Za nim zobaczyłem Alicję prowadzoną przez takiego samego
żołnierza, tylko bez tych okularów, i z ciemno zieloną chustą. Kazał Jej usiąść
na kolanach na ziemi, tak też zrobiła. Ręce Jej założył za głowę, tak jak ja
trzymałem. Wycelował Jej w tył głowy, a Ona zamknęła oczy. Cała się trzęsła.
Hej, przecież nie mogę dać mu zabić Alicji, tak? Żołnierz przede mną jeszcze
raz machnął mi karabinem przed twarzą , a kopnąłem go w nadgarstek tak mocno,
że upuścił karabin. Drugie kopnięcie poleciało mu prosto na klatkę piersiową,
krawędzią stopy. Szybko podniosłem karabin z ziemi, i wycelowałem w mężczyznę
który celował do Alicji. Miałem go na celowniku, i nacisnąłem spust. Usłyszałem
jakiś brzęk. Nie było amunicji , serio? Bez zastanowienia rzuciłem karabinem w
żołnierza, stał może z 15 metrów ode mnie. Wszystko stało się tak szybko, że
nie zdążył strzelić ani w Nią, ani we mnie. Karabin trafił mu prosto w twarz.
Nie spodziewał się tego, w sumie ja też nie. Podbiegłem do przyjaciółki,
zapominając o mężczyźnie w śmiesznych okularach. Złapał mnie za kostkę, i
przewróciłem się na ziemię obok Niego. Przyciągnął mnie do siebie, i wycelował
jakimś kamieniem w moją twarz. Lekko odsunąłem głowę , i uderzenie padło jakiś
centymetr od mojego ucha. Złapałem jego rękę za nadgarstek, i przeturlałem Go
po sobie, nie wiem po co, taki odruch. Znalazł się na plecach, a ja usiadłem na
jego nogach, i złapałem Jego ręce (też za nadgarstki) i zgiąłęm tak mocno, że
krzkynął z bólu. Myślałem, że już się nie ruszy, więc zluźniłem chwyt. Myliłem
się, przeciwnik uwolnił się, i zrzucił mnie z siebie. Teraz Leżałem na plecach,
uderzyłem głową o jakiś kawałek odłamku ściany, próbowałem wstać ale nie
potrafiłem. Podszedł do mnie, i wziął zamach nożem, żeby wbić mi go gdzieś pod
szyję.Zamknąłem oczy, byłem pewny że to koniec. Za mną usłyszałem strzał, a
krew oblała mi twarz i kawałek podkoszulki, która była już całkowicie ujebana. Nade mną
pochyliła się roztrzęsiona Alicja.
-Ż...żyjesz? – Zająkała się.
-Chyba tak...-Spróbowałem się jakoś uśmiechnąć, ale chyba
wyglądałem jak debil. –Nic Ci nie jest? –Spytałem.
-Niee...A Tobie?
-Jak widać jestem cały i zdrowy, tylko... –Tylko nie mogę
wstać, pomyślałem. Ale nie powiem Jej tego, bo pomyśli że to coś poważnego. –Tylko
jest tutaj bardzo wygodnie.-Powiedziałem, po czym doszedłęm do wniosku że
gorszego wytłumaczenia nie mogłem wymyślić. –A, i tak w ogóle to dziękuję,
uratowałaś mi życie w końcu, nie? – Powiedziałem uśmiechając się, teraz mi się
udało.
-Nic takiego.-Odwzajemniła uśmiech, choć dalej była
przestraszona tym wszystkim. Widziałem strach w jej oczach. Cała się trzęsła.
Podjąłem próbę wstania, nie udało się. Spróbowałęm jeszcze raz, tym razem
położyłem się na bok, i wstałem . Udało się. Głowa mnie dalej bolała...
Złapałem Alicję za jej delikatną dłoń. „Już dobrze” Wyszeptałem. Chyba chciała
się do mnie przytulić, ale z pokoju gdzie zostawiłem Amber, Jej ojca, i Ghostt’a
, wybiegł... Ghostt.
-Gdzie Oni kurwa są? Zajebę ich! –Wykrzyczał Ghostt.
Rozejrzał się, i zobaczył trupa, i żołnierza zwijającego się z bólu na ziemi.
Kurde, o nim też zapomniałem. –Co tu się kurwa stało?... –Powiedział Ghostt
powoli, jak by nie wierzył w to co widzi. Podszedł do żołnierza w huście, który
leżał na ziemi. Spojrzał się na Niego, wyjął nóż, i podciął mu gardło. Tak po
prostu. Na szczęście zdążyłem przytulić Alicję tak, żeby tego nie zauważyła.
Wiem, że nie jest już dzieckiem, i przed chwilą zabiła człowieka, ale nie
chciałbym żeby to widziała. W końcu jest dziewczyną. „Muszę pogadać z Ghostt’em,
przepraszam” Powiedziałem do Alicji, i podszedłem do Ghostta. –Co jesteś taki
zdenerwowany?... –Powiedziałem tak cicho, żeby tylko On usłyszał.
-Serio kurwa? „Przespałem” całą walkę... –Prawie wykrzyczał.
-Byłeś nie przytomny, nie twoja wina. –Przerwałem mu.
-Może i tak, ale ojciec tej dziewczyny nie żyje. –Powiedział,
już się chyba uspokoił. Dosyć szybko, ja bym czekał z pół godziny.
-Co ? Jak?... –Spytałem lekko zdenerwowany.
-Nabój mu przeszedł przez
ucho... Straszny widok, jego córka, Amper, czy jakos tak na wszystko patrzyła. –Szybko
w tym momencie odbiegłem od nich, i wbiegłem do pomieszczenia, gdzie siedziała
Amber z zakrwawionymi rękami. Na ziemi leżał Jej ojciec. Na ścianie rozprysła
się krew jak dostał, kurwa... Stałem w progu. Odwróciła się w moją stronę,
płakała. „Wyjdź” powiedziała po cichu. Otworzyłem usta żeby coś powiedzieć, ale
powtórzyła, tym razem krzykiem. „Okej...”. Stanąłem na zewnątrz, i usiadłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz