapy, tak aby jak najbardziej zmniejszyć odrzut. Karabin był strasznie mały, przez co pewnie nie celny. Miał tylko metalową krótką malutką kolbę, ale ona i tak za dużo pewnie nie dawała. Była to mniejsza wersja kałacha. Minęło z pięć minut, i zacząłem słyszeć jakieś jęki. W końcu przez szklane drzwi na końcu pomieszczenia wbiegły jakieś postacie. Może "W końcu" to złe określenie. W każdym bądź razie dosłownie wbiegły, nie otwierając ich. Jeden się przewrócił, a dwójka ludzi uzbrojonych tak jak tamci z którymi rozmawiałem biegli w moją stronę. Strzelać? To mogą być oni... Następnie wpadli zarażeni. Dużo zarażonych. Oni nie chodzili tak jak zombie w filmach, oni zapierdalali... Widziałem jak jeden z nich gryzie leżącego żołnierza na ziemi. Próbował się uwolnić, ale nie miał zbytnich szans. Dwójka żołnierzy którzy uciekali w moją stronę biegła rozpaczliwie. Nacelowałem celownikiem kolimatorowym na jednego z nich, prosto w głowę...Miałem już strzelać, gdy ten drugi krzyknął "NIE PRÓBUJ'. To był ten sam żołnierz z którym rozmawiałem. Strzeliłem, do zarażonego obok. Byli już trzy metry ode mnie, akurat na skrzyżowaniu korytarzy. Z przejścia po lewej wybiegł zarażony wprost na żołnierza i go przewrócił.Zastrzeliłem go, ale tamten miał już całą pogryzioną twarz. Ostatni żołnierz przetoczył się przez "barykadę" i przyjął pozycję. Zaczął od razu strzelać, ja też. Po paru sekundach zmieniłem magazynek. I znowu. Amunicja mi się skończyła. A na korytarzu zostało jeszcze koło czterech. Spojrzałem na żołnierza, jemu też się skończyła amunicja. Westchnął, i wyjął granat z kieszeni. Odbezpieczył go w błyskawicznym tempie, przytrzymał przy piersi i rzucił. Gdy wybuchł był akurat pod nogami zombie. Płytki z korytarza zaczęły latać wszędzie. "Głowa nisko" krzyknął mężczyzna. Tak też zrobiłem...Po chwili wstał, i podał mi rękę. Chwyciłem ją, a on pomógł mi wstać. Odrzucił swój hełm na bok i zdjął kominiarkę. Na twarz padły mu czarne włosy do ramion przykrywając piwne zaspane oczy. Odgarnął włosy.
-Jestem Alex, a Ty? -Uśmiechnął się lekko podając dłoń, tym razem jako gest przywitania się.
-Um... Daniel. Jestem Daniel. -Potrząsnąłem jego dłonią.
-Miło mi poznać. Weź karabin tamtego chłopaka, i tak już mu się nie przyda, tamten zostaw, nie nadaje się zbyt do walki z zarażonymi. Pozbieraj amunicję, granaty. Jak chcesz to przebierz się.
-Mi również. Tak zrobię. -Odpowiedziałem.
-No okej. Jesteś tu sam? -Powiedział odwracając się na pięcie i idąc w kierunku nie tak dawno temu czystego lśniącego korytarza, teraz poniszczonego i zakrwawionego i zawalonego trupami... Najpierw podniosłem karabin, M4 z rączką, okrągłym celownikiem kolimatorowym z malutką czerwoną kropką po środku i kolbą. Zdążyłem jeszcze w ciszy założyć kurtkę, kamizelkę, kaburę na nóż i pistolet którego nie było, no i buty desantowe. Wszystko było takie ciężkie. Dopiero teraz mu odpowiedziałem.A raczej usiadłem przy ścianie, i opowiedziałem mu wszystko, całą moją "historię" pomijając parę mniej szczególnych elementów jak tego demona czy co to było. No i powiedziałem że muszę ich odnaleźć... Siedział w ciszy patrząc chwilę na mnie bez wzruszenia, tak pusto.
piątek
10.
Otworzyłem powoli oczy, nademną stała jakaś postać. Nie
mogłem rozpoznać twarzy, wszystko było rozmazane. Powoli obraz się wyostrzał.
Postać która stała nademną trzymała drewniany kij, chyba ze szczotki ale nie
jestem pewny. Miał on około metra długości. Postać około metra siedzemdziesiąt,
osiemdziesiąt. Na jej głowie widniała kominiarka z otworem na oczy i usta.Była
ubrana w białą podkoszulkę z zaschniętymi plamami krwi, oraz w czarne jeansy z
dziurą na kolanie.
-No, śpiąca królewna już wstała? –Odezwał się dziewczęcy
głos. Podobny do Alicji, ale to na pewno nie ona. Sięgnęła po metalowe wiadro,
i wylała mi lodowatą wodę na twarz. Krzyknąłem.-No co? Dobra dobra,
przepraszam, jesteś NASZYM gościem. –To przedostatnie słowo wymówiła jakoś
zupełnie inaczej niż resztę. Czemu powiedziałą w liczbie mnogiej? Przecież w
pokoju w którym znajduje się krzesło, stół i metalowe drzwi nie ma nikogo
oprócz jej i mnie. Cały czas leżałem na zimnej i mokrej posadzce, a kobieta
wpatrywała się we mnie. W końcu szarpnęła mnie za ramie, i uderzyła mnie mocno
kijem po nerkach, po czym usadziła mnie na krześle na środku pokoju. Bolało to
dłużej niż myślałem, ale próbowałem nie dać po sobie poznać, że mnie to
ruszyło, lecz mi chyba nie wyszło. –Bolało? –Zaśmiała się kobieta. Z kieszeni
wyjęła jakieś cienkie białe sznureczki. Przywiązała mi oby dwa nadgarstki do metalowego
krzesła. W pokoju było strasznie duszno, i gorąco.Zacząłem dyszeć. –Gorąco Ci?
Oj nie martw się, zaraz Cię ochłodzę!- Powiedziała śmiejąc się, i wyszła z
pokoju. W pokoju było bardzo jasno. Cały pokój był tak na prawdę biały, dobrze
oświetlony. Nawet „krzesło” na którym siedziałem było białe, jak i szafka którą
dostrzegłem dopiero teraz. Zlewała się ze ścianą, a dopiero teraz chyba zacząłem
mniej więcej trzeźwo myśleć. W szafce, a raczej biurku mogło by znaleźc się coś
przydatnego. Niestety kobieta już wróciła. W ręku trzymała pełne wiadro wody.
Odrazu wylała je na mnie. Otrząsnąłem się. Czego ona może ode mnie chcieć?
-Chłodniej? –Spytała.
-Z... Zimno –Wyjąkałem.
-Oh, przepraszam. – Powiedziała, po czym odwróciła się w
stronę biurka. Otworzyła mała szufladkę, i wyjęła jakiś pilot. Wcisnęła na nim
pare razy jakiś przycisk. Po momencie krzesło na którym siedziałem zrobiło się strasznie
gorące, parzyło mnie. Patrzyła się na mnie ze spokojem jak cierpie. –No dobra,
dość przyjemności. –Krzesło zaczęlo powracać do temperatury, w jakiej było
wcześniej.
-Czego ode mnie chcesz? –Wydusiłem z siebie.
-Tak szczerze? To
nic. –Odwróciła się. –Tylko, lubię się bawić ludźmi, a na kimś muszę testować
swoje narzędzia.-Zachichotała się. –Zresztą spokojnie, nie będę Cię cały czas
męczyła! Jeszcze mam tego żołnierzyka, i te dwie dziewczynki. O tak,
szczególnie zajmę się tą która cały czas się o Ciebie pytała. –Alicja?! Niee,
tu juz nie chodziło tylko o mnie, ale o Ghostt’a, i o Alicję i Amber...Dalej
była odwrócona. Spróbowałem wysunąć ręce z tego zwalonego sznurka, ale nic z
tego. Wbijał mi się w skórę. A możę podniosę to krzesło, i jej tak przypierdole
że nie wstanie? To by było dobre. Ale to krzesło jest ciężkie. Dobra, na
szczęście tylko raz siężyje. Podniosłem metalowe bydle, jakieś kabelki wyrwałem
z podłogi. Na szczeście nie było przyspawane. Gdy dziewczyna się odwróciła,
krzesło już leciało na jej brzuch, niestety ja razem z krzesłem.Jedna ręka
uwolniła mi się ze sznurków, puściły po prostu.Szybko odwiązałem drugą
kończynę, i odskoczyłem. Moim oczom ukazała się postać przygnieciona kawałem
metalowego krzesła z wiszącymi kablami. Jej głowa była lekko, ym... Zgnieciona,
tak właśnie, zgnieciona. Cóż, niech ginie. Podbiegłem szybko do biurka, i
otworzyłem pierwszą lepszą szufladkę. Jakaś deska z gwoździami,
młotek,ciernie... Nic przydatnego. Druga była pusta. W trzeciej były bojówki ,
kamuflaż jak by podchodził pod jakieś ruiny, gruz, kamienie itd. Zdjąłem z
siebie brudne spodnie, i założyłem świeże.
Byłem bez butów, niestety w burku nie było żadnych. No cóż, grunt że mam
na sobie przynajmniej bieliznę i spodnie. Podszedłem do drzwi, i pociągnąłem za
klamkę. Nery dalej mnie bolały. Z kątów pokoju zaczął wydobywać się jakiś
gaz... Nie mogłem otworzyć drzwi.
-----------------
Przepraszam że taki krótki, nie mam weny na pisanie, i siły.
czwartek
9. Pakt z demonem... A może aniołem?
Rozjerzałem się po
ciemnym holu z zabarykadowanym wejściem. Trudno mi opisać to miejsce. Miało
kształt trapezu. Na dłuższej z ścian znajdowały się dwie pary podwójnych
szklanych drzwi, z czego jedne obite deskami prowadzące do środka budynku. Na
tej krótszej było wejście przez które przed chwilą weszliśmy, a na ściankach
bocznych były krayt, za nimi widniała szatnia.A raczej chyba była szatnia...
Dopiero teraz zauważyłem jakieś zakrwawione łóżka w tamtym miejscu. Cholera,
było jakoś strasznie cicho. „Za cicho” jak by to powiedzieli w popularnych
horrorach, albo filmach akcji. Serio, coś mi tu nie grało. Ghostt siedział
skupiony przy Amber, i wpatrywał się pustym wzrokiem w ziemię.Alicja stała obok
mnie. Chyba chciała mnie złapać za rękę, ale podszedłem szybko do Ghostt’a. Wyrwałem
Go z chwilowego transu pociągając jego za ramie. Zaprowadziłem go do kąta po
przeciwnej stronie, od tej po której były dziewczyny.
-Coś mi tu... –Chcialem
powiedzieć, ale mi przerwał.
-Nie gra? Mi też.
Jest za cicho. Nie słychać zombie, ani żywego ducha. Słyszę bicie swojego
serca... –Przerwał.
-Ta cisza to jeszcze
nic, ale bardziej mnie niepokoji to co jest za kratami, w byłej szatni. –Wychylił
się lekko. Zamarł. Usłyszalęm skrzypienie kółek... Szybko wrócił do pozycji w
której wcześniej stał.
-Cholera, tam jest
jakiś psychol... Nie widział nas? – Mówił przestraszony, pierwszy raz widziałem
go w takim stanie.
-Psychol? Kurwa, nie
widziałem żadnego psychola.. –Zajrzałem teraz ja. Na łóżku leżała jakaś
dziewczyna, krwawiła. Łóżko było na kółkach, a trzymał je jakiś człowiek z
maską hokejową, w ręku miał zakrwawiony tasak, po środku pęknięty. Ubrany był w
garnitur, a na szyji wysiałmu fartuch. Zakrwawiony fartuch. Nie zwracał na nas
uwagi, nie widział nas.
-Co jest? –Spytała Alicja
wystarczająco głośno, żeby usłyszał. No ja pierdole.. Spojrzal się w naszą
stronę,i zachichotał. Wbił w kobietę ostrze, i coś wygrzebał. Po chwili mogłęm
się przyjrzeć dokładniej co to było, ponieważ rzucił to w moją stronę. Nie
trzeba było być ekspertem, żeby domyśleć się, że to było serce. Ghostt
wycelował w niego karabinem, a on się tylko uśmiechnął. Nacisnął na spust.
-No strzelaj! –
Krzyknąłem.
-Nie mogę, zaciął
się...-Odpowiedział zawiedziony. Alicja i Amber podbiegły. –Za mną! –
Krzyknąłem. Nie wiem czemu to zrobiłem, czysty spontan. Czasami trzeba dać się
ponieść. Wybiegliśmy na żółty, pobrudzony i zakurzony korytarz. Spojrzałem się
w lewo; wejście do szatni, a prynajmniej jakieś schody w dół. Oo nie, na pewno
nie pójdę do niego. Przed nami były jakieś drzwi. Nie, za blisko. „Szybko debilu,
szybko” pośpieszałemsam siebie w duchu. Po prawej były schody w górę, i w
dół... Też do szatni? A może jakaś piwnica? Pobiegłem w stronę schodów,a cała
grupa za mną. W ciąu pięciu sekund przebiegliśmy około 50 metrowy korytarz i
dobiegliśmy do schodów.Po przejściu 10 schodków zakręcały i szły dalej w
górę.Nałozyłem dłonie na kolana, aby złapać tchu. Z szatni wyszła spokojnie
postać w garniturku. Żeby było śmieszniej, poprawiła krawat i wyjęła za spodni
tasak. „No to z tobą koniec” pomyślałem. Wyjąłem pistolet z spodni (trzymałem
go z tyłu w spodniach) , ale nie pokazywałem go jeszcze. Udawałęm że jestem
wystraszony, i nie wiem co robić. Podeszła bliżej. „No, teraz nie ma szans
żebym nie trafił. Mam z sześć naboi, na pewno mi się uda”.Wyjąłem pistolet
rozmachem tak szybko, że wyślizgnął mi się z ręki i spadł prosto pod jego nogi.
Zaśmiał się jeszcze raz.
-Zginiecie –Odchylił maskę, aby pokazać swój uśmiech. Po
środku ust miał bliznę ciętą.Zaczałem się pocić, przrerażał mnie. Dopiero teraz
uświadomiłem sobie że w rękach skierwonych w jego stronę nie ma broni. Jezusie.
Pokazałem jakoś dziwnie ręką żeby wbiegli wyżej,jakoś zrozumieli.Zszedłem
spokojnie w stronę „psychola”. A przynajmniej próbowałem , tylko raz się
potknąłem.
-Może się jakoś dogadamy? – Powiedziałem jąkając się.
-Haha – Zaśmiała się po raz kolejny postać w garniturze.
Zdjęła maskę i potrząsnęła głową. Włosy opadły Jej aż do łopatek. To była
dziewczyna... –Nie, nie dogadamy się. –Powiedziałą spokojnie. –Albo wiem!-Prawie
kryknęła. –Ja sobie was posiekam, i dam wam spokój, dobrze? –Mówiła ciągle
śmiejąc się. Przyjąłem postawę jak bym miał ochotę z nią walczyć. Spojrzałą się
na mnie i uśmiech zszedł z jej twarzy. –Kobietę uderzysz? Pf.. –Parsknęła.
Pokiwałem nie zdecydowny głową na „nie”. Nie wiedziałem co robić, byłem w
totalnym szoku. –Zły wybór chłopcze – Powiedziała, a jej oczy tak jak by
zapłonęły. Chwyciła mnie za nadgasrtek,i rzuciła mnie w stronę ściany. Uderzyłem
mocno plecami o ścianę.Wzięła szeroki rozmach, domyśliłem się co chce zrobić.
Schyliłęm się a Ona wbiła tasak w ścianę. Chwilę próbowała wyjąć, nie miała
siły. „Pomóc?” zaśmiałem się. Wziąłem rozmach nad Jej łokieć, i opuściłem nogę
z całą siłą z którą moje kopnięcie opadało. Usłyszałem jakieś chrupnięcie,chyba
złamałem Jej coś. Przyjrzałem się Jej, było widać że cierpi. Nie wiem co we
mnie wstąpiło. Prawdopodobnie gdyby nie przypominała mi z twarzy Alicji, to
dalej bym się nad Nią „znęcał”. Nie wiedziałęm czy jej pomóc.. Zamarłem.
Dopiero teraz zauważyłem, że to nei ta sama osoba którą widziałem wcześniej. Tamta
miała biały garnitur. A ta jest w czarnym... Przecież nei zmieniła tak szybko garnituru!
Tutaj musi być jeszcze ktoś... Za nią nagle pojawiła się znikąd zjawa, którą
widziałem w psychiatryku, i ją goniłem. Nie miałem ochoty jej gonić tym razem,
wiem jak byto się skończyło. Znowu wpakował bym się w ochoty. Dziewczyna
siedziała na kolanach. Miałą wolną drugą rękę,ale nie chciała mi nic zrobić.
Płakała. Zesmutniałem... „Nie chciałam Cię skrzywdzić... On mi kazał!”
Wykrzynkęła płacząc. Spojrzałem się na zjawę. Chwila, ona też ją widziała?
Wpatrywałem się w zjawę. Stałem nad płaczącą dziewczyną. Ze schodów zbiegła
Amber, Ghostt i Alicja. Staneli jakieś 10 metrów ode mnie. –Stójcie! –
krzyknąłem. Zatrzymali się. Znów wpatrywałem się w zjawę.
-Tak,kazałem Jej. –W tym momencie machnął ręką w miejscu
między mną, a grupą. Wyrosły tam jakieśkrzaki, które nas oddzielały od siebie. –Przepraszam,
trochę prywatności się przyda-Uśmiechnął się. Nagle zaczęło się dziać coś
dziwnego.. Coś zmusiło mnie żebym zamknął oczy. Nie wiem nawet co to było.Nie mogłem
ich otworzyć przez pięć minut. Słyszałem szloch dziewczyny i jakieś dziwne
dźwięki. W końcu otworzyłem oczy. W miejscu gdzie wcześniej stał szkielet,
stało czerwone stworzenie. Z dwoma nożami wbitymi, które przypominały rogi.
Postać była lekko przezroczysta, lecz nie całkowicie. Była w jakimś mundurze, i
desantach. Nie rozpoznałem barw, ani kamuflażu, w końcu byłprawie
przezroczysty..
-Kim Ty kurwa jesteś? –Spytałem lekko krzycząc.
-Ja? Nie bój się...
-Nie boję! –Przerwałęm.
-Gdybyś się nie bał, to byś nie przeklinał i nie podnosił
głosu. –Cholera, rzeczywiście. Miał mnie, balem się cholernie. Powtórzyłem
pytanie. –Aa, jestem... W sumie sam nie wiem. Wyglądam jak demon, a przecież
zrobiłem tyle dobra. Nie ważne. Mam dla Ciebie propozycje, Daniel.- Znał moje
imię...
-Jaką? –Spytałem , próbując udawać że nie interesują mnie
losy płaczącej dziewczyny.
-Wy będziecie chronić i opiekować się tą dziewczyną. A
raczej Ty, oni mnie nie obchodzą w zamian za moją pomoc. Będę Ciebie ochraniał.
A Ty ją. Proste. –Powiedział bawiąc się kieszenią.
-A nie możęsz sam jej chronić, skoro możesz mnie
chronić?... –Spytałem, a zresztą prawie stwierdziłem.
-Niee, nie mogę bronić osób płci przeciwnej. A zresztą,
nie było by takiej zabawy. –zachichotał się. –A teraz dobranoc Daniel. –
Powiedział miłym głosem. „Dobranoc” powtórzyła płacząca dziewczyna... Usnąłem.
-------------------------------------------------------
UWAGA!
Był bym bardzo wdzięczny, gdybyście komentowali każdy roździał jeśli go przeczytaliście, i pisali co o nim sądzicie. To na pewno by mnie zachęcało do szybszego pisania! Aha, i jeszcze jedno. Bardzo proszę żebyście się podpisywali za każdym razem, np. " *bla bla bla komentarz* /Podpis " Życzę wszystkim udanym wakacji , trochę śpóźnione życzenia , ale zawsze coś.
ps,taka czcionka lepsza?
ps,taka czcionka lepsza?
sobota
8. Noc...
Stałem tak
pod tą ścianą z piętnaście minut. W końcu wyszła. Wyglądała jak by nigdy nic.
Spojrzała mi się w oczy, i spytała „Idziemy?”. Pokiwałem zdziwiony głową. Przed
chwilą straciła ojca, a zachowywała się tak, jak by Jej to wcale nie ruszyło.
Może miała powody? Zastanawiałem się nad tym, lecz nie za długo. Zebrałem
wszystkich w jedno miejsce,Amber „podpierała” ścianę, ja stałem obok, a Alicja
siedziała obok mnie.
-No...
Ghostt... –Zacząłem. –To co? –Spytałem.
-Co, co? –Odpowiedział
pytaniem Ghostt.
-No co
dalej...
-Musimy
znaleźć schronienie przed nocą. I na pewno nie tutaj; tutaj są same ruiny.
Potrzebny solidny budynek. Nie za duży bo jest nas za mało na jakieś wielkie
terytorium. Potem prowiant, jedzenie no i picie,sami wiecie.Jak na razie skupmy
się na tym. A, o mało bym nie zapomniał. –Otrząsnął kieszenie w swoich
bojówkach, i podał mi dwa magazynki od pistoletu. Spojrzałem się na Niego
pytająco. –Aa, no tak.. –Wyjął zza paska pistolet, który nawet nie pamiętam
jak straciłem. Podał mi go do ręki. –Przeszukaj trupy. Będziemy się kierować w
tamtą stronę –Wskazał palcem kierunek w którym słońce zaraz miało się „schować”
aby zapanowała totalna ciemność. – Prawdopodobnie nie zdążymy nawet Ci zniknąć
z pola widzenia. Ale mimo wszystko, pośpiesz się.-Pokiwałem głową. Wyruszyli, a
ja rozpocząłem przeszukiwania trupów. Trochę naboi, ale dosłownie garstka. „Zawsze
coś” pomyślałem. Znalazłem też granat... Nie wiedziałem, czy go komuś oddać...
Jednak zostawię go sobie. Skierowałem rękę w kierunku spodni aby schować gdzieś
do jakieś kieszeni i... Uświadomiłem sobie że od czasu wyjścia z tamtego
budynku w którym się obudziłem,cały czas bylem w tamtych szmatach. A były już
zakrwawione lekko. I śmierdziały. Spojrzałem na martwych żołnierzy z pogardą.
Zdjąłem mu desanty, które zastąpiły moje stare buty. Prawie takie same jak
Ghostt’a, tylko bez metalowych części. Były lekkie, nie takie jak się
spodziewałem. Wzruszyłem ramionami, przyczepiłem
granat do spodenek i wyruszyłem w stronę grupy. Pokazałem Ghosttowi co
znalazłem, powiedział żebym zostawił to dla siebie. Zauważył też moje „nowe”
buty, na ich widok uśmiechnął się. Musiałem komicznie wyglądać, chłopak w jakieś
piżamie z szpitala w desantach. Co jakiś czas przepychaliśmy się z Alicją, tak
jak by nic nigdy się nie stało, i właśnie byśmy szli do sklepu.
(...)
Po godzinie drogi doszliśmy do jakieś dużej
szkoły. Wiecie, budynek szkolny, sala gimnastyczna wielkości budynku głównego,
dwa boiska. Nasz żołnierz się uśmiechnął.
-Ej nie.
Przecież teren nie miał być za duży? –Powiedziała Amber.
-Przecież
on nie jest duży... –Mówił patrząc się dalej na teren szkoły. Po chwili
otworzył zieloną furtkę, i już szliśmy za nim w kierunku budynku szkolnego.
Miał cały czas uśmiech na twarzy. Machał rękami, i podśpiewywał sobie coś pod
nosem.Jedyne co usłyszałem, to zwrotkę którą powiedział dosyć głośno.
„Broń do oka! cel i pal!
Niech bagnetów dźwięczy stal!” 1
Niech bagnetów dźwięczy stal!” 1
Słońce
zaszło, i cały obszar opanowała totalna ciemność.Zdążyłem zobaczyć że uśmiech z
ust Ghostt’a schodzi, a potem zapanowała ciemność, i cisza. Trwało to parę
sekund, po tym usłyszałem jakiś syk. Przede mną teren rozjaśniała niebieska
flara, a Ghostt włączył małą latarkę. „Szybko, do budynku”. Złapał Alicję za
ramię żeby się nie zgubiła, a ja Amber. Byliśmy jakieś 3 metry od budynku, wystarczyło
jeszcze tylko wejść po schodkach, i otworzyć drzwi. Było już tak blisko.
Okrzyki zarażonych słyszałem za sobą,a po niebie latały jakieś stworzenia.Potwory?
nawet miałem wrażenie że czuję ich śmierdzący oddech na sobie. Oddech
wydobywany ze zniszczonego, zgniłego mięsa. Już miałem wrażenie, że mnie
szarpią za ciuchy. Że mnie drapią pazurami. Nagle coś strasznie głośno
krzyknęło, o mało nie oguchłem.. Dźwięk ten było słychać przez trzy sekundy, lecz
w uszach odbijał mi się jeszcze przez jakiś czas. Jeszcze tylko jeden schodek!
W tym momencie Amber potknęła się,i przewróciła turlając się z betonowych
schodów na dół. Spojrzałem się na drzwi których Ghostt nie mógł otworzyć, i na
leżącą Amber. Podbiegłem do Niej, i Ją podniosłem trzymając rękę pod jej kolanami,
a drugą pod jej szyją.Wszedłem po schodach, na szczęście Ghostt’owi udało się
drzwi otworzyć. Niestety musiał je wyważyć. Wbiegliśmy szybko wszyscy do
środka, Ghostt złapał za jakąś wielką szafkę na buty która zakrywała pół
ściany, i przesunął ją w stronę byłych drzwi.
-Nie
przejdą? –Spytałem szybko oddychając
-Nie. –odetchnąłem
z ulgą –Przez jakieś piętnaście minut.
-Co?! –Wykrzyknąłem
wystraszony.
-Żartowałem,
raczej nie przejdą. Ale nie krzyczcie ,bo ktoś tutaj może być. Zresztą sam
zobacz –Wskazał pistoletem na świecącą się lampę naftową –ktoś tu musi być.-Wyjąłem
pistolet, i doładowałem pół pusty magazynek. Zdawało mi się, żę był pełny.. Eh.
Rzuciłem okiem na Amber, otworzyła oczy.
-Nic CI nie
jest Amber? –Spytałem
-Nie nie...
Wszystko jest okej,zemdlałam chyba, czy coś. –Powiedziała z lekkim
przymuleniem.
-Okej okej.
To moja wina, powinienem Cię mocniej trzymać. –Chciała mi zaprzeczyć, ale
widocznie nie miała siły.
- - - - -
1 – Kawałek
pieśni żołnierskiej „Marsz żołnierski” Z. Kraszewskiego.
wtorek
7. Po prostu siedem.
Za nim zobaczyłem Alicję prowadzoną przez takiego samego
żołnierza, tylko bez tych okularów, i z ciemno zieloną chustą. Kazał Jej usiąść
na kolanach na ziemi, tak też zrobiła. Ręce Jej założył za głowę, tak jak ja
trzymałem. Wycelował Jej w tył głowy, a Ona zamknęła oczy. Cała się trzęsła.
Hej, przecież nie mogę dać mu zabić Alicji, tak? Żołnierz przede mną jeszcze
raz machnął mi karabinem przed twarzą , a kopnąłem go w nadgarstek tak mocno,
że upuścił karabin. Drugie kopnięcie poleciało mu prosto na klatkę piersiową,
krawędzią stopy. Szybko podniosłem karabin z ziemi, i wycelowałem w mężczyznę
który celował do Alicji. Miałem go na celowniku, i nacisnąłem spust. Usłyszałem
jakiś brzęk. Nie było amunicji , serio? Bez zastanowienia rzuciłem karabinem w
żołnierza, stał może z 15 metrów ode mnie. Wszystko stało się tak szybko, że
nie zdążył strzelić ani w Nią, ani we mnie. Karabin trafił mu prosto w twarz.
Nie spodziewał się tego, w sumie ja też nie. Podbiegłem do przyjaciółki,
zapominając o mężczyźnie w śmiesznych okularach. Złapał mnie za kostkę, i
przewróciłem się na ziemię obok Niego. Przyciągnął mnie do siebie, i wycelował
jakimś kamieniem w moją twarz. Lekko odsunąłem głowę , i uderzenie padło jakiś
centymetr od mojego ucha. Złapałem jego rękę za nadgarstek, i przeturlałem Go
po sobie, nie wiem po co, taki odruch. Znalazł się na plecach, a ja usiadłem na
jego nogach, i złapałem Jego ręce (też za nadgarstki) i zgiąłęm tak mocno, że
krzkynął z bólu. Myślałem, że już się nie ruszy, więc zluźniłem chwyt. Myliłem
się, przeciwnik uwolnił się, i zrzucił mnie z siebie. Teraz Leżałem na plecach,
uderzyłem głową o jakiś kawałek odłamku ściany, próbowałem wstać ale nie
potrafiłem. Podszedł do mnie, i wziął zamach nożem, żeby wbić mi go gdzieś pod
szyję.Zamknąłem oczy, byłem pewny że to koniec. Za mną usłyszałem strzał, a
krew oblała mi twarz i kawałek podkoszulki, która była już całkowicie ujebana. Nade mną
pochyliła się roztrzęsiona Alicja.
-Ż...żyjesz? – Zająkała się.
-Chyba tak...-Spróbowałem się jakoś uśmiechnąć, ale chyba
wyglądałem jak debil. –Nic Ci nie jest? –Spytałem.
-Niee...A Tobie?
-Jak widać jestem cały i zdrowy, tylko... –Tylko nie mogę
wstać, pomyślałem. Ale nie powiem Jej tego, bo pomyśli że to coś poważnego. –Tylko
jest tutaj bardzo wygodnie.-Powiedziałem, po czym doszedłęm do wniosku że
gorszego wytłumaczenia nie mogłem wymyślić. –A, i tak w ogóle to dziękuję,
uratowałaś mi życie w końcu, nie? – Powiedziałem uśmiechając się, teraz mi się
udało.
-Nic takiego.-Odwzajemniła uśmiech, choć dalej była
przestraszona tym wszystkim. Widziałem strach w jej oczach. Cała się trzęsła.
Podjąłem próbę wstania, nie udało się. Spróbowałęm jeszcze raz, tym razem
położyłem się na bok, i wstałem . Udało się. Głowa mnie dalej bolała...
Złapałem Alicję za jej delikatną dłoń. „Już dobrze” Wyszeptałem. Chyba chciała
się do mnie przytulić, ale z pokoju gdzie zostawiłem Amber, Jej ojca, i Ghostt’a
, wybiegł... Ghostt.
-Gdzie Oni kurwa są? Zajebę ich! –Wykrzyczał Ghostt.
Rozejrzał się, i zobaczył trupa, i żołnierza zwijającego się z bólu na ziemi.
Kurde, o nim też zapomniałem. –Co tu się kurwa stało?... –Powiedział Ghostt
powoli, jak by nie wierzył w to co widzi. Podszedł do żołnierza w huście, który
leżał na ziemi. Spojrzał się na Niego, wyjął nóż, i podciął mu gardło. Tak po
prostu. Na szczęście zdążyłem przytulić Alicję tak, żeby tego nie zauważyła.
Wiem, że nie jest już dzieckiem, i przed chwilą zabiła człowieka, ale nie
chciałbym żeby to widziała. W końcu jest dziewczyną. „Muszę pogadać z Ghostt’em,
przepraszam” Powiedziałem do Alicji, i podszedłem do Ghostta. –Co jesteś taki
zdenerwowany?... –Powiedziałem tak cicho, żeby tylko On usłyszał.
-Serio kurwa? „Przespałem” całą walkę... –Prawie wykrzyczał.
-Byłeś nie przytomny, nie twoja wina. –Przerwałem mu.
-Może i tak, ale ojciec tej dziewczyny nie żyje. –Powiedział,
już się chyba uspokoił. Dosyć szybko, ja bym czekał z pół godziny.
-Co ? Jak?... –Spytałem lekko zdenerwowany.
-Nabój mu przeszedł przez
ucho... Straszny widok, jego córka, Amper, czy jakos tak na wszystko patrzyła. –Szybko
w tym momencie odbiegłem od nich, i wbiegłem do pomieszczenia, gdzie siedziała
Amber z zakrwawionymi rękami. Na ziemi leżał Jej ojciec. Na ścianie rozprysła
się krew jak dostał, kurwa... Stałem w progu. Odwróciła się w moją stronę,
płakała. „Wyjdź” powiedziała po cichu. Otworzyłem usta żeby coś powiedzieć, ale
powtórzyła, tym razem krzykiem. „Okej...”. Stanąłem na zewnątrz, i usiadłem.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)