Przepraszam że taki króciutki, ale chciałem tylko coś dopisać do informacji, iż załozyłem fp. Jeśli ktoś mnie czyta, to zapraszam do zaobserwowania. Nie obraziłbym się gdybyście polecili moj blog znajomym itd ^^
https://www.facebook.com/pages/Daniel-Ronestly/262552937274410?ref=hl
------------------
Siedzieliśmy jeszcze chwilę w ciszy, po czym Alex się odezwał.
-Jeszcze trochę i się ściemni, a my musimy przejść trochę, i znaleźć miejsce na postój. Masz tutaj jeszcze jeden magazynek do Twojego karabinu. -Podniósł z ziemi czarny magazynek i mi go podał. Wbiłem go do kieszeni w kamizelce z przodu, i ruszyłem za nim. Zarzucił broń na ramię, a my wyszliśmy. Słońce odbijało mi się w googlach, na szczęście były lekko przyciemniane.Wszędzie było tak pusto. W niektórych miejscach szli "Zimni" tak jak to mówił Aleksander. Nie przejmowaliśmy się tym, tak szczerze. Wystarczyło im wbić coś ostrego w łeb, a zdychali natychmiastowo.
-Gdzie idziemy ? -Spytałem podążając za czarnowłosym chłopakiem.
-Idziemy przed siebie. -Odpowiedział.
-A nie mieliśmy iść odnaleźć Alicję i resztę?... -Spytałem lekko zawiedziony jego odpowiedzią.
-No przecież tak powiedziałem. -Odpowiedział po czym wzruszył ramionami. -Widzisz tą biblotekę? -Zapytał wskazując lufą karabinu na szary budynek z jednym małym okienkiem. -Spędzimy tam noc. Dasz sobie radę sprawdzić czy to miejsce jest bezpieczne?
-Postaram się. -Powiedziałem bez wzruszenia. Poradziłem sobie z przejściem przez kanały, z uratowaniem Alicji i Ghostt'a przed jakimiś żołnierzami, nie dał bym sobie rady z paroma zimnymi? Proszę was. Gdy szedł w stronę jakiegoś warzywniaka czy coś, krzyknął że idzie po żarcie. Westchnąłem, i podszedłem do drzwi. Prawą ręką złapałem za klamkę a lewą przytrzymałem karabin na wysokości głowy. Dopiero teraz zauważyłem że jestem leworęczny. Powolutku otwierałem drzwi, tak jak bym wiedział że gdy wydadzą jaki kolwiek dźwięk, zginę. Gdy otworzyłem drzwi na tyle żebym mógł się przecisnąć bez problemu, wbiegłem i zapaliłem latarkę w karabinie. Niestety zapomniałem że mam na sobie kamizelkę, która popchnęła drzwi, przez co uderzyły z dużą siłą i zrobiły ogromny hałas. No cóż, z zakradnięcia się nici.Od razu w świetle latarki pojawił sie zarażony. Biegł do mnie jak sowiecki żołnierz do karabinu na wojnie. Wystrzeliłem trzy pociski, każdy trafił w jego twarz, przez co została totalnie zniszczona. Głowa mu na górze ekplodowała, a dwa naboje wbiły się prosto w oczy. Łaaa, ładnie. Przez chwilę jeszcze się patrzyłem na trupa, ale jeden wbiegł we mnie, dosłownie prawie wbił we mnie karabin. Złapał mnie swoimi zarośniętymi łapami za karabin, a twarzą próbował zbliżyć się do mnie i mnie ugryźć. Odpierałem go swoim karabinem najdalej jak mogłem, ale nic nie mogłem zrobić. miałem wrażenie że mnie zaraz przewróci. Z jego ust, a przynajmniej tego co mu zwisało i kiedyś prawodopodobnie było ustami wydobywał się straszny, nie miły zapach. Padliny, trupa. Policzek przebił mu ząb, który lekko wystawał. Był cały żółty. A na głowie mieściło mu się pare włosków. Nie miał brwi, ani powiek...Gałki oczne prawie mu wychodziły. Skórę miał rozszarpaną. Był taki... Obrzydliwy. Przez to ze się tak skupiłem na jego wyglądzie, przewrócił mnie na ziemię. Leżał na mnie, czułem nawet jego sapanie. Tak strasznie mu waliło z mordy że miałem wrażenie, że zemdleję za parę sekund. Chciałem sięgnąć po nóż, ale był za nisko na nodze i nie dosięgałem. Zgiąłem nogę by go przybliżyć do siebie, lecz zimny przez to znalazł się parę centymetrów od mojej twarzy. Wyjąłem szybko nóż, i wbiłem mu go w czaszkę, a on pozstawił mi na goglach krew. Przetarłem je rękawem, ale były rozmazane. Zrzuciłem z siebie trupa, przetrzepałem mundur. Kurwa, a był taki czysty.
Autor tego to niezrównoważony psychicznie dzieciak. W jednym ciele siedzą dwie osobowości, jedna jest miła, kocha nie wyobrażalnie swój kraj i się wszystkim przejmuje. Druga osobowość jest anarchistą, nie obchodzi go nic i ma ochotę wszystkich wyrżnąć w pień, przy okazji obalając system. Czy blog napisany przez takiego kogoś może być nudny?
środa
wtorek
12. Oddział Alexa.
Napisać dwa roździały zamiast spać, czemu nie? Miłego czytania c; ~Azrael
------------
-No cóż, nieźle. Pomogę Ci ich szukać, i tak zostałem już chyba sam, wątpię zeby te jełopy bezemnie przeżyły. -Zaśmiał się lekko.
-Jesteś żołnierzem? -Zapytałem z ciekawością.Spojrzał się na mnie i nic nie mówił.
-Ach, ja? Nie , nie jestem żołniezrem, nikt z nas nie był nigdy w wojsku. To znaczy, ja odsiedziałem trochę w armii,ale nic więcej. Wszystko mamy po martwych żołnierzach. Tak jak teraz Ty -Wskazał palcem cały czas siedząc na "mój" mundur. Był lekko pokrwawiony lecz nie zbyt mi to rpzeszkadzało.
-Rozumiem -powiedziałem patrząc się bez najmniejszego sensu w stronę zniszczonego korytarza. MIałem powypychaną kamizelkę granatami i magazynkami, jakieś urządzenia, kompas, lornetka, pełny plecak z tyłu, nóż w kaburze na nodze, ciężkie buty, i nałaodowany karabin leżący na moim brzuchu. Czułem się jak bym był żołnierzem. Siedzieliśmy odpoczywając przez parę minut, bez słowa. Blaski słońca odbijały się w niektórych płytach, zaczęło robić się coraz cieplej i bardziej duszno. W końcu chłopak Alex wstał, i rozejrzał się.
-Wiem gdzie są twoi przyjaciele. -Uśmiechnął się. -A przynajmniej tak mi się zdaje. Ale są dwie opcje. -Powiedział i uśmiech zszedł z jego twarzy.
-Albo będą tam gdzie myślę, albo wszyscy zginęli, razem z nimi. -Powiedział szorstko.
-Dlaczego niby mieli by tam być? -Spytałem próbując podtrzymać się na duchu.
-Bo to w miarę bezpiecznie miejsce. Płoty, wilcze doły, wieża strażnicza, ludzie pilnujący wejścia.-Mówił patrząc się w wyjście, i bawiąc się bronią. -Transportują tam każdego kogo znajdą, pomagają mu. Ale jakiś czas temu straciliśmy z nimi kontakt.
-Mówiłeś że zostałeś sam... -Przerwałem mu.
-Aj no nie przerywaj mi, bo mnie zdenerwujesz -zaśmiał się -No teoretycznie tak, bo ludzie którzy tutaj byli to taki jak by oddział którym dowodziłem. Składał się z dziesięciu ludzi. Tylko my mieliśmy karabiny szturmowe, karabiny lekkie, ciężkie, mieliśmy wszystko.kamizelki itd. Reszta ta która pilnuje obozu ma tylko jakieś pistolety i karabiny typu springfield m1903 albo jakieś thompsony. Za to mają lub mieli pełny magazyn amunicji. My byliśmy grupą wypadową. Braliśmy auto, jechaliśmy w wyznaczone miejsce, braliśmy co się dało, i spieprzaliśmy do swoich. Wszystko szło wspaniale, nikt nie zostawał ranny, nigdy nie byliśmy w sytuacji krytycznej. Do wczorajszego dnia.
-Daleko jest ten obóz? -znów przerwałem.
-Ugh, jakieś 200-300 km stąd, czemu pytasz? -Zaczął się denerwować. Serio go to wkurzało.
-Skoro jest tak daleko, to jakim cudem stąd by zabrali moich przyjaciół? -Spytałem tracąc nadzieję.
-Prawdopodobnie nas szukali. A osobą która najlepiej u nich kieruje jest kobieta o wyjątkowo miękkim sercu. Bierze każdego kto potrzebuje pomocy. Mogę mówić dalej? -Przytaknąłem. -No więc zaczęło się to dwa dni temu. Naszym celem była forteca położona jakieś 500 kilometrów od nas. Może 550. Mówią o niej, że jest cała okopana, uzbrojona w działa , karabiny maszynowe, snajperów, doświadczonych żołnierzy. Że mają czołgi, helikoptery, lekarstwa, jedzenie, wszystko. Wyjechaliśmy z naszego obozu dwoma ciemno zielonymi pojazdami opancerzonymi HUMVEE z działkami na dachach.W bagażnikach parę zapasowych karabinów, koce,picie jedzenie i paliwo. Wszystko co siędało, ale oczywiście nic by nie starczło na tak długą podróż. Jakoś w połowe, czyli gdzieś... Dzisiaj rano? wysiedliśmy przy jakimś markecie rozbawieni, z nadzieją że znajdziemy prowiant , i może odpoczniemy.Na zewnątrz było pusto. Kierowcy zostali na wypadek gdybyśmy musieli szybko odjechać. Weszliśmy do środka i właczyliśmy noktowizory w goglach ,taki nowoczesny sprzęt. Szliśmy po cichu, w ósemkę. Po dwóch z przodu, tyłu,prawej i lewejz karabinami wycelowymi przed siebie. Usłyszeliśmy w końcu czyjeś krzyki. Nie były to krzyki zimnych. Były to krzyki ludzi. A jeden człowiek uzbrojony równa się 50 zimnym. Ludzie są groźniejsi, potrafią użyć mózgu, a tamte nie. Wpadliśmy pod ostrzał.Strzelali do nas ze wszystkiego, z karabinów maszynowych, pistoletów, strzelb nawet raz padł strzał z rpg'a. Puste kartony, butelki, jedzenie, wszystko co było na pułkach latało wszędzie, a kule dziurawiły regały. Biegliśmy między nimi tak jak by to był labirynt. Zgubiliśmy się, nie wiedzieliśmy gdzie jest wyjście. Wskoczyliśmy za ladę, ale ostrzał ustał tylko na chwilę ; musieli przeładować. Było ich z dwudziestu. Napierdalali w nas jak by amunicja im się nie kończyła. Byliśmy przygwożdżeni. Jeff wychylił się w celu rzucenia granata. Udało mu sięgo rzucić, lecz nie doleciał. A on sam dostał w szyję. Nasz "Medyk" zajął się nim, ale nie miał niczego czym by mógł mu pomóc. Musiałem decydować co robić. Chłopak mógł umrzeć... Mój plan był taki; rzucimy trzy granaty w ich stronę bez wychylania się. Byle by przez chwilę przestali strzelać. Schowali sięczy coś. W trójkę pójdziemy do auta po rzeczy itd, wrócimy tędy którędy wyszliśmy, a kierowcy wysadzą ściany i wjada w budynek rozstrzeliwując wsystko oprócz naszej pozycji. Czyli na pozycji została by pięciu chłopaków z czego jeden ranny. Tak też zrobiliśmy, rzuciliśmy granaty a oni albo przeładowywali, albo się schowali przed odłamkami. W każdym bądź razie szło dobrze,nie strzelali a my wybiegliśmy wyjściem ewakuacyjnym które było jakieś pięć metrów przed nami. Zdążyłem krzyknąć "Wrócimy po was' i zniknęliśmy z ich polawidzenia. Od razu usłyszeliśmy kolejne strzały. Byliśmy po drugiej stronie budynku, taki parking dla personelu. I ciężarówek. Zaczęliśmy biec w stronę naszych aut. Na rogu dałem znak aby się zatrzymali. Wychyliłem się lekko, i zobaczyłem nasze wozy. Nie były zapalone, a miały być cały czas. Paliwa jeszcze było. Wycelowałem karabin i cały czas rozglądając się wszędzie przeszedłem do wozu a chłopcy za mną. W szybie była dziura, a na szkle była krew i kawałki mózgu. Kierwocy byli... Martwi. Ktoś ich zastrzelił, kurwa. Przyjrzałem się autom. Powietrze z opon było spuszczone, nie mogliśmy wjechać do budynku ani nic. Oliver zamknął oczy kierowcom i pomodlił się za nich. DLa mnie to zawsze było głupstwo. Ale wracając do rzeczy, stwierdziliśmy że sami tam wejdziemy w trójkę. Wzieliśmy dynamit, i podeszliśmy do rogu budynku , z którego byli tamci. Przykleiłem dynamit do sciany, i zapaliłem. Schowaliśmy się za jakimś autem przed odłamkami budynku. Wybuchło. Weszliśmy do środka krzycząc coś, co kolwiek byle by się wystraszyli. Oliver trzymał karabin na biodrze, i strzelał gdzie popadnie . W pewnym momencie opuścił karabin, i wyjął pistolet i nóż. Dopiero teraz dym opadł. Zaczeliśmy strzelać do chłopaków w wieku 15-20 lat. Takich młodych. Nawet się nie bronili, nie wiedzieli co siędzieje. Po paru sekundach było już cicho. Za cicho, nie słyszeliśmy swoich. Wbieglśmy za lade, ale było za późno. Wszyscy byli podziurawieni, martwi. Akurat gdy wbiegliśmy jeden z naszych przyłożył sobie broń do skroni i wystrzelił. Nikt nie żył. Powystrzelali ich. A medyk leżał na Jeffie... Jezu, co tu siestało. Musieli ich zajść. Pozamykaliśmy im oczy, i ich tam pochowaliśmy. Tak minęła połowa dnia. No a później doszliśmy tutaj, w poszukiwaniu baterii do krótkofalówek, no ale... Yh, stracliłem wszystkich -Zaczął mówić ze łzami w oczach -Co ze mnie za dowódca, skoro jednego dnia straciłem tak swietnych ludzi? Kurwa, dziewięciu ludzi... Co za idiotą trzeba być... -Mówił zakrywając oczy ręką. -Ale naprawię to kurwa. Pomogę Ci znaleźć przyjaciół. Nie pozwolę Ci poznać co to znaczy ich stracić. Nie pozwolę...
------------
-No cóż, nieźle. Pomogę Ci ich szukać, i tak zostałem już chyba sam, wątpię zeby te jełopy bezemnie przeżyły. -Zaśmiał się lekko.
-Jesteś żołnierzem? -Zapytałem z ciekawością.Spojrzał się na mnie i nic nie mówił.
-Ach, ja? Nie , nie jestem żołniezrem, nikt z nas nie był nigdy w wojsku. To znaczy, ja odsiedziałem trochę w armii,ale nic więcej. Wszystko mamy po martwych żołnierzach. Tak jak teraz Ty -Wskazał palcem cały czas siedząc na "mój" mundur. Był lekko pokrwawiony lecz nie zbyt mi to rpzeszkadzało.
-Rozumiem -powiedziałem patrząc się bez najmniejszego sensu w stronę zniszczonego korytarza. MIałem powypychaną kamizelkę granatami i magazynkami, jakieś urządzenia, kompas, lornetka, pełny plecak z tyłu, nóż w kaburze na nodze, ciężkie buty, i nałaodowany karabin leżący na moim brzuchu. Czułem się jak bym był żołnierzem. Siedzieliśmy odpoczywając przez parę minut, bez słowa. Blaski słońca odbijały się w niektórych płytach, zaczęło robić się coraz cieplej i bardziej duszno. W końcu chłopak Alex wstał, i rozejrzał się.
-Wiem gdzie są twoi przyjaciele. -Uśmiechnął się. -A przynajmniej tak mi się zdaje. Ale są dwie opcje. -Powiedział i uśmiech zszedł z jego twarzy.
-Albo będą tam gdzie myślę, albo wszyscy zginęli, razem z nimi. -Powiedział szorstko.
-Dlaczego niby mieli by tam być? -Spytałem próbując podtrzymać się na duchu.
-Bo to w miarę bezpiecznie miejsce. Płoty, wilcze doły, wieża strażnicza, ludzie pilnujący wejścia.-Mówił patrząc się w wyjście, i bawiąc się bronią. -Transportują tam każdego kogo znajdą, pomagają mu. Ale jakiś czas temu straciliśmy z nimi kontakt.
-Mówiłeś że zostałeś sam... -Przerwałem mu.
-Aj no nie przerywaj mi, bo mnie zdenerwujesz -zaśmiał się -No teoretycznie tak, bo ludzie którzy tutaj byli to taki jak by oddział którym dowodziłem. Składał się z dziesięciu ludzi. Tylko my mieliśmy karabiny szturmowe, karabiny lekkie, ciężkie, mieliśmy wszystko.kamizelki itd. Reszta ta która pilnuje obozu ma tylko jakieś pistolety i karabiny typu springfield m1903 albo jakieś thompsony. Za to mają lub mieli pełny magazyn amunicji. My byliśmy grupą wypadową. Braliśmy auto, jechaliśmy w wyznaczone miejsce, braliśmy co się dało, i spieprzaliśmy do swoich. Wszystko szło wspaniale, nikt nie zostawał ranny, nigdy nie byliśmy w sytuacji krytycznej. Do wczorajszego dnia.
-Daleko jest ten obóz? -znów przerwałem.
-Ugh, jakieś 200-300 km stąd, czemu pytasz? -Zaczął się denerwować. Serio go to wkurzało.
-Skoro jest tak daleko, to jakim cudem stąd by zabrali moich przyjaciół? -Spytałem tracąc nadzieję.
-Prawdopodobnie nas szukali. A osobą która najlepiej u nich kieruje jest kobieta o wyjątkowo miękkim sercu. Bierze każdego kto potrzebuje pomocy. Mogę mówić dalej? -Przytaknąłem. -No więc zaczęło się to dwa dni temu. Naszym celem była forteca położona jakieś 500 kilometrów od nas. Może 550. Mówią o niej, że jest cała okopana, uzbrojona w działa , karabiny maszynowe, snajperów, doświadczonych żołnierzy. Że mają czołgi, helikoptery, lekarstwa, jedzenie, wszystko. Wyjechaliśmy z naszego obozu dwoma ciemno zielonymi pojazdami opancerzonymi HUMVEE z działkami na dachach.W bagażnikach parę zapasowych karabinów, koce,picie jedzenie i paliwo. Wszystko co siędało, ale oczywiście nic by nie starczło na tak długą podróż. Jakoś w połowe, czyli gdzieś... Dzisiaj rano? wysiedliśmy przy jakimś markecie rozbawieni, z nadzieją że znajdziemy prowiant , i może odpoczniemy.Na zewnątrz było pusto. Kierowcy zostali na wypadek gdybyśmy musieli szybko odjechać. Weszliśmy do środka i właczyliśmy noktowizory w goglach ,taki nowoczesny sprzęt. Szliśmy po cichu, w ósemkę. Po dwóch z przodu, tyłu,prawej i lewejz karabinami wycelowymi przed siebie. Usłyszeliśmy w końcu czyjeś krzyki. Nie były to krzyki zimnych. Były to krzyki ludzi. A jeden człowiek uzbrojony równa się 50 zimnym. Ludzie są groźniejsi, potrafią użyć mózgu, a tamte nie. Wpadliśmy pod ostrzał.Strzelali do nas ze wszystkiego, z karabinów maszynowych, pistoletów, strzelb nawet raz padł strzał z rpg'a. Puste kartony, butelki, jedzenie, wszystko co było na pułkach latało wszędzie, a kule dziurawiły regały. Biegliśmy między nimi tak jak by to był labirynt. Zgubiliśmy się, nie wiedzieliśmy gdzie jest wyjście. Wskoczyliśmy za ladę, ale ostrzał ustał tylko na chwilę ; musieli przeładować. Było ich z dwudziestu. Napierdalali w nas jak by amunicja im się nie kończyła. Byliśmy przygwożdżeni. Jeff wychylił się w celu rzucenia granata. Udało mu sięgo rzucić, lecz nie doleciał. A on sam dostał w szyję. Nasz "Medyk" zajął się nim, ale nie miał niczego czym by mógł mu pomóc. Musiałem decydować co robić. Chłopak mógł umrzeć... Mój plan był taki; rzucimy trzy granaty w ich stronę bez wychylania się. Byle by przez chwilę przestali strzelać. Schowali sięczy coś. W trójkę pójdziemy do auta po rzeczy itd, wrócimy tędy którędy wyszliśmy, a kierowcy wysadzą ściany i wjada w budynek rozstrzeliwując wsystko oprócz naszej pozycji. Czyli na pozycji została by pięciu chłopaków z czego jeden ranny. Tak też zrobiliśmy, rzuciliśmy granaty a oni albo przeładowywali, albo się schowali przed odłamkami. W każdym bądź razie szło dobrze,nie strzelali a my wybiegliśmy wyjściem ewakuacyjnym które było jakieś pięć metrów przed nami. Zdążyłem krzyknąć "Wrócimy po was' i zniknęliśmy z ich polawidzenia. Od razu usłyszeliśmy kolejne strzały. Byliśmy po drugiej stronie budynku, taki parking dla personelu. I ciężarówek. Zaczęliśmy biec w stronę naszych aut. Na rogu dałem znak aby się zatrzymali. Wychyliłem się lekko, i zobaczyłem nasze wozy. Nie były zapalone, a miały być cały czas. Paliwa jeszcze było. Wycelowałem karabin i cały czas rozglądając się wszędzie przeszedłem do wozu a chłopcy za mną. W szybie była dziura, a na szkle była krew i kawałki mózgu. Kierwocy byli... Martwi. Ktoś ich zastrzelił, kurwa. Przyjrzałem się autom. Powietrze z opon było spuszczone, nie mogliśmy wjechać do budynku ani nic. Oliver zamknął oczy kierowcom i pomodlił się za nich. DLa mnie to zawsze było głupstwo. Ale wracając do rzeczy, stwierdziliśmy że sami tam wejdziemy w trójkę. Wzieliśmy dynamit, i podeszliśmy do rogu budynku , z którego byli tamci. Przykleiłem dynamit do sciany, i zapaliłem. Schowaliśmy się za jakimś autem przed odłamkami budynku. Wybuchło. Weszliśmy do środka krzycząc coś, co kolwiek byle by się wystraszyli. Oliver trzymał karabin na biodrze, i strzelał gdzie popadnie . W pewnym momencie opuścił karabin, i wyjął pistolet i nóż. Dopiero teraz dym opadł. Zaczeliśmy strzelać do chłopaków w wieku 15-20 lat. Takich młodych. Nawet się nie bronili, nie wiedzieli co siędzieje. Po paru sekundach było już cicho. Za cicho, nie słyszeliśmy swoich. Wbieglśmy za lade, ale było za późno. Wszyscy byli podziurawieni, martwi. Akurat gdy wbiegliśmy jeden z naszych przyłożył sobie broń do skroni i wystrzelił. Nikt nie żył. Powystrzelali ich. A medyk leżał na Jeffie... Jezu, co tu siestało. Musieli ich zajść. Pozamykaliśmy im oczy, i ich tam pochowaliśmy. Tak minęła połowa dnia. No a później doszliśmy tutaj, w poszukiwaniu baterii do krótkofalówek, no ale... Yh, stracliłem wszystkich -Zaczął mówić ze łzami w oczach -Co ze mnie za dowódca, skoro jednego dnia straciłem tak swietnych ludzi? Kurwa, dziewięciu ludzi... Co za idiotą trzeba być... -Mówił zakrywając oczy ręką. -Ale naprawię to kurwa. Pomogę Ci znaleźć przyjaciół. Nie pozwolę Ci poznać co to znaczy ich stracić. Nie pozwolę...
11. Alex
na wstępie przepraszam za te błędy, i za to że to chyba jeden z najnudniejszych i najsłabszych roździałów (Pod każdym względem). Dawno nie pisałem zbytnio niczego poza sms'ami i wiadomościami tak więc muszę się od nowa "rozkręcić". No ale musiałem w końcu coś napisać, bo mam tyle pomysłów, a nie chce mi się. To chyba przez pogodę, i przez to ile mam teraz zajęć. No cóż, miłego czytania ;) ~Azrael
----------------------------------------------
Gaz wlatywał powoli zapełniając pomieszczenie, dusiłem się. Spojrzałem na małą szybę w żelaznych drzwiach. Była szerokości i wysokości powierzchni na ręce od nadgarstka do łokcia. Wziąłem głęboki oddech,i wymierzyłem uderzenie w szybę. Parę odłamków szkła wbiło mi się w kostki, cholera. Wyciągnąłem rękę w poszukiwaniu klamki. Oczywiście pokaleczyłem sobie przy tym nieźle rękę. W końcu złapałem za klamkę. Jest, udało się. Zacisnąłem swoją dłoń na klamce, i przekręciłem ją. Drzwi się otworzyły, a ja szybko wyjąłem rękę z otworu w drzwiach. Wyszedłem na korytarz ostatni raz spoglądając na zmasakrowaną twarz kobiety i zamykając za sobą ciężkie drzwi. Nie miałem przy sobie broni. Kuźwa. Usłyszałem ryki zombie. Z skrzyżowania korytarzy po lewej wybiegło trzech ludzi z karabinami w rękach. Biegło w moją stronę, miałem uciekać, ale ktoś z innego pokoju wypchnął coś, chyba kanapę. Tak, to była biała kanapa. Kurwa, czemu wszystko tutaj jest białe? Mniejsza z tym, mam więcej zmartwień na głowie... Bojownicy, czy chuj wie kto schowali się za kanapą. Teraz dostrzegłem wyjście na końcu korytarza, niestety właśnie je zablokowali. O dziwo, schowali się patrząc w stronę wyjścia, nie zwracając na mnie uwagi. Co jest?... Jeden z nich się odwrócił do mnie. Pod jego lufą była włączona latarka, która mnie oślepiła. Zakryłem dłonią oczy.
-Coś za jeden? Eh dobra, nie ważne. -Mówił człowiek w amerykańskim mundurze, z hełmem na głowie, noktowizorem, i całym oporządzeniem. Tylko czemu mówił w moim języku? Wyciągnął z plecaka jakiś mały karabinek. -Mam nadzieję że umiesz strzelać. Siadaj tu, jak coś się ruszy w wyjściu, i będzie chciało się tu przedostać, strzelaj. -Rzucił jeszcze mi dwa magazynki. -Chłopaki, idziemy! -Krzyknął. Pobiegli za mnie, a ja wbiegłem za prowizoryczną osłonę. Mam nadzieję że coś da. Dwa magazynki , i jeden w karabinie to nie tak mało... Mężczyzna poklepał mnie serdecznie po ramieniu, i pobiegł. Znikając w przejściu krzyknął tylko "Utrzymaj korytarz, wrócimy!". Siedziałem spięty przyciskając lufę karabinu do kanapy, tak aby jak najbardziej zmniejszyć odrzut. Karabin był strasznie mały, przez co pewnie nie celny. Miał tylko metalową krótką malutką kolbę, ale ona i tak za dużo pewnie nie dawała. Była to mniejsza wersja kałacha. Minęło z pięć minut, i zacząłem słyszeć jakieś jęki. W końcu przez szklane drzwi na końcu pomieszczenia wbiegły jakieś postacie. Może "W końcu" to złe określenie. W każdym bądź razie dosłownie wbiegły, nie otwierając ich. Jeden się przewrócił, a dwójka ludzi uzbrojonych tak jak tamci z którymi rozmawiałem biegli w moją stronę. Strzelać? To mogą być oni... Następnie wpadli zarażeni. Dużo zarażonych. Oni nie chodzili tak jak zombie w filmach, oni zapierdalali... Widziałem jak jeden z nich gryzie leżącego żołnierza na ziemi. Próbował się uwolnić, ale nie miał zbytnich szans. Dwójka żołnierzy którzy uciekali w moją stronę biegła rozpaczliwie. Nacelowałem celownikiem kolimatorowym na jednego z nich, prosto w głowę...Miałem już strzelać, gdy ten drugi krzyknął "NIE PRÓBUJ'. To był ten sam żołnierz z którym rozmawiałem. Strzeliłem, do zarażonego obok. Byli już trzy metry ode mnie, akurat na skrzyżowaniu korytarzy. Z przejścia po lewej wybiegł zarażony wprost na żołnierza i go przewrócił.Zastrzeliłem go, ale tamten miał już całą pogryzioną twarz. Ostatni żołnierz przetoczył się przez "barykadę" i przyjął pozycję. Zaczął od razu strzelać, ja też. Po paru sekundach zmieniłem magazynek. I znowu. Amunicja mi się skończyła. A na korytarzu zostało jeszcze koło czterech. Spojrzałem na żołnierza, jemu też się skończyła amunicja. Westchnął, i wyjął granat z kieszeni. Odbezpieczył go w błyskawicznym tempie, przytrzymał przy piersi i rzucił. Gdy wybuchł był akurat pod nogami zombie. Płytki z korytarza zaczęły latać wszędzie. "Głowa nisko" krzyknął mężczyzna. Tak też zrobiłem...Po chwili wstał, i podał mi rękę. Chwyciłem ją, a on pomógł mi wstać. Odrzucił swój hełm na bok i zdjął kominiarkę. Na twarz padły mu czarne włosy do ramion przykrywając piwne zaspane oczy. Odgarnął włosy.
-Jestem Alex, a Ty? -Uśmiechnął się lekko podając dłoń, tym razem jako gest przywitania się.
-Um... Daniel. Jestem Daniel. -Potrząsnąłem jego dłonią.
-Miło mi poznać. Weź karabin tamtego chłopaka, i tak już mu się nie przyda, tamten zostaw, nie nadaje się zbyt do walki z zarażonymi. Pozbieraj amunicję, granaty. Jak chcesz to przebierz się.
-Mi również. Tak zrobię. -Odpowiedziałem.
-No okej. Jesteś tu sam? -Powiedział odwracając się na pięcie i idąc w kierunku nie tak dawno temu czystego lśniącego korytarza, teraz poniszczonego i zakrwawionego i zawalonego trupami... Najpierw podniosłem karabin, M4 z rączką, okrągłym celownikiem kolimatorowym z malutką czerwoną kropką po środku i kolbą. Zdążyłem jeszcze w ciszy założyć kurtkę, kamizelkę, kaburę na nóż i pistolet którego nie było, no i buty desantowe. Wszystko było takie ciężkie. Dopiero teraz mu odpowiedziałem.A raczej usiadłem przy ścianie, i opowiedziałem mu wszystko, całą moją "historię" pomijając parę mniej szczególnych elementów jak tego demona czy co to było. No i powiedziałem że muszę ich odnaleźć... Siedział w ciszy patrząc chwilę na mnie bez wzruszenia, tak pusto.
----------------------------------------------
Gaz wlatywał powoli zapełniając pomieszczenie, dusiłem się. Spojrzałem na małą szybę w żelaznych drzwiach. Była szerokości i wysokości powierzchni na ręce od nadgarstka do łokcia. Wziąłem głęboki oddech,i wymierzyłem uderzenie w szybę. Parę odłamków szkła wbiło mi się w kostki, cholera. Wyciągnąłem rękę w poszukiwaniu klamki. Oczywiście pokaleczyłem sobie przy tym nieźle rękę. W końcu złapałem za klamkę. Jest, udało się. Zacisnąłem swoją dłoń na klamce, i przekręciłem ją. Drzwi się otworzyły, a ja szybko wyjąłem rękę z otworu w drzwiach. Wyszedłem na korytarz ostatni raz spoglądając na zmasakrowaną twarz kobiety i zamykając za sobą ciężkie drzwi. Nie miałem przy sobie broni. Kuźwa. Usłyszałem ryki zombie. Z skrzyżowania korytarzy po lewej wybiegło trzech ludzi z karabinami w rękach. Biegło w moją stronę, miałem uciekać, ale ktoś z innego pokoju wypchnął coś, chyba kanapę. Tak, to była biała kanapa. Kurwa, czemu wszystko tutaj jest białe? Mniejsza z tym, mam więcej zmartwień na głowie... Bojownicy, czy chuj wie kto schowali się za kanapą. Teraz dostrzegłem wyjście na końcu korytarza, niestety właśnie je zablokowali. O dziwo, schowali się patrząc w stronę wyjścia, nie zwracając na mnie uwagi. Co jest?... Jeden z nich się odwrócił do mnie. Pod jego lufą była włączona latarka, która mnie oślepiła. Zakryłem dłonią oczy.
-Coś za jeden? Eh dobra, nie ważne. -Mówił człowiek w amerykańskim mundurze, z hełmem na głowie, noktowizorem, i całym oporządzeniem. Tylko czemu mówił w moim języku? Wyciągnął z plecaka jakiś mały karabinek. -Mam nadzieję że umiesz strzelać. Siadaj tu, jak coś się ruszy w wyjściu, i będzie chciało się tu przedostać, strzelaj. -Rzucił jeszcze mi dwa magazynki. -Chłopaki, idziemy! -Krzyknął. Pobiegli za mnie, a ja wbiegłem za prowizoryczną osłonę. Mam nadzieję że coś da. Dwa magazynki , i jeden w karabinie to nie tak mało... Mężczyzna poklepał mnie serdecznie po ramieniu, i pobiegł. Znikając w przejściu krzyknął tylko "Utrzymaj korytarz, wrócimy!". Siedziałem spięty przyciskając lufę karabinu do kanapy, tak aby jak najbardziej zmniejszyć odrzut. Karabin był strasznie mały, przez co pewnie nie celny. Miał tylko metalową krótką malutką kolbę, ale ona i tak za dużo pewnie nie dawała. Była to mniejsza wersja kałacha. Minęło z pięć minut, i zacząłem słyszeć jakieś jęki. W końcu przez szklane drzwi na końcu pomieszczenia wbiegły jakieś postacie. Może "W końcu" to złe określenie. W każdym bądź razie dosłownie wbiegły, nie otwierając ich. Jeden się przewrócił, a dwójka ludzi uzbrojonych tak jak tamci z którymi rozmawiałem biegli w moją stronę. Strzelać? To mogą być oni... Następnie wpadli zarażeni. Dużo zarażonych. Oni nie chodzili tak jak zombie w filmach, oni zapierdalali... Widziałem jak jeden z nich gryzie leżącego żołnierza na ziemi. Próbował się uwolnić, ale nie miał zbytnich szans. Dwójka żołnierzy którzy uciekali w moją stronę biegła rozpaczliwie. Nacelowałem celownikiem kolimatorowym na jednego z nich, prosto w głowę...Miałem już strzelać, gdy ten drugi krzyknął "NIE PRÓBUJ'. To był ten sam żołnierz z którym rozmawiałem. Strzeliłem, do zarażonego obok. Byli już trzy metry ode mnie, akurat na skrzyżowaniu korytarzy. Z przejścia po lewej wybiegł zarażony wprost na żołnierza i go przewrócił.Zastrzeliłem go, ale tamten miał już całą pogryzioną twarz. Ostatni żołnierz przetoczył się przez "barykadę" i przyjął pozycję. Zaczął od razu strzelać, ja też. Po paru sekundach zmieniłem magazynek. I znowu. Amunicja mi się skończyła. A na korytarzu zostało jeszcze koło czterech. Spojrzałem na żołnierza, jemu też się skończyła amunicja. Westchnął, i wyjął granat z kieszeni. Odbezpieczył go w błyskawicznym tempie, przytrzymał przy piersi i rzucił. Gdy wybuchł był akurat pod nogami zombie. Płytki z korytarza zaczęły latać wszędzie. "Głowa nisko" krzyknął mężczyzna. Tak też zrobiłem...Po chwili wstał, i podał mi rękę. Chwyciłem ją, a on pomógł mi wstać. Odrzucił swój hełm na bok i zdjął kominiarkę. Na twarz padły mu czarne włosy do ramion przykrywając piwne zaspane oczy. Odgarnął włosy.
-Jestem Alex, a Ty? -Uśmiechnął się lekko podając dłoń, tym razem jako gest przywitania się.
-Um... Daniel. Jestem Daniel. -Potrząsnąłem jego dłonią.
-Miło mi poznać. Weź karabin tamtego chłopaka, i tak już mu się nie przyda, tamten zostaw, nie nadaje się zbyt do walki z zarażonymi. Pozbieraj amunicję, granaty. Jak chcesz to przebierz się.
-Mi również. Tak zrobię. -Odpowiedziałem.
-No okej. Jesteś tu sam? -Powiedział odwracając się na pięcie i idąc w kierunku nie tak dawno temu czystego lśniącego korytarza, teraz poniszczonego i zakrwawionego i zawalonego trupami... Najpierw podniosłem karabin, M4 z rączką, okrągłym celownikiem kolimatorowym z malutką czerwoną kropką po środku i kolbą. Zdążyłem jeszcze w ciszy założyć kurtkę, kamizelkę, kaburę na nóż i pistolet którego nie było, no i buty desantowe. Wszystko było takie ciężkie. Dopiero teraz mu odpowiedziałem.A raczej usiadłem przy ścianie, i opowiedziałem mu wszystko, całą moją "historię" pomijając parę mniej szczególnych elementów jak tego demona czy co to było. No i powiedziałem że muszę ich odnaleźć... Siedział w ciszy patrząc chwilę na mnie bez wzruszenia, tak pusto.
piątek
10.
Otworzyłem powoli oczy, nademną stała jakaś postać. Nie
mogłem rozpoznać twarzy, wszystko było rozmazane. Powoli obraz się wyostrzał.
Postać która stała nademną trzymała drewniany kij, chyba ze szczotki ale nie
jestem pewny. Miał on około metra długości. Postać około metra siedzemdziesiąt,
osiemdziesiąt. Na jej głowie widniała kominiarka z otworem na oczy i usta.Była
ubrana w białą podkoszulkę z zaschniętymi plamami krwi, oraz w czarne jeansy z
dziurą na kolanie.
-No, śpiąca królewna już wstała? –Odezwał się dziewczęcy
głos. Podobny do Alicji, ale to na pewno nie ona. Sięgnęła po metalowe wiadro,
i wylała mi lodowatą wodę na twarz. Krzyknąłem.-No co? Dobra dobra,
przepraszam, jesteś NASZYM gościem. –To przedostatnie słowo wymówiła jakoś
zupełnie inaczej niż resztę. Czemu powiedziałą w liczbie mnogiej? Przecież w
pokoju w którym znajduje się krzesło, stół i metalowe drzwi nie ma nikogo
oprócz jej i mnie. Cały czas leżałem na zimnej i mokrej posadzce, a kobieta
wpatrywała się we mnie. W końcu szarpnęła mnie za ramie, i uderzyła mnie mocno
kijem po nerkach, po czym usadziła mnie na krześle na środku pokoju. Bolało to
dłużej niż myślałem, ale próbowałem nie dać po sobie poznać, że mnie to
ruszyło, lecz mi chyba nie wyszło. –Bolało? –Zaśmiała się kobieta. Z kieszeni
wyjęła jakieś cienkie białe sznureczki. Przywiązała mi oby dwa nadgarstki do metalowego
krzesła. W pokoju było strasznie duszno, i gorąco.Zacząłem dyszeć. –Gorąco Ci?
Oj nie martw się, zaraz Cię ochłodzę!- Powiedziała śmiejąc się, i wyszła z
pokoju. W pokoju było bardzo jasno. Cały pokój był tak na prawdę biały, dobrze
oświetlony. Nawet „krzesło” na którym siedziałem było białe, jak i szafka którą
dostrzegłem dopiero teraz. Zlewała się ze ścianą, a dopiero teraz chyba zacząłem
mniej więcej trzeźwo myśleć. W szafce, a raczej biurku mogło by znaleźc się coś
przydatnego. Niestety kobieta już wróciła. W ręku trzymała pełne wiadro wody.
Odrazu wylała je na mnie. Otrząsnąłem się. Czego ona może ode mnie chcieć?
-Chłodniej? –Spytała.
-Z... Zimno –Wyjąkałem.
-Oh, przepraszam. – Powiedziała, po czym odwróciła się w
stronę biurka. Otworzyła mała szufladkę, i wyjęła jakiś pilot. Wcisnęła na nim
pare razy jakiś przycisk. Po momencie krzesło na którym siedziałem zrobiło się strasznie
gorące, parzyło mnie. Patrzyła się na mnie ze spokojem jak cierpie. –No dobra,
dość przyjemności. –Krzesło zaczęlo powracać do temperatury, w jakiej było
wcześniej.
-Czego ode mnie chcesz? –Wydusiłem z siebie.
-Tak szczerze? To
nic. –Odwróciła się. –Tylko, lubię się bawić ludźmi, a na kimś muszę testować
swoje narzędzia.-Zachichotała się. –Zresztą spokojnie, nie będę Cię cały czas
męczyła! Jeszcze mam tego żołnierzyka, i te dwie dziewczynki. O tak,
szczególnie zajmę się tą która cały czas się o Ciebie pytała. –Alicja?! Niee,
tu juz nie chodziło tylko o mnie, ale o Ghostt’a, i o Alicję i Amber...Dalej
była odwrócona. Spróbowałem wysunąć ręce z tego zwalonego sznurka, ale nic z
tego. Wbijał mi się w skórę. A możę podniosę to krzesło, i jej tak przypierdole
że nie wstanie? To by było dobre. Ale to krzesło jest ciężkie. Dobra, na
szczęście tylko raz siężyje. Podniosłem metalowe bydle, jakieś kabelki wyrwałem
z podłogi. Na szczeście nie było przyspawane. Gdy dziewczyna się odwróciła,
krzesło już leciało na jej brzuch, niestety ja razem z krzesłem.Jedna ręka
uwolniła mi się ze sznurków, puściły po prostu.Szybko odwiązałem drugą
kończynę, i odskoczyłem. Moim oczom ukazała się postać przygnieciona kawałem
metalowego krzesła z wiszącymi kablami. Jej głowa była lekko, ym... Zgnieciona,
tak właśnie, zgnieciona. Cóż, niech ginie. Podbiegłem szybko do biurka, i
otworzyłem pierwszą lepszą szufladkę. Jakaś deska z gwoździami,
młotek,ciernie... Nic przydatnego. Druga była pusta. W trzeciej były bojówki ,
kamuflaż jak by podchodził pod jakieś ruiny, gruz, kamienie itd. Zdjąłem z
siebie brudne spodnie, i założyłem świeże.
Byłem bez butów, niestety w burku nie było żadnych. No cóż, grunt że mam
na sobie przynajmniej bieliznę i spodnie. Podszedłem do drzwi, i pociągnąłem za
klamkę. Nery dalej mnie bolały. Z kątów pokoju zaczął wydobywać się jakiś
gaz... Nie mogłem otworzyć drzwi.
-----------------
Przepraszam że taki krótki, nie mam weny na pisanie, i siły.
czwartek
9. Pakt z demonem... A może aniołem?
Rozjerzałem się po
ciemnym holu z zabarykadowanym wejściem. Trudno mi opisać to miejsce. Miało
kształt trapezu. Na dłuższej z ścian znajdowały się dwie pary podwójnych
szklanych drzwi, z czego jedne obite deskami prowadzące do środka budynku. Na
tej krótszej było wejście przez które przed chwilą weszliśmy, a na ściankach
bocznych były krayt, za nimi widniała szatnia.A raczej chyba była szatnia...
Dopiero teraz zauważyłem jakieś zakrwawione łóżka w tamtym miejscu. Cholera,
było jakoś strasznie cicho. „Za cicho” jak by to powiedzieli w popularnych
horrorach, albo filmach akcji. Serio, coś mi tu nie grało. Ghostt siedział
skupiony przy Amber, i wpatrywał się pustym wzrokiem w ziemię.Alicja stała obok
mnie. Chyba chciała mnie złapać za rękę, ale podszedłem szybko do Ghostt’a. Wyrwałem
Go z chwilowego transu pociągając jego za ramie. Zaprowadziłem go do kąta po
przeciwnej stronie, od tej po której były dziewczyny.
-Coś mi tu... –Chcialem
powiedzieć, ale mi przerwał.
-Nie gra? Mi też.
Jest za cicho. Nie słychać zombie, ani żywego ducha. Słyszę bicie swojego
serca... –Przerwał.
-Ta cisza to jeszcze
nic, ale bardziej mnie niepokoji to co jest za kratami, w byłej szatni. –Wychylił
się lekko. Zamarł. Usłyszalęm skrzypienie kółek... Szybko wrócił do pozycji w
której wcześniej stał.
-Cholera, tam jest
jakiś psychol... Nie widział nas? – Mówił przestraszony, pierwszy raz widziałem
go w takim stanie.
-Psychol? Kurwa, nie
widziałem żadnego psychola.. –Zajrzałem teraz ja. Na łóżku leżała jakaś
dziewczyna, krwawiła. Łóżko było na kółkach, a trzymał je jakiś człowiek z
maską hokejową, w ręku miał zakrwawiony tasak, po środku pęknięty. Ubrany był w
garnitur, a na szyji wysiałmu fartuch. Zakrwawiony fartuch. Nie zwracał na nas
uwagi, nie widział nas.
-Co jest? –Spytała Alicja
wystarczająco głośno, żeby usłyszał. No ja pierdole.. Spojrzal się w naszą
stronę,i zachichotał. Wbił w kobietę ostrze, i coś wygrzebał. Po chwili mogłęm
się przyjrzeć dokładniej co to było, ponieważ rzucił to w moją stronę. Nie
trzeba było być ekspertem, żeby domyśleć się, że to było serce. Ghostt
wycelował w niego karabinem, a on się tylko uśmiechnął. Nacisnął na spust.
-No strzelaj! –
Krzyknąłem.
-Nie mogę, zaciął
się...-Odpowiedział zawiedziony. Alicja i Amber podbiegły. –Za mną! –
Krzyknąłem. Nie wiem czemu to zrobiłem, czysty spontan. Czasami trzeba dać się
ponieść. Wybiegliśmy na żółty, pobrudzony i zakurzony korytarz. Spojrzałem się
w lewo; wejście do szatni, a prynajmniej jakieś schody w dół. Oo nie, na pewno
nie pójdę do niego. Przed nami były jakieś drzwi. Nie, za blisko. „Szybko debilu,
szybko” pośpieszałemsam siebie w duchu. Po prawej były schody w górę, i w
dół... Też do szatni? A może jakaś piwnica? Pobiegłem w stronę schodów,a cała
grupa za mną. W ciąu pięciu sekund przebiegliśmy około 50 metrowy korytarz i
dobiegliśmy do schodów.Po przejściu 10 schodków zakręcały i szły dalej w
górę.Nałozyłem dłonie na kolana, aby złapać tchu. Z szatni wyszła spokojnie
postać w garniturku. Żeby było śmieszniej, poprawiła krawat i wyjęła za spodni
tasak. „No to z tobą koniec” pomyślałem. Wyjąłem pistolet z spodni (trzymałem
go z tyłu w spodniach) , ale nie pokazywałem go jeszcze. Udawałęm że jestem
wystraszony, i nie wiem co robić. Podeszła bliżej. „No, teraz nie ma szans
żebym nie trafił. Mam z sześć naboi, na pewno mi się uda”.Wyjąłem pistolet
rozmachem tak szybko, że wyślizgnął mi się z ręki i spadł prosto pod jego nogi.
Zaśmiał się jeszcze raz.
-Zginiecie –Odchylił maskę, aby pokazać swój uśmiech. Po
środku ust miał bliznę ciętą.Zaczałem się pocić, przrerażał mnie. Dopiero teraz
uświadomiłem sobie że w rękach skierwonych w jego stronę nie ma broni. Jezusie.
Pokazałem jakoś dziwnie ręką żeby wbiegli wyżej,jakoś zrozumieli.Zszedłem
spokojnie w stronę „psychola”. A przynajmniej próbowałem , tylko raz się
potknąłem.
-Może się jakoś dogadamy? – Powiedziałem jąkając się.
-Haha – Zaśmiała się po raz kolejny postać w garniturze.
Zdjęła maskę i potrząsnęła głową. Włosy opadły Jej aż do łopatek. To była
dziewczyna... –Nie, nie dogadamy się. –Powiedziałą spokojnie. –Albo wiem!-Prawie
kryknęła. –Ja sobie was posiekam, i dam wam spokój, dobrze? –Mówiła ciągle
śmiejąc się. Przyjąłem postawę jak bym miał ochotę z nią walczyć. Spojrzałą się
na mnie i uśmiech zszedł z jej twarzy. –Kobietę uderzysz? Pf.. –Parsknęła.
Pokiwałem nie zdecydowny głową na „nie”. Nie wiedziałem co robić, byłem w
totalnym szoku. –Zły wybór chłopcze – Powiedziała, a jej oczy tak jak by
zapłonęły. Chwyciła mnie za nadgasrtek,i rzuciła mnie w stronę ściany. Uderzyłem
mocno plecami o ścianę.Wzięła szeroki rozmach, domyśliłem się co chce zrobić.
Schyliłęm się a Ona wbiła tasak w ścianę. Chwilę próbowała wyjąć, nie miała
siły. „Pomóc?” zaśmiałem się. Wziąłem rozmach nad Jej łokieć, i opuściłem nogę
z całą siłą z którą moje kopnięcie opadało. Usłyszałem jakieś chrupnięcie,chyba
złamałem Jej coś. Przyjrzałem się Jej, było widać że cierpi. Nie wiem co we
mnie wstąpiło. Prawdopodobnie gdyby nie przypominała mi z twarzy Alicji, to
dalej bym się nad Nią „znęcał”. Nie wiedziałęm czy jej pomóc.. Zamarłem.
Dopiero teraz zauważyłem, że to nei ta sama osoba którą widziałem wcześniej. Tamta
miała biały garnitur. A ta jest w czarnym... Przecież nei zmieniła tak szybko garnituru!
Tutaj musi być jeszcze ktoś... Za nią nagle pojawiła się znikąd zjawa, którą
widziałem w psychiatryku, i ją goniłem. Nie miałem ochoty jej gonić tym razem,
wiem jak byto się skończyło. Znowu wpakował bym się w ochoty. Dziewczyna
siedziała na kolanach. Miałą wolną drugą rękę,ale nie chciała mi nic zrobić.
Płakała. Zesmutniałem... „Nie chciałam Cię skrzywdzić... On mi kazał!”
Wykrzynkęła płacząc. Spojrzałem się na zjawę. Chwila, ona też ją widziała?
Wpatrywałem się w zjawę. Stałem nad płaczącą dziewczyną. Ze schodów zbiegła
Amber, Ghostt i Alicja. Staneli jakieś 10 metrów ode mnie. –Stójcie! –
krzyknąłem. Zatrzymali się. Znów wpatrywałem się w zjawę.
-Tak,kazałem Jej. –W tym momencie machnął ręką w miejscu
między mną, a grupą. Wyrosły tam jakieśkrzaki, które nas oddzielały od siebie. –Przepraszam,
trochę prywatności się przyda-Uśmiechnął się. Nagle zaczęło się dziać coś
dziwnego.. Coś zmusiło mnie żebym zamknął oczy. Nie wiem nawet co to było.Nie mogłem
ich otworzyć przez pięć minut. Słyszałem szloch dziewczyny i jakieś dziwne
dźwięki. W końcu otworzyłem oczy. W miejscu gdzie wcześniej stał szkielet,
stało czerwone stworzenie. Z dwoma nożami wbitymi, które przypominały rogi.
Postać była lekko przezroczysta, lecz nie całkowicie. Była w jakimś mundurze, i
desantach. Nie rozpoznałem barw, ani kamuflażu, w końcu byłprawie
przezroczysty..
-Kim Ty kurwa jesteś? –Spytałem lekko krzycząc.
-Ja? Nie bój się...
-Nie boję! –Przerwałęm.
-Gdybyś się nie bał, to byś nie przeklinał i nie podnosił
głosu. –Cholera, rzeczywiście. Miał mnie, balem się cholernie. Powtórzyłem
pytanie. –Aa, jestem... W sumie sam nie wiem. Wyglądam jak demon, a przecież
zrobiłem tyle dobra. Nie ważne. Mam dla Ciebie propozycje, Daniel.- Znał moje
imię...
-Jaką? –Spytałem , próbując udawać że nie interesują mnie
losy płaczącej dziewczyny.
-Wy będziecie chronić i opiekować się tą dziewczyną. A
raczej Ty, oni mnie nie obchodzą w zamian za moją pomoc. Będę Ciebie ochraniał.
A Ty ją. Proste. –Powiedział bawiąc się kieszenią.
-A nie możęsz sam jej chronić, skoro możesz mnie
chronić?... –Spytałem, a zresztą prawie stwierdziłem.
-Niee, nie mogę bronić osób płci przeciwnej. A zresztą,
nie było by takiej zabawy. –zachichotał się. –A teraz dobranoc Daniel. –
Powiedział miłym głosem. „Dobranoc” powtórzyła płacząca dziewczyna... Usnąłem.
-------------------------------------------------------
UWAGA!
Był bym bardzo wdzięczny, gdybyście komentowali każdy roździał jeśli go przeczytaliście, i pisali co o nim sądzicie. To na pewno by mnie zachęcało do szybszego pisania! Aha, i jeszcze jedno. Bardzo proszę żebyście się podpisywali za każdym razem, np. " *bla bla bla komentarz* /Podpis " Życzę wszystkim udanym wakacji , trochę śpóźnione życzenia , ale zawsze coś.
ps,taka czcionka lepsza?
ps,taka czcionka lepsza?
sobota
8. Noc...
Stałem tak
pod tą ścianą z piętnaście minut. W końcu wyszła. Wyglądała jak by nigdy nic.
Spojrzała mi się w oczy, i spytała „Idziemy?”. Pokiwałem zdziwiony głową. Przed
chwilą straciła ojca, a zachowywała się tak, jak by Jej to wcale nie ruszyło.
Może miała powody? Zastanawiałem się nad tym, lecz nie za długo. Zebrałem
wszystkich w jedno miejsce,Amber „podpierała” ścianę, ja stałem obok, a Alicja
siedziała obok mnie.
-No...
Ghostt... –Zacząłem. –To co? –Spytałem.
-Co, co? –Odpowiedział
pytaniem Ghostt.
-No co
dalej...
-Musimy
znaleźć schronienie przed nocą. I na pewno nie tutaj; tutaj są same ruiny.
Potrzebny solidny budynek. Nie za duży bo jest nas za mało na jakieś wielkie
terytorium. Potem prowiant, jedzenie no i picie,sami wiecie.Jak na razie skupmy
się na tym. A, o mało bym nie zapomniał. –Otrząsnął kieszenie w swoich
bojówkach, i podał mi dwa magazynki od pistoletu. Spojrzałem się na Niego
pytająco. –Aa, no tak.. –Wyjął zza paska pistolet, który nawet nie pamiętam
jak straciłem. Podał mi go do ręki. –Przeszukaj trupy. Będziemy się kierować w
tamtą stronę –Wskazał palcem kierunek w którym słońce zaraz miało się „schować”
aby zapanowała totalna ciemność. – Prawdopodobnie nie zdążymy nawet Ci zniknąć
z pola widzenia. Ale mimo wszystko, pośpiesz się.-Pokiwałem głową. Wyruszyli, a
ja rozpocząłem przeszukiwania trupów. Trochę naboi, ale dosłownie garstka. „Zawsze
coś” pomyślałem. Znalazłem też granat... Nie wiedziałem, czy go komuś oddać...
Jednak zostawię go sobie. Skierowałem rękę w kierunku spodni aby schować gdzieś
do jakieś kieszeni i... Uświadomiłem sobie że od czasu wyjścia z tamtego
budynku w którym się obudziłem,cały czas bylem w tamtych szmatach. A były już
zakrwawione lekko. I śmierdziały. Spojrzałem na martwych żołnierzy z pogardą.
Zdjąłem mu desanty, które zastąpiły moje stare buty. Prawie takie same jak
Ghostt’a, tylko bez metalowych części. Były lekkie, nie takie jak się
spodziewałem. Wzruszyłem ramionami, przyczepiłem
granat do spodenek i wyruszyłem w stronę grupy. Pokazałem Ghosttowi co
znalazłem, powiedział żebym zostawił to dla siebie. Zauważył też moje „nowe”
buty, na ich widok uśmiechnął się. Musiałem komicznie wyglądać, chłopak w jakieś
piżamie z szpitala w desantach. Co jakiś czas przepychaliśmy się z Alicją, tak
jak by nic nigdy się nie stało, i właśnie byśmy szli do sklepu.
(...)
Po godzinie drogi doszliśmy do jakieś dużej
szkoły. Wiecie, budynek szkolny, sala gimnastyczna wielkości budynku głównego,
dwa boiska. Nasz żołnierz się uśmiechnął.
-Ej nie.
Przecież teren nie miał być za duży? –Powiedziała Amber.
-Przecież
on nie jest duży... –Mówił patrząc się dalej na teren szkoły. Po chwili
otworzył zieloną furtkę, i już szliśmy za nim w kierunku budynku szkolnego.
Miał cały czas uśmiech na twarzy. Machał rękami, i podśpiewywał sobie coś pod
nosem.Jedyne co usłyszałem, to zwrotkę którą powiedział dosyć głośno.
„Broń do oka! cel i pal!
Niech bagnetów dźwięczy stal!” 1
Niech bagnetów dźwięczy stal!” 1
Słońce
zaszło, i cały obszar opanowała totalna ciemność.Zdążyłem zobaczyć że uśmiech z
ust Ghostt’a schodzi, a potem zapanowała ciemność, i cisza. Trwało to parę
sekund, po tym usłyszałem jakiś syk. Przede mną teren rozjaśniała niebieska
flara, a Ghostt włączył małą latarkę. „Szybko, do budynku”. Złapał Alicję za
ramię żeby się nie zgubiła, a ja Amber. Byliśmy jakieś 3 metry od budynku, wystarczyło
jeszcze tylko wejść po schodkach, i otworzyć drzwi. Było już tak blisko.
Okrzyki zarażonych słyszałem za sobą,a po niebie latały jakieś stworzenia.Potwory?
nawet miałem wrażenie że czuję ich śmierdzący oddech na sobie. Oddech
wydobywany ze zniszczonego, zgniłego mięsa. Już miałem wrażenie, że mnie
szarpią za ciuchy. Że mnie drapią pazurami. Nagle coś strasznie głośno
krzyknęło, o mało nie oguchłem.. Dźwięk ten było słychać przez trzy sekundy, lecz
w uszach odbijał mi się jeszcze przez jakiś czas. Jeszcze tylko jeden schodek!
W tym momencie Amber potknęła się,i przewróciła turlając się z betonowych
schodów na dół. Spojrzałem się na drzwi których Ghostt nie mógł otworzyć, i na
leżącą Amber. Podbiegłem do Niej, i Ją podniosłem trzymając rękę pod jej kolanami,
a drugą pod jej szyją.Wszedłem po schodach, na szczęście Ghostt’owi udało się
drzwi otworzyć. Niestety musiał je wyważyć. Wbiegliśmy szybko wszyscy do
środka, Ghostt złapał za jakąś wielką szafkę na buty która zakrywała pół
ściany, i przesunął ją w stronę byłych drzwi.
-Nie
przejdą? –Spytałem szybko oddychając
-Nie. –odetchnąłem
z ulgą –Przez jakieś piętnaście minut.
-Co?! –Wykrzyknąłem
wystraszony.
-Żartowałem,
raczej nie przejdą. Ale nie krzyczcie ,bo ktoś tutaj może być. Zresztą sam
zobacz –Wskazał pistoletem na świecącą się lampę naftową –ktoś tu musi być.-Wyjąłem
pistolet, i doładowałem pół pusty magazynek. Zdawało mi się, żę był pełny.. Eh.
Rzuciłem okiem na Amber, otworzyła oczy.
-Nic CI nie
jest Amber? –Spytałem
-Nie nie...
Wszystko jest okej,zemdlałam chyba, czy coś. –Powiedziała z lekkim
przymuleniem.
-Okej okej.
To moja wina, powinienem Cię mocniej trzymać. –Chciała mi zaprzeczyć, ale
widocznie nie miała siły.
- - - - -
1 – Kawałek
pieśni żołnierskiej „Marsz żołnierski” Z. Kraszewskiego.
wtorek
7. Po prostu siedem.
Za nim zobaczyłem Alicję prowadzoną przez takiego samego
żołnierza, tylko bez tych okularów, i z ciemno zieloną chustą. Kazał Jej usiąść
na kolanach na ziemi, tak też zrobiła. Ręce Jej założył za głowę, tak jak ja
trzymałem. Wycelował Jej w tył głowy, a Ona zamknęła oczy. Cała się trzęsła.
Hej, przecież nie mogę dać mu zabić Alicji, tak? Żołnierz przede mną jeszcze
raz machnął mi karabinem przed twarzą , a kopnąłem go w nadgarstek tak mocno,
że upuścił karabin. Drugie kopnięcie poleciało mu prosto na klatkę piersiową,
krawędzią stopy. Szybko podniosłem karabin z ziemi, i wycelowałem w mężczyznę
który celował do Alicji. Miałem go na celowniku, i nacisnąłem spust. Usłyszałem
jakiś brzęk. Nie było amunicji , serio? Bez zastanowienia rzuciłem karabinem w
żołnierza, stał może z 15 metrów ode mnie. Wszystko stało się tak szybko, że
nie zdążył strzelić ani w Nią, ani we mnie. Karabin trafił mu prosto w twarz.
Nie spodziewał się tego, w sumie ja też nie. Podbiegłem do przyjaciółki,
zapominając o mężczyźnie w śmiesznych okularach. Złapał mnie za kostkę, i
przewróciłem się na ziemię obok Niego. Przyciągnął mnie do siebie, i wycelował
jakimś kamieniem w moją twarz. Lekko odsunąłem głowę , i uderzenie padło jakiś
centymetr od mojego ucha. Złapałem jego rękę za nadgarstek, i przeturlałem Go
po sobie, nie wiem po co, taki odruch. Znalazł się na plecach, a ja usiadłem na
jego nogach, i złapałem Jego ręce (też za nadgarstki) i zgiąłęm tak mocno, że
krzkynął z bólu. Myślałem, że już się nie ruszy, więc zluźniłem chwyt. Myliłem
się, przeciwnik uwolnił się, i zrzucił mnie z siebie. Teraz Leżałem na plecach,
uderzyłem głową o jakiś kawałek odłamku ściany, próbowałem wstać ale nie
potrafiłem. Podszedł do mnie, i wziął zamach nożem, żeby wbić mi go gdzieś pod
szyję.Zamknąłem oczy, byłem pewny że to koniec. Za mną usłyszałem strzał, a
krew oblała mi twarz i kawałek podkoszulki, która była już całkowicie ujebana. Nade mną
pochyliła się roztrzęsiona Alicja.
-Ż...żyjesz? – Zająkała się.
-Chyba tak...-Spróbowałem się jakoś uśmiechnąć, ale chyba
wyglądałem jak debil. –Nic Ci nie jest? –Spytałem.
-Niee...A Tobie?
-Jak widać jestem cały i zdrowy, tylko... –Tylko nie mogę
wstać, pomyślałem. Ale nie powiem Jej tego, bo pomyśli że to coś poważnego. –Tylko
jest tutaj bardzo wygodnie.-Powiedziałem, po czym doszedłęm do wniosku że
gorszego wytłumaczenia nie mogłem wymyślić. –A, i tak w ogóle to dziękuję,
uratowałaś mi życie w końcu, nie? – Powiedziałem uśmiechając się, teraz mi się
udało.
-Nic takiego.-Odwzajemniła uśmiech, choć dalej była
przestraszona tym wszystkim. Widziałem strach w jej oczach. Cała się trzęsła.
Podjąłem próbę wstania, nie udało się. Spróbowałęm jeszcze raz, tym razem
położyłem się na bok, i wstałem . Udało się. Głowa mnie dalej bolała...
Złapałem Alicję za jej delikatną dłoń. „Już dobrze” Wyszeptałem. Chyba chciała
się do mnie przytulić, ale z pokoju gdzie zostawiłem Amber, Jej ojca, i Ghostt’a
, wybiegł... Ghostt.
-Gdzie Oni kurwa są? Zajebę ich! –Wykrzyczał Ghostt.
Rozejrzał się, i zobaczył trupa, i żołnierza zwijającego się z bólu na ziemi.
Kurde, o nim też zapomniałem. –Co tu się kurwa stało?... –Powiedział Ghostt
powoli, jak by nie wierzył w to co widzi. Podszedł do żołnierza w huście, który
leżał na ziemi. Spojrzał się na Niego, wyjął nóż, i podciął mu gardło. Tak po
prostu. Na szczęście zdążyłem przytulić Alicję tak, żeby tego nie zauważyła.
Wiem, że nie jest już dzieckiem, i przed chwilą zabiła człowieka, ale nie
chciałbym żeby to widziała. W końcu jest dziewczyną. „Muszę pogadać z Ghostt’em,
przepraszam” Powiedziałem do Alicji, i podszedłem do Ghostta. –Co jesteś taki
zdenerwowany?... –Powiedziałem tak cicho, żeby tylko On usłyszał.
-Serio kurwa? „Przespałem” całą walkę... –Prawie wykrzyczał.
-Byłeś nie przytomny, nie twoja wina. –Przerwałem mu.
-Może i tak, ale ojciec tej dziewczyny nie żyje. –Powiedział,
już się chyba uspokoił. Dosyć szybko, ja bym czekał z pół godziny.
-Co ? Jak?... –Spytałem lekko zdenerwowany.
-Nabój mu przeszedł przez
ucho... Straszny widok, jego córka, Amper, czy jakos tak na wszystko patrzyła. –Szybko
w tym momencie odbiegłem od nich, i wbiegłem do pomieszczenia, gdzie siedziała
Amber z zakrwawionymi rękami. Na ziemi leżał Jej ojciec. Na ścianie rozprysła
się krew jak dostał, kurwa... Stałem w progu. Odwróciła się w moją stronę,
płakała. „Wyjdź” powiedziała po cichu. Otworzyłem usta żeby coś powiedzieć, ale
powtórzyła, tym razem krzykiem. „Okej...”. Stanąłem na zewnątrz, i usiadłem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)