Sprawdziłem czy na pewno nic mi nie zrobił, na szczęście byłem cały. Jeśli coś by mi zrobił, to spowolniło by naszą wyprawę. Nie wiem na jak długo. A może zakażenie wdarło by mi się do organizmu, i bym umarł? Wtedy bym ich nie odnalazł... Moje rozmyślania przerwał Alex , rzucił okiem na trupa obok mnie, i rzucił tylko zdaniem "Szybko Ci poszło" po czym wszedł do środka. Cholera, przecież nie sprawdziłem całej bibloteki... Wbiegłem do budynku prawie przewracając się o zimnego na ziemi. Zaświeciłem latarką która była przymontowana pod lufą karabinu, rozglądałem się po całym budynku, przechodziłem między regałami z książkami próbując być jak najciszej, i nie wywrócić regałów które były tak nie stabilne. Książki wystawały z półek tak bardzo, ze wystarczyło by dotknięcie regału, żeby spadła wystarczająca ilość książek do zrobienia strasznego hałasu. Po pięciu minutach chodzenia po małym budynku nie znalazłem go. Kurwa, gdzie on mógł pójść? Stanąłem w rogu przed żelaznymi drzwiami pomazanymi krwią, i odciskami rąk. Było tam napisane "Pomocy! W środku zdrowi ludzie". Spojrzałem na klamkę do drzwi, a potem na swoją broń. Obejrzałem ją całą, bez wiadomej przyczyny. Chciałem robić co kolwiek, byle by tam nie wchodzić... Ale tam był Alex. A Alex wie jak dojść do Alicji. Kurde. Złapałem za klamkę, wcisnąłem mocno i pociągnąłem do siebie. Drzwi uderzyły się o futrynę, lecz nie otworzyły. Cholera, w złą stronę... Tym razem pchnąłem wejście przed siebie, a metalowe wrota się otworzyły.Natychmiast gdy drzwi sięuchyliły, podniosłem swój karabin w gotowości.Miałem idealnie ustawiony celownik względem mojego oka, karabinem celował przed siebie. Kiedy drzwi otworzyły sie wystarczająco abym się zmieścił, wbiegłem do środka. Rozejrzałem się. Na prawo ode mnie ktoś stał tyłem. Nie był to Alex. Nie był w mundurze.
-Przepraszam... -Wyszeptałem, i chciałem go dotknąc, ale się zawachałem. -Proszę pana... -Stwór rzucił się na mnie,na szczęście w tym samym momencie bokiem wbiegł ktoś z pistoletem trzymanym jedną ręką, i strzelił mu prosto w twarz. Był to oczywiście Alex.
-Gdzie Ty kurwa byłeś? -Spytałem zdenerwowany stojąc naprzeciw jego.
-Poszedłem się odlać na zewnątrz, nie ma tu żadnych zarażonych? -Spytał zupełnie spokojny rozglądając się po pomieszczeniu i żując coś. -A, znalazłem gumy do żucia, chcesz jedną, hę? -Powiedział wyciągając z kieszeni paczkę gum.
-Wiesz, że mogłem przez Ciebie zginąć? -Mówiłem próbując samemu się uspokoić.
-Taa...-Powiedział lekko zdezorientowany. -Ale nie zginąłeś! -Uśmiechnął się szeroko. Wyluzowany gość, czasami chyba też chciałbymtaki być. -Przepraszam -Powiedział.
-Ja również. -Przyznałem. Podałem mu dłoń, spojrzał sie na mnie, po czym również złapał moją dłoń. Pogodziliśmy się, jak małe dzieci. Musiało to wyglądać prze komicznie. Wyszedłem z pokoju, a on za mną.
-Trzeba rozpalić ognisko. Zamknij drzwi, żeby nic nie weszło. -Powiedział. Zmierzyłem wzrokiem regał z książkami. "Tak, to się nada" pomysłałem. Podszedłem, i zsunąłem go na drzwi. Raczej nikt ich nie otworzy. Odwróciłem się i spojrzałem się na Alex'a. Robił miejsce na samym środku pomieszczenia. Odsuwał wszystkie regały, książki z ziemi najpierw wyrywał strony i układał na środku, a potem przykrywałksiążkami. Wyjął zapałkę z kieszeni, i ją zapalił. Podłożył ją pod stos książek i kartek a one się ładnie rozpaliły.
-Nie udusimy się? -Spytałem.
-Hm... Zobaczymy, o tym nie pomyślałem tak szczerze. -Odpowiedział spokojnie. "Dobra, pewnie jest tu jakaś wentylacja" pomyślałem. -Jesteś śpiący?
-Nie, średnio. A co? -Odpowiedziałem.
-Nie, nic. Popilnuj ogniska żeby się tliło, wieczorem może zrobić się zimno w tym budynku. A ja się prześpię. Powiedział, położył sobie 3 książki podgłowę, odłożył karabin obok i zamknął oczy.
*3 godziny później*
-Nie mogę usnąć. -Powiedział Alex, i spojrzał na ognisko, a potem na mnie. Wyglądał na strasznie zmęcznego. -Masz jakiś temat do rozmowy?
-Hm... -Zastanowiłem się. -Jak myślisz, skąd jest ta cała zaraza? Bo ja nie mam żadnego pomysłu.
-Nie wiesz? -Spojrzał się na mnie robiąc duże oczy. -Declan. Declan Evaans. -Wypowiedział te słowa z wyjątkowym obrzydzeniem, z pogardą. -Trzydziesto, albo czterdziesto letni naukowiec, w sumie psychol. Stworzył tą chorobę, bo jacyś terroryści mu zapłacili. Podobno powiedzieli że wykorzystają ją w dobrym celu.
-Skąd to wszystko wiesz?
-Rozmawiałem z nim. -Odpowiedział bez wzruszenia.
-On żyje? I nie może wyprodukować antybiotyku, czy coś?
-Żyje. Ma swoją fortecę, wojsko. Czołgi, piechotę, może nawet samoloty. Ma antybiotyk, który działa przez drogi oddechowe. Ma pełno butli z tym antybiotykiem, szczepionką, nie wiem co to jest. W każdym bądź razie jeżeli dostaniesz to jakoś w ciągu 48h po ugryzieniu , nic Ci nie będzie. Jeżeli zarażonemu dostanie się to do dróg oddechowych, ginie. Tak jak by dostał kulkę w łeb.
-I nie może pomóc? Przecież mógł by tylu ludzi uratować... -Toczyłem dalej temat.
-Może, może. Ale jemu jest tak wygodnie. Zobacz, ma swoje własne wojsko, i ma szczepionke. Jest dla ludzi którzy są w tej fortecy jak król. Jemu to pasuje... Dobra, koniec tematu, kiedyśo tym pogadamy -Powiedział Alex zaspany. Przygaś ognisko trochę, i też sie połóż. Oparłem się o kredens, i zamknąłem oczy. Na prawdę było zimno.
fajnie, pisz dalej :)
OdpowiedzUsuń