Napisać dwa roździały zamiast spać, czemu nie? Miłego czytania c; ~Azrael
------------
-No cóż, nieźle. Pomogę Ci ich szukać, i tak zostałem już chyba sam, wątpię zeby te jełopy bezemnie przeżyły. -Zaśmiał się lekko.
-Jesteś żołnierzem? -Zapytałem z ciekawością.Spojrzał się na mnie i nic nie mówił.
-Ach, ja? Nie , nie jestem żołniezrem, nikt z nas nie był nigdy w wojsku. To znaczy, ja odsiedziałem trochę w armii,ale nic więcej. Wszystko mamy po martwych żołnierzach. Tak jak teraz Ty -Wskazał palcem cały czas siedząc na "mój" mundur. Był lekko pokrwawiony lecz nie zbyt mi to rpzeszkadzało.
-Rozumiem -powiedziałem patrząc się bez najmniejszego sensu w stronę zniszczonego korytarza. MIałem powypychaną kamizelkę granatami i magazynkami, jakieś urządzenia, kompas, lornetka, pełny plecak z tyłu, nóż w kaburze na nodze, ciężkie buty, i nałaodowany karabin leżący na moim brzuchu. Czułem się jak bym był żołnierzem. Siedzieliśmy odpoczywając przez parę minut, bez słowa. Blaski słońca odbijały się w niektórych płytach, zaczęło robić się coraz cieplej i bardziej duszno. W końcu chłopak Alex wstał, i rozejrzał się.
-Wiem gdzie są twoi przyjaciele. -Uśmiechnął się. -A przynajmniej tak mi się zdaje. Ale są dwie opcje. -Powiedział i uśmiech zszedł z jego twarzy.
-Albo będą tam gdzie myślę, albo wszyscy zginęli, razem z nimi. -Powiedział szorstko.
-Dlaczego niby mieli by tam być? -Spytałem próbując podtrzymać się na duchu.
-Bo to w miarę bezpiecznie miejsce. Płoty, wilcze doły, wieża strażnicza, ludzie pilnujący wejścia.-Mówił patrząc się w wyjście, i bawiąc się bronią. -Transportują tam każdego kogo znajdą, pomagają mu. Ale jakiś czas temu straciliśmy z nimi kontakt.
-Mówiłeś że zostałeś sam... -Przerwałem mu.
-Aj no nie przerywaj mi, bo mnie zdenerwujesz -zaśmiał się -No teoretycznie tak, bo ludzie którzy tutaj byli to taki jak by oddział którym dowodziłem. Składał się z dziesięciu ludzi. Tylko my mieliśmy karabiny szturmowe, karabiny lekkie, ciężkie, mieliśmy wszystko.kamizelki itd. Reszta ta która pilnuje obozu ma tylko jakieś pistolety i karabiny typu springfield m1903 albo jakieś thompsony. Za to mają lub mieli pełny magazyn amunicji. My byliśmy grupą wypadową. Braliśmy auto, jechaliśmy w wyznaczone miejsce, braliśmy co się dało, i spieprzaliśmy do swoich. Wszystko szło wspaniale, nikt nie zostawał ranny, nigdy nie byliśmy w sytuacji krytycznej. Do wczorajszego dnia.
-Daleko jest ten obóz? -znów przerwałem.
-Ugh, jakieś 200-300 km stąd, czemu pytasz? -Zaczął się denerwować. Serio go to wkurzało.
-Skoro jest tak daleko, to jakim cudem stąd by zabrali moich przyjaciół? -Spytałem tracąc nadzieję.
-Prawdopodobnie nas szukali. A osobą która najlepiej u nich kieruje jest kobieta o wyjątkowo miękkim sercu. Bierze każdego kto potrzebuje pomocy. Mogę mówić dalej? -Przytaknąłem. -No więc zaczęło się to dwa dni temu. Naszym celem była forteca położona jakieś 500 kilometrów od nas. Może 550. Mówią o niej, że jest cała okopana, uzbrojona w działa , karabiny maszynowe, snajperów, doświadczonych żołnierzy. Że mają czołgi, helikoptery, lekarstwa, jedzenie, wszystko. Wyjechaliśmy z naszego obozu dwoma ciemno zielonymi pojazdami opancerzonymi HUMVEE z działkami na dachach.W bagażnikach parę zapasowych karabinów, koce,picie jedzenie i paliwo. Wszystko co siędało, ale oczywiście nic by nie starczło na tak długą podróż. Jakoś w połowe, czyli gdzieś... Dzisiaj rano? wysiedliśmy przy jakimś markecie rozbawieni, z nadzieją że znajdziemy prowiant , i może odpoczniemy.Na zewnątrz było pusto. Kierowcy zostali na wypadek gdybyśmy musieli szybko odjechać. Weszliśmy do środka i właczyliśmy noktowizory w goglach ,taki nowoczesny sprzęt. Szliśmy po cichu, w ósemkę. Po dwóch z przodu, tyłu,prawej i lewejz karabinami wycelowymi przed siebie. Usłyszeliśmy w końcu czyjeś krzyki. Nie były to krzyki zimnych. Były to krzyki ludzi. A jeden człowiek uzbrojony równa się 50 zimnym. Ludzie są groźniejsi, potrafią użyć mózgu, a tamte nie. Wpadliśmy pod ostrzał.Strzelali do nas ze wszystkiego, z karabinów maszynowych, pistoletów, strzelb nawet raz padł strzał z rpg'a. Puste kartony, butelki, jedzenie, wszystko co było na pułkach latało wszędzie, a kule dziurawiły regały. Biegliśmy między nimi tak jak by to był labirynt. Zgubiliśmy się, nie wiedzieliśmy gdzie jest wyjście. Wskoczyliśmy za ladę, ale ostrzał ustał tylko na chwilę ; musieli przeładować. Było ich z dwudziestu. Napierdalali w nas jak by amunicja im się nie kończyła. Byliśmy przygwożdżeni. Jeff wychylił się w celu rzucenia granata. Udało mu sięgo rzucić, lecz nie doleciał. A on sam dostał w szyję. Nasz "Medyk" zajął się nim, ale nie miał niczego czym by mógł mu pomóc. Musiałem decydować co robić. Chłopak mógł umrzeć... Mój plan był taki; rzucimy trzy granaty w ich stronę bez wychylania się. Byle by przez chwilę przestali strzelać. Schowali sięczy coś. W trójkę pójdziemy do auta po rzeczy itd, wrócimy tędy którędy wyszliśmy, a kierowcy wysadzą ściany i wjada w budynek rozstrzeliwując wsystko oprócz naszej pozycji. Czyli na pozycji została by pięciu chłopaków z czego jeden ranny. Tak też zrobiliśmy, rzuciliśmy granaty a oni albo przeładowywali, albo się schowali przed odłamkami. W każdym bądź razie szło dobrze,nie strzelali a my wybiegliśmy wyjściem ewakuacyjnym które było jakieś pięć metrów przed nami. Zdążyłem krzyknąć "Wrócimy po was' i zniknęliśmy z ich polawidzenia. Od razu usłyszeliśmy kolejne strzały. Byliśmy po drugiej stronie budynku, taki parking dla personelu. I ciężarówek. Zaczęliśmy biec w stronę naszych aut. Na rogu dałem znak aby się zatrzymali. Wychyliłem się lekko, i zobaczyłem nasze wozy. Nie były zapalone, a miały być cały czas. Paliwa jeszcze było. Wycelowałem karabin i cały czas rozglądając się wszędzie przeszedłem do wozu a chłopcy za mną. W szybie była dziura, a na szkle była krew i kawałki mózgu. Kierwocy byli... Martwi. Ktoś ich zastrzelił, kurwa. Przyjrzałem się autom. Powietrze z opon było spuszczone, nie mogliśmy wjechać do budynku ani nic. Oliver zamknął oczy kierowcom i pomodlił się za nich. DLa mnie to zawsze było głupstwo. Ale wracając do rzeczy, stwierdziliśmy że sami tam wejdziemy w trójkę. Wzieliśmy dynamit, i podeszliśmy do rogu budynku , z którego byli tamci. Przykleiłem dynamit do sciany, i zapaliłem. Schowaliśmy się za jakimś autem przed odłamkami budynku. Wybuchło. Weszliśmy do środka krzycząc coś, co kolwiek byle by się wystraszyli. Oliver trzymał karabin na biodrze, i strzelał gdzie popadnie . W pewnym momencie opuścił karabin, i wyjął pistolet i nóż. Dopiero teraz dym opadł. Zaczeliśmy strzelać do chłopaków w wieku 15-20 lat. Takich młodych. Nawet się nie bronili, nie wiedzieli co siędzieje. Po paru sekundach było już cicho. Za cicho, nie słyszeliśmy swoich. Wbieglśmy za lade, ale było za późno. Wszyscy byli podziurawieni, martwi. Akurat gdy wbiegliśmy jeden z naszych przyłożył sobie broń do skroni i wystrzelił. Nikt nie żył. Powystrzelali ich. A medyk leżał na Jeffie... Jezu, co tu siestało. Musieli ich zajść. Pozamykaliśmy im oczy, i ich tam pochowaliśmy. Tak minęła połowa dnia. No a później doszliśmy tutaj, w poszukiwaniu baterii do krótkofalówek, no ale... Yh, stracliłem wszystkich -Zaczął mówić ze łzami w oczach -Co ze mnie za dowódca, skoro jednego dnia straciłem tak swietnych ludzi? Kurwa, dziewięciu ludzi... Co za idiotą trzeba być... -Mówił zakrywając oczy ręką. -Ale naprawię to kurwa. Pomogę Ci znaleźć przyjaciół. Nie pozwolę Ci poznać co to znaczy ich stracić. Nie pozwolę...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz