wtorek

7. Po prostu siedem.



Za nim zobaczyłem Alicję prowadzoną przez takiego samego żołnierza, tylko bez tych okularów, i z ciemno zieloną chustą. Kazał Jej usiąść na kolanach na ziemi, tak też zrobiła. Ręce Jej założył za głowę, tak jak ja trzymałem. Wycelował Jej w tył głowy, a Ona zamknęła oczy. Cała się trzęsła. Hej, przecież nie mogę dać mu zabić Alicji, tak? Żołnierz przede mną jeszcze raz machnął mi karabinem przed twarzą , a kopnąłem go w nadgarstek tak mocno, że upuścił karabin. Drugie kopnięcie poleciało mu prosto na klatkę piersiową, krawędzią stopy. Szybko podniosłem karabin z ziemi, i wycelowałem w mężczyznę który celował do Alicji. Miałem go na celowniku, i nacisnąłem spust. Usłyszałem jakiś brzęk. Nie było amunicji , serio? Bez zastanowienia rzuciłem karabinem w żołnierza, stał może z 15 metrów ode mnie. Wszystko stało się tak szybko, że nie zdążył strzelić ani w Nią, ani we mnie. Karabin trafił mu prosto w twarz. Nie spodziewał się tego, w sumie ja też nie. Podbiegłem do przyjaciółki, zapominając o mężczyźnie w śmiesznych okularach. Złapał mnie za kostkę, i przewróciłem się na ziemię obok Niego. Przyciągnął mnie do siebie, i wycelował jakimś kamieniem w moją twarz. Lekko odsunąłem głowę , i uderzenie padło jakiś centymetr od mojego ucha. Złapałem jego rękę za nadgarstek, i przeturlałem Go po sobie, nie wiem po co, taki odruch. Znalazł się na plecach, a ja usiadłem na jego nogach, i złapałem Jego ręce (też za nadgarstki) i zgiąłęm tak mocno, że krzkynął z bólu. Myślałem, że już się nie ruszy, więc zluźniłem chwyt. Myliłem się, przeciwnik uwolnił się, i zrzucił mnie z siebie. Teraz Leżałem na plecach, uderzyłem głową o jakiś kawałek odłamku ściany, próbowałem wstać ale nie potrafiłem. Podszedł do mnie, i wziął zamach nożem, żeby wbić mi go gdzieś pod szyję.Zamknąłem oczy, byłem pewny że to koniec. Za mną usłyszałem strzał, a krew oblała mi twarz i kawałek podkoszulki, która  była już całkowicie ujebana. Nade mną pochyliła się roztrzęsiona Alicja.
-Ż...żyjesz? – Zająkała się.
-Chyba tak...-Spróbowałem się jakoś uśmiechnąć, ale chyba wyglądałem jak debil. –Nic Ci nie jest? –Spytałem.
-Niee...A Tobie?
-Jak widać jestem cały i zdrowy, tylko... –Tylko nie mogę wstać, pomyślałem. Ale nie powiem Jej tego, bo pomyśli że to coś poważnego. –Tylko jest tutaj bardzo wygodnie.-Powiedziałem, po czym doszedłęm do wniosku że gorszego wytłumaczenia nie mogłem wymyślić. –A, i tak w ogóle to dziękuję, uratowałaś mi życie w końcu, nie? – Powiedziałem uśmiechając się, teraz mi się udało.
-Nic takiego.-Odwzajemniła uśmiech, choć dalej była przestraszona tym wszystkim. Widziałem strach w jej oczach. Cała się trzęsła. Podjąłem próbę wstania, nie udało się. Spróbowałęm jeszcze raz, tym razem położyłem się na bok, i wstałem . Udało się. Głowa mnie dalej bolała... Złapałem Alicję za jej delikatną dłoń. „Już dobrze” Wyszeptałem. Chyba chciała się do mnie przytulić, ale z pokoju gdzie zostawiłem Amber, Jej ojca, i Ghostt’a , wybiegł... Ghostt.
-Gdzie Oni kurwa są? Zajebę ich! –Wykrzyczał Ghostt. Rozejrzał się, i zobaczył trupa, i żołnierza zwijającego się z bólu na ziemi. Kurde, o nim też zapomniałem. –Co tu się kurwa stało?... –Powiedział Ghostt powoli, jak by nie wierzył w to co widzi. Podszedł do żołnierza w huście, który leżał na ziemi. Spojrzał się na Niego, wyjął nóż, i podciął mu gardło. Tak po prostu. Na szczęście zdążyłem przytulić Alicję tak, żeby tego nie zauważyła. Wiem, że nie jest już dzieckiem, i przed chwilą zabiła człowieka, ale nie chciałbym żeby to widziała. W końcu jest dziewczyną. „Muszę pogadać z Ghostt’em, przepraszam” Powiedziałem do Alicji, i podszedłem do Ghostta. –Co jesteś taki zdenerwowany?... –Powiedziałem tak cicho, żeby tylko On usłyszał.
-Serio kurwa? „Przespałem” całą walkę... –Prawie wykrzyczał.
-Byłeś nie przytomny, nie twoja wina. –Przerwałem mu.
-Może i tak, ale ojciec tej dziewczyny nie żyje. –Powiedział, już się chyba uspokoił. Dosyć szybko, ja bym czekał z pół godziny.
-Co ? Jak?... –Spytałem lekko zdenerwowany.
-Nabój mu przeszedł przez ucho... Straszny widok, jego córka, Amper, czy jakos tak na wszystko patrzyła. –Szybko w tym momencie odbiegłem od nich, i wbiegłem do pomieszczenia, gdzie siedziała Amber z zakrwawionymi rękami. Na ziemi leżał Jej ojciec. Na ścianie rozprysła się krew jak dostał, kurwa... Stałem w progu. Odwróciła się w moją stronę, płakała. „Wyjdź” powiedziała po cichu. Otworzyłem usta żeby coś powiedzieć, ale powtórzyła, tym razem krzykiem. „Okej...”. Stanąłem na zewnątrz, i usiadłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz