wtorek

11. Alex

na wstępie przepraszam za te błędy, i za to że to chyba jeden z najnudniejszych i najsłabszych roździałów (Pod każdym względem). Dawno nie pisałem zbytnio niczego poza sms'ami i wiadomościami tak więc muszę się od nowa "rozkręcić". No ale musiałem w końcu coś napisać, bo mam tyle pomysłów, a nie chce mi się. To chyba przez pogodę, i przez to ile mam teraz zajęć. No cóż, miłego czytania ;) ~Azrael
----------------------------------------------
Gaz wlatywał powoli zapełniając pomieszczenie, dusiłem się. Spojrzałem na małą szybę w żelaznych drzwiach. Była szerokości i wysokości powierzchni na ręce od nadgarstka do łokcia. Wziąłem głęboki oddech,i wymierzyłem uderzenie w szybę. Parę odłamków szkła wbiło mi się w kostki, cholera. Wyciągnąłem rękę w poszukiwaniu klamki. Oczywiście pokaleczyłem sobie przy tym nieźle rękę. W końcu złapałem za klamkę. Jest, udało się. Zacisnąłem swoją dłoń na klamce, i przekręciłem ją. Drzwi się otworzyły, a ja szybko wyjąłem rękę z otworu w drzwiach. Wyszedłem na korytarz ostatni raz spoglądając na zmasakrowaną twarz kobiety i zamykając za sobą ciężkie drzwi. Nie miałem przy sobie broni. Kuźwa. Usłyszałem ryki zombie. Z skrzyżowania korytarzy po lewej wybiegło trzech ludzi z karabinami w rękach. Biegło w moją stronę, miałem uciekać, ale ktoś z innego pokoju wypchnął coś, chyba kanapę. Tak, to była biała kanapa. Kurwa, czemu wszystko tutaj jest białe? Mniejsza z tym, mam więcej zmartwień na głowie... Bojownicy, czy chuj wie kto schowali się za kanapą. Teraz dostrzegłem wyjście na końcu korytarza, niestety właśnie je zablokowali. O dziwo, schowali się patrząc w stronę wyjścia, nie zwracając na mnie uwagi. Co jest?... Jeden z nich się odwrócił do mnie. Pod jego lufą była włączona latarka, która mnie oślepiła. Zakryłem dłonią oczy.
-Coś za jeden? Eh dobra, nie ważne. -Mówił człowiek w amerykańskim mundurze, z hełmem na głowie, noktowizorem, i całym oporządzeniem. Tylko czemu mówił w moim języku? Wyciągnął z plecaka jakiś mały karabinek. -Mam nadzieję że umiesz strzelać. Siadaj tu, jak coś się ruszy w wyjściu, i będzie chciało się tu przedostać, strzelaj. -Rzucił jeszcze mi dwa magazynki. -Chłopaki, idziemy! -Krzyknął. Pobiegli za mnie, a ja wbiegłem za prowizoryczną osłonę. Mam nadzieję że coś da. Dwa magazynki , i jeden w karabinie to nie tak mało... Mężczyzna poklepał mnie serdecznie po ramieniu, i pobiegł. Znikając w przejściu krzyknął tylko "Utrzymaj korytarz, wrócimy!". Siedziałem spięty przyciskając lufę karabinu do kanapy, tak aby jak najbardziej zmniejszyć odrzut. Karabin był strasznie mały, przez co pewnie nie celny. Miał tylko metalową krótką malutką kolbę, ale ona i tak za dużo pewnie nie dawała. Była to mniejsza wersja kałacha. Minęło z pięć minut, i zacząłem słyszeć jakieś jęki. W końcu przez szklane drzwi na końcu pomieszczenia wbiegły jakieś postacie. Może "W końcu" to złe określenie. W każdym bądź razie dosłownie wbiegły, nie otwierając ich. Jeden się przewrócił, a dwójka ludzi uzbrojonych tak jak tamci z którymi rozmawiałem biegli w moją stronę. Strzelać? To mogą być oni... Następnie wpadli zarażeni. Dużo zarażonych. Oni nie chodzili tak jak zombie w filmach, oni zapierdalali... Widziałem jak jeden z nich gryzie leżącego żołnierza na ziemi. Próbował się uwolnić, ale nie miał zbytnich szans. Dwójka żołnierzy którzy uciekali w moją stronę biegła rozpaczliwie. Nacelowałem celownikiem kolimatorowym na jednego z nich, prosto w głowę...Miałem już strzelać, gdy ten drugi krzyknął "NIE PRÓBUJ'. To był ten sam żołnierz z którym rozmawiałem. Strzeliłem, do zarażonego obok. Byli już trzy metry ode mnie, akurat na skrzyżowaniu korytarzy. Z przejścia po lewej  wybiegł zarażony wprost na żołnierza i go przewrócił.Zastrzeliłem go, ale tamten miał już całą pogryzioną twarz. Ostatni żołnierz przetoczył się przez "barykadę" i przyjął pozycję. Zaczął od razu strzelać, ja też. Po paru sekundach zmieniłem magazynek. I znowu. Amunicja mi się skończyła. A na korytarzu zostało jeszcze koło czterech. Spojrzałem na żołnierza, jemu też się skończyła amunicja. Westchnął, i wyjął granat z kieszeni. Odbezpieczył go w błyskawicznym tempie, przytrzymał przy piersi i rzucił. Gdy wybuchł był akurat pod nogami zombie. Płytki z korytarza zaczęły latać wszędzie. "Głowa nisko" krzyknął mężczyzna. Tak też zrobiłem...Po chwili wstał, i podał mi rękę. Chwyciłem ją, a on pomógł mi wstać. Odrzucił swój hełm na bok i zdjął kominiarkę. Na twarz padły mu czarne włosy do ramion przykrywając piwne zaspane oczy. Odgarnął włosy.
-Jestem Alex, a Ty? -Uśmiechnął się lekko podając dłoń, tym razem jako gest przywitania się.
-Um... Daniel. Jestem Daniel. -Potrząsnąłem jego dłonią.
-Miło mi poznać. Weź karabin tamtego chłopaka, i tak już mu się nie przyda, tamten zostaw, nie nadaje się zbyt do walki z zarażonymi. Pozbieraj amunicję, granaty. Jak chcesz to przebierz się.
-Mi również. Tak zrobię. -Odpowiedziałem.
-No okej. Jesteś tu sam? -Powiedział odwracając się na pięcie i idąc w kierunku nie tak dawno temu czystego lśniącego korytarza, teraz poniszczonego i zakrwawionego i zawalonego trupami... Najpierw podniosłem karabin, M4 z rączką, okrągłym celownikiem kolimatorowym z malutką czerwoną kropką po środku i kolbą. Zdążyłem jeszcze w ciszy założyć kurtkę, kamizelkę, kaburę na nóż i pistolet którego nie było, no i buty desantowe. Wszystko było takie ciężkie. Dopiero teraz mu odpowiedziałem.A raczej usiadłem przy ścianie, i opowiedziałem mu wszystko, całą moją "historię" pomijając parę mniej szczególnych elementów jak tego demona czy co to było. No i powiedziałem że muszę ich odnaleźć... Siedział w ciszy patrząc chwilę na mnie bez wzruszenia, tak pusto.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz