piątek

14. Declan Evaans...

Sprawdziłem czy na pewno nic mi nie zrobił, na szczęście byłem cały. Jeśli coś by mi zrobił, to spowolniło by naszą wyprawę. Nie wiem na jak długo. A może zakażenie wdarło by mi się do organizmu, i bym umarł? Wtedy bym ich nie odnalazł... Moje rozmyślania przerwał Alex , rzucił okiem na trupa obok mnie, i rzucił tylko zdaniem "Szybko Ci poszło" po czym wszedł do środka. Cholera, przecież nie sprawdziłem całej bibloteki... Wbiegłem do budynku prawie przewracając się o zimnego na ziemi. Zaświeciłem latarką która była przymontowana pod lufą karabinu, rozglądałem się po całym budynku, przechodziłem między regałami z książkami próbując być jak najciszej, i nie wywrócić regałów które były tak nie stabilne. Książki wystawały z półek tak bardzo, ze wystarczyło by dotknięcie regału, żeby spadła wystarczająca ilość książek do zrobienia strasznego hałasu. Po pięciu minutach chodzenia po małym budynku nie znalazłem go. Kurwa, gdzie on mógł pójść? Stanąłem w rogu przed żelaznymi drzwiami pomazanymi krwią, i odciskami rąk. Było tam napisane "Pomocy! W środku zdrowi ludzie". Spojrzałem na klamkę do drzwi, a potem na swoją broń. Obejrzałem ją całą, bez wiadomej przyczyny. Chciałem robić co kolwiek, byle by tam nie wchodzić... Ale tam był Alex. A Alex wie jak dojść do Alicji. Kurde. Złapałem za klamkę, wcisnąłem mocno i pociągnąłem do siebie. Drzwi uderzyły się o futrynę, lecz nie otworzyły. Cholera, w złą stronę... Tym razem pchnąłem wejście przed siebie, a metalowe wrota się otworzyły.Natychmiast gdy drzwi sięuchyliły, podniosłem swój karabin w gotowości.Miałem idealnie ustawiony celownik względem mojego oka, karabinem celował przed siebie. Kiedy drzwi otworzyły sie wystarczająco abym się zmieścił, wbiegłem do środka.  Rozejrzałem się. Na prawo ode mnie ktoś stał tyłem. Nie był to Alex. Nie był w mundurze. 
-Przepraszam... -Wyszeptałem, i chciałem go dotknąc, ale się zawachałem. -Proszę pana... -Stwór rzucił się na mnie,na szczęście w tym samym momencie bokiem wbiegł ktoś z pistoletem trzymanym jedną ręką, i strzelił mu prosto w twarz. Był to oczywiście Alex.
-Gdzie Ty kurwa byłeś? -Spytałem zdenerwowany stojąc naprzeciw jego. 
-Poszedłem się odlać na zewnątrz, nie ma tu żadnych zarażonych? -Spytał zupełnie spokojny rozglądając się po pomieszczeniu i żując coś. -A, znalazłem gumy do żucia, chcesz jedną, hę? -Powiedział wyciągając z kieszeni paczkę gum.
-Wiesz, że mogłem przez Ciebie zginąć? -Mówiłem próbując samemu się uspokoić.
-Taa...-Powiedział lekko zdezorientowany. -Ale nie zginąłeś! -Uśmiechnął się szeroko. Wyluzowany gość, czasami chyba też chciałbymtaki być.  -Przepraszam -Powiedział.
-Ja również. -Przyznałem. Podałem mu dłoń, spojrzał sie na mnie, po czym również złapał moją dłoń. Pogodziliśmy się, jak małe dzieci. Musiało to wyglądać prze komicznie. Wyszedłem z pokoju, a on za mną.
-Trzeba rozpalić ognisko. Zamknij drzwi, żeby nic nie weszło. -Powiedział. Zmierzyłem wzrokiem regał z książkami. "Tak, to się nada" pomysłałem. Podszedłem, i zsunąłem go na drzwi. Raczej nikt ich nie otworzy.  Odwróciłem się i spojrzałem się na Alex'a. Robił miejsce na samym środku pomieszczenia. Odsuwał wszystkie regały, książki z ziemi najpierw wyrywał strony i układał na środku, a potem przykrywałksiążkami. Wyjął zapałkę z kieszeni, i ją zapalił. Podłożył ją pod stos książek i kartek a one się ładnie rozpaliły. 
-Nie udusimy się? -Spytałem.
-Hm... Zobaczymy, o tym nie pomyślałem tak szczerze. -Odpowiedział spokojnie. "Dobra, pewnie jest tu jakaś wentylacja" pomyślałem. -Jesteś śpiący?
-Nie, średnio. A co? -Odpowiedziałem.
-Nie, nic. Popilnuj ogniska żeby się tliło, wieczorem może zrobić się zimno w tym budynku. A ja się prześpię. Powiedział, położył sobie 3 książki podgłowę, odłożył karabin obok i zamknął oczy.
*3 godziny później*
-Nie mogę usnąć. -Powiedział Alex, i spojrzał na ognisko, a potem na mnie. Wyglądał na strasznie zmęcznego. -Masz jakiś temat  do rozmowy? 
-Hm... -Zastanowiłem się. -Jak myślisz, skąd jest ta cała zaraza? Bo ja nie mam żadnego pomysłu.
-Nie wiesz? -Spojrzał się na mnie robiąc duże oczy. -Declan. Declan Evaans. -Wypowiedział te słowa z wyjątkowym obrzydzeniem, z pogardą. -Trzydziesto, albo czterdziesto letni naukowiec, w sumie psychol. Stworzył tą chorobę, bo jacyś terroryści mu zapłacili. Podobno powiedzieli że wykorzystają ją w dobrym celu.
-Skąd to wszystko wiesz? 
-Rozmawiałem z nim. -Odpowiedział bez wzruszenia.
-On żyje? I nie może wyprodukować antybiotyku, czy coś? 
-Żyje. Ma swoją fortecę, wojsko. Czołgi, piechotę, może nawet samoloty.  Ma antybiotyk, który działa przez drogi oddechowe. Ma pełno butli z tym antybiotykiem, szczepionką, nie wiem co to jest. W każdym bądź razie jeżeli dostaniesz to jakoś w ciągu 48h po ugryzieniu , nic Ci nie będzie. Jeżeli zarażonemu dostanie się to do dróg oddechowych, ginie. Tak jak by dostał kulkę w łeb.
-I nie może pomóc? Przecież mógł by tylu ludzi uratować... -Toczyłem dalej temat.
-Może, może. Ale jemu jest tak wygodnie. Zobacz, ma swoje własne wojsko, i ma szczepionke. Jest dla ludzi którzy są w tej fortecy jak król. Jemu to pasuje... Dobra, koniec tematu, kiedyśo tym pogadamy -Powiedział Alex zaspany. Przygaś ognisko trochę, i też sie połóż. Oparłem się o kredens, i zamknąłem oczy. Na prawdę było zimno.

środa

13. Bibloteka.

Przepraszam że taki króciutki, ale chciałem tylko coś dopisać do informacji, iż załozyłem fp. Jeśli ktoś mnie czyta, to zapraszam do zaobserwowania. Nie obraziłbym się gdybyście polecili moj blog znajomym itd ^^
https://www.facebook.com/pages/Daniel-Ronestly/262552937274410?ref=hl
------------------
Siedzieliśmy jeszcze chwilę w ciszy, po czym Alex się odezwał.
-Jeszcze trochę i się ściemni, a my musimy przejść trochę, i znaleźć miejsce na postój. Masz tutaj jeszcze jeden magazynek do Twojego karabinu. -Podniósł z ziemi czarny magazynek i mi go podał. Wbiłem go do kieszeni w kamizelce z przodu, i ruszyłem za nim. Zarzucił broń na ramię, a my wyszliśmy. Słońce odbijało mi się w googlach, na szczęście były lekko przyciemniane.Wszędzie było tak pusto. W niektórych miejscach szli "Zimni" tak jak to mówił Aleksander. Nie przejmowaliśmy się tym, tak szczerze. Wystarczyło im wbić coś ostrego w łeb, a zdychali natychmiastowo. 
-Gdzie idziemy ? -Spytałem podążając za czarnowłosym chłopakiem.
-Idziemy przed siebie. -Odpowiedział.
-A nie mieliśmy iść odnaleźć Alicję i resztę?... -Spytałem lekko zawiedziony jego odpowiedzią.
-No przecież tak powiedziałem. -Odpowiedział po czym wzruszył ramionami. -Widzisz tą biblotekę? -Zapytał wskazując lufą karabinu na szary budynek z jednym małym okienkiem. -Spędzimy tam noc. Dasz sobie radę sprawdzić czy to miejsce jest bezpieczne?
-Postaram się. -Powiedziałem bez wzruszenia. Poradziłem sobie z przejściem przez kanały, z uratowaniem Alicji i Ghostt'a przed jakimiś żołnierzami, nie dał bym sobie rady z paroma zimnymi? Proszę was. Gdy szedł w stronę jakiegoś warzywniaka czy coś, krzyknął że idzie po żarcie. Westchnąłem, i podszedłem do drzwi. Prawą ręką złapałem za klamkę a lewą przytrzymałem karabin na wysokości głowy. Dopiero teraz zauważyłem że jestem leworęczny. Powolutku otwierałem drzwi, tak jak bym wiedział że gdy wydadzą jaki kolwiek dźwięk, zginę.  Gdy otworzyłem drzwi na tyle żebym mógł się przecisnąć bez problemu, wbiegłem i zapaliłem latarkę w karabinie. Niestety zapomniałem że mam na sobie kamizelkę, która popchnęła drzwi, przez co uderzyły z dużą siłą i zrobiły ogromny hałas. No cóż, z zakradnięcia się nici.Od razu w świetle latarki pojawił sie zarażony. Biegł do mnie jak sowiecki żołnierz do karabinu na wojnie. Wystrzeliłem trzy pociski, każdy trafił w jego twarz, przez co została totalnie zniszczona. Głowa mu na górze ekplodowała, a dwa naboje wbiły się prosto w oczy. Łaaa, ładnie. Przez chwilę jeszcze się patrzyłem na trupa, ale jeden wbiegł we mnie, dosłownie prawie wbił we mnie karabin. Złapał mnie swoimi zarośniętymi łapami za karabin, a twarzą próbował zbliżyć się do mnie i mnie ugryźć. Odpierałem go swoim karabinem najdalej jak mogłem, ale nic nie mogłem zrobić. miałem wrażenie że mnie zaraz przewróci. Z jego ust, a przynajmniej tego co mu zwisało i kiedyś prawodopodobnie było ustami wydobywał się straszny, nie  miły zapach. Padliny, trupa. Policzek przebił mu ząb, który lekko wystawał. Był cały żółty. A na głowie mieściło mu się pare włosków. Nie miał brwi, ani powiek...Gałki oczne prawie mu wychodziły. Skórę miał rozszarpaną. Był taki... Obrzydliwy.  Przez to ze się tak skupiłem na jego wyglądzie, przewrócił mnie na ziemię. Leżał na mnie, czułem nawet jego sapanie. Tak strasznie mu waliło z mordy że miałem wrażenie, że zemdleję za parę sekund. Chciałem sięgnąć po nóż, ale był za nisko na nodze i nie dosięgałem. Zgiąłem nogę by go przybliżyć do siebie, lecz zimny przez to znalazł się parę centymetrów od mojej twarzy. Wyjąłem szybko nóż, i wbiłem mu go w czaszkę, a on pozstawił mi na goglach krew.  Przetarłem je rękawem, ale były rozmazane. Zrzuciłem z siebie trupa, przetrzepałem mundur. Kurwa, a był taki czysty.

wtorek

12. Oddział Alexa.

Napisać dwa roździały zamiast spać, czemu nie? Miłego czytania c;  ~Azrael
------------
-No cóż, nieźle. Pomogę Ci ich szukać, i tak zostałem już chyba sam, wątpię zeby te jełopy bezemnie przeżyły. -Zaśmiał się lekko.
-Jesteś żołnierzem? -Zapytałem z ciekawością.Spojrzał się na mnie i nic nie mówił.
-Ach, ja? Nie , nie jestem żołniezrem, nikt z nas nie był nigdy w wojsku. To znaczy, ja odsiedziałem trochę w armii,ale nic więcej. Wszystko mamy po martwych żołnierzach. Tak jak teraz Ty -Wskazał palcem cały czas siedząc na "mój" mundur. Był lekko pokrwawiony lecz nie zbyt mi to rpzeszkadzało.
-Rozumiem -powiedziałem patrząc się bez najmniejszego sensu w stronę zniszczonego korytarza. MIałem powypychaną kamizelkę granatami i magazynkami, jakieś urządzenia, kompas, lornetka, pełny plecak z tyłu, nóż w kaburze  na nodze, ciężkie buty, i nałaodowany karabin leżący na moim brzuchu. Czułem się jak bym był żołnierzem. Siedzieliśmy odpoczywając przez parę minut, bez słowa. Blaski słońca odbijały się w niektórych płytach, zaczęło robić się coraz cieplej i bardziej duszno. W końcu chłopak Alex wstał, i rozejrzał się.
-Wiem gdzie są twoi przyjaciele. -Uśmiechnął się. -A przynajmniej tak mi się zdaje. Ale są dwie opcje. -Powiedział i uśmiech zszedł z jego twarzy.
-Albo będą tam gdzie myślę, albo wszyscy zginęli, razem z nimi. -Powiedział szorstko. 
-Dlaczego niby mieli by tam być? -Spytałem próbując podtrzymać się na duchu.
-Bo to w miarę bezpiecznie miejsce. Płoty, wilcze doły, wieża strażnicza, ludzie pilnujący wejścia.-Mówił patrząc się w wyjście, i bawiąc się bronią. -Transportują tam każdego kogo znajdą, pomagają mu. Ale jakiś czas temu straciliśmy z nimi kontakt. 
-Mówiłeś że zostałeś sam... -Przerwałem mu.
-Aj no nie przerywaj mi, bo mnie zdenerwujesz -zaśmiał się -No teoretycznie tak, bo ludzie którzy tutaj byli to taki jak by oddział którym dowodziłem. Składał się z dziesięciu ludzi. Tylko my mieliśmy karabiny szturmowe, karabiny lekkie, ciężkie, mieliśmy wszystko.kamizelki itd. Reszta ta która pilnuje obozu ma tylko jakieś pistolety i karabiny typu springfield m1903 albo jakieś thompsony. Za to mają lub mieli pełny magazyn amunicji. My byliśmy grupą wypadową. Braliśmy auto, jechaliśmy w wyznaczone miejsce, braliśmy co się dało, i spieprzaliśmy do swoich. Wszystko szło wspaniale, nikt nie zostawał ranny, nigdy nie byliśmy w sytuacji krytycznej. Do wczorajszego dnia. 
-Daleko jest ten obóz? -znów przerwałem.
-Ugh, jakieś 200-300 km stąd, czemu pytasz? -Zaczął się denerwować. Serio go to wkurzało.
-Skoro jest tak daleko, to jakim cudem stąd by zabrali moich przyjaciół? -Spytałem tracąc nadzieję.
-Prawdopodobnie nas szukali. A osobą która najlepiej u nich kieruje jest kobieta o wyjątkowo miękkim sercu. Bierze każdego kto potrzebuje pomocy. Mogę mówić dalej? -Przytaknąłem. -No więc zaczęło się to dwa dni temu. Naszym celem była forteca położona jakieś 500 kilometrów od nas. Może 550. Mówią o niej, że jest cała okopana, uzbrojona w działa , karabiny maszynowe, snajperów, doświadczonych żołnierzy. Że mają czołgi, helikoptery, lekarstwa, jedzenie, wszystko.  Wyjechaliśmy z naszego obozu dwoma ciemno zielonymi pojazdami opancerzonymi HUMVEE z działkami na dachach.W bagażnikach parę zapasowych karabinów, koce,picie jedzenie i paliwo. Wszystko co siędało, ale oczywiście nic by nie starczło na tak długą podróż. Jakoś w połowe, czyli gdzieś... Dzisiaj rano? wysiedliśmy przy jakimś markecie rozbawieni, z nadzieją że znajdziemy prowiant , i może odpoczniemy.Na zewnątrz było pusto. Kierowcy zostali na wypadek gdybyśmy musieli szybko odjechać. Weszliśmy do środka i właczyliśmy noktowizory w goglach ,taki nowoczesny sprzęt. Szliśmy po cichu, w ósemkę.  Po dwóch z przodu, tyłu,prawej i lewejz karabinami wycelowymi przed siebie. Usłyszeliśmy w końcu czyjeś krzyki. Nie były to krzyki zimnych. Były to krzyki ludzi. A jeden człowiek uzbrojony równa się 50 zimnym. Ludzie są groźniejsi, potrafią użyć mózgu, a tamte nie. Wpadliśmy pod ostrzał.Strzelali do nas ze wszystkiego, z karabinów maszynowych, pistoletów, strzelb nawet raz padł strzał z rpg'a. Puste kartony, butelki, jedzenie, wszystko co było na pułkach latało wszędzie, a kule dziurawiły regały. Biegliśmy między nimi tak jak by to był labirynt. Zgubiliśmy się, nie wiedzieliśmy gdzie jest wyjście. Wskoczyliśmy za ladę, ale ostrzał ustał tylko na chwilę ; musieli przeładować. Było ich z dwudziestu. Napierdalali w nas jak by amunicja im się nie kończyła. Byliśmy przygwożdżeni. Jeff wychylił się w celu rzucenia granata. Udało mu sięgo rzucić, lecz nie doleciał. A on sam dostał w szyję.  Nasz "Medyk" zajął się nim, ale nie miał niczego czym by mógł mu pomóc. Musiałem decydować co robić. Chłopak mógł umrzeć... Mój plan był taki; rzucimy trzy granaty w ich stronę bez wychylania się. Byle by przez chwilę przestali strzelać. Schowali sięczy coś. W trójkę pójdziemy do auta po rzeczy itd, wrócimy tędy którędy wyszliśmy, a kierowcy wysadzą ściany i wjada w budynek rozstrzeliwując wsystko oprócz naszej pozycji. Czyli na pozycji została by pięciu chłopaków z czego jeden ranny. Tak też zrobiliśmy, rzuciliśmy granaty a oni albo przeładowywali, albo się schowali przed odłamkami. W każdym bądź razie szło dobrze,nie strzelali a my wybiegliśmy wyjściem ewakuacyjnym które było jakieś pięć metrów przed nami. Zdążyłem krzyknąć "Wrócimy po was' i zniknęliśmy z ich polawidzenia. Od razu usłyszeliśmy kolejne strzały. Byliśmy po drugiej stronie budynku, taki parking dla personelu. I ciężarówek. Zaczęliśmy biec w stronę naszych aut. Na rogu dałem znak aby się zatrzymali. Wychyliłem się lekko, i zobaczyłem nasze wozy. Nie były zapalone, a miały być cały czas. Paliwa jeszcze było. Wycelowałem karabin i cały czas rozglądając się wszędzie przeszedłem do wozu a chłopcy za mną. W szybie była dziura, a na szkle była krew i kawałki mózgu. Kierwocy byli... Martwi. Ktoś ich zastrzelił, kurwa. Przyjrzałem się autom. Powietrze z opon było spuszczone, nie mogliśmy wjechać do budynku ani nic. Oliver zamknął oczy kierowcom i pomodlił się za nich. DLa mnie to zawsze było głupstwo. Ale wracając do rzeczy, stwierdziliśmy że sami tam wejdziemy w trójkę. Wzieliśmy dynamit, i podeszliśmy do rogu budynku , z którego byli tamci. Przykleiłem dynamit do sciany, i zapaliłem. Schowaliśmy się za jakimś autem przed odłamkami budynku. Wybuchło. Weszliśmy do środka krzycząc coś, co kolwiek byle by się wystraszyli. Oliver trzymał karabin na biodrze, i strzelał gdzie popadnie . W pewnym momencie opuścił karabin, i wyjął pistolet i nóż. Dopiero teraz dym opadł. Zaczeliśmy strzelać do chłopaków w wieku 15-20 lat. Takich młodych. Nawet się nie bronili, nie wiedzieli co siędzieje. Po paru sekundach było już cicho. Za cicho, nie słyszeliśmy swoich. Wbieglśmy za lade, ale było za późno. Wszyscy byli podziurawieni, martwi. Akurat gdy wbiegliśmy jeden z naszych przyłożył sobie broń do skroni i wystrzelił. Nikt nie żył. Powystrzelali ich. A medyk leżał na Jeffie... Jezu, co tu siestało. Musieli ich zajść. Pozamykaliśmy im oczy, i ich tam pochowaliśmy. Tak minęła połowa dnia. No a później doszliśmy tutaj, w poszukiwaniu baterii do krótkofalówek, no ale... Yh, stracliłem wszystkich -Zaczął mówić ze łzami w oczach -Co ze mnie za dowódca, skoro jednego dnia straciłem tak swietnych ludzi? Kurwa, dziewięciu ludzi... Co za idiotą trzeba być... -Mówił zakrywając oczy ręką. -Ale naprawię to kurwa. Pomogę Ci znaleźć przyjaciół. Nie pozwolę Ci poznać co to znaczy ich stracić. Nie pozwolę...

11. Alex

na wstępie przepraszam za te błędy, i za to że to chyba jeden z najnudniejszych i najsłabszych roździałów (Pod każdym względem). Dawno nie pisałem zbytnio niczego poza sms'ami i wiadomościami tak więc muszę się od nowa "rozkręcić". No ale musiałem w końcu coś napisać, bo mam tyle pomysłów, a nie chce mi się. To chyba przez pogodę, i przez to ile mam teraz zajęć. No cóż, miłego czytania ;) ~Azrael
----------------------------------------------
Gaz wlatywał powoli zapełniając pomieszczenie, dusiłem się. Spojrzałem na małą szybę w żelaznych drzwiach. Była szerokości i wysokości powierzchni na ręce od nadgarstka do łokcia. Wziąłem głęboki oddech,i wymierzyłem uderzenie w szybę. Parę odłamków szkła wbiło mi się w kostki, cholera. Wyciągnąłem rękę w poszukiwaniu klamki. Oczywiście pokaleczyłem sobie przy tym nieźle rękę. W końcu złapałem za klamkę. Jest, udało się. Zacisnąłem swoją dłoń na klamce, i przekręciłem ją. Drzwi się otworzyły, a ja szybko wyjąłem rękę z otworu w drzwiach. Wyszedłem na korytarz ostatni raz spoglądając na zmasakrowaną twarz kobiety i zamykając za sobą ciężkie drzwi. Nie miałem przy sobie broni. Kuźwa. Usłyszałem ryki zombie. Z skrzyżowania korytarzy po lewej wybiegło trzech ludzi z karabinami w rękach. Biegło w moją stronę, miałem uciekać, ale ktoś z innego pokoju wypchnął coś, chyba kanapę. Tak, to była biała kanapa. Kurwa, czemu wszystko tutaj jest białe? Mniejsza z tym, mam więcej zmartwień na głowie... Bojownicy, czy chuj wie kto schowali się za kanapą. Teraz dostrzegłem wyjście na końcu korytarza, niestety właśnie je zablokowali. O dziwo, schowali się patrząc w stronę wyjścia, nie zwracając na mnie uwagi. Co jest?... Jeden z nich się odwrócił do mnie. Pod jego lufą była włączona latarka, która mnie oślepiła. Zakryłem dłonią oczy.
-Coś za jeden? Eh dobra, nie ważne. -Mówił człowiek w amerykańskim mundurze, z hełmem na głowie, noktowizorem, i całym oporządzeniem. Tylko czemu mówił w moim języku? Wyciągnął z plecaka jakiś mały karabinek. -Mam nadzieję że umiesz strzelać. Siadaj tu, jak coś się ruszy w wyjściu, i będzie chciało się tu przedostać, strzelaj. -Rzucił jeszcze mi dwa magazynki. -Chłopaki, idziemy! -Krzyknął. Pobiegli za mnie, a ja wbiegłem za prowizoryczną osłonę. Mam nadzieję że coś da. Dwa magazynki , i jeden w karabinie to nie tak mało... Mężczyzna poklepał mnie serdecznie po ramieniu, i pobiegł. Znikając w przejściu krzyknął tylko "Utrzymaj korytarz, wrócimy!". Siedziałem spięty przyciskając lufę karabinu do kanapy, tak aby jak najbardziej zmniejszyć odrzut. Karabin był strasznie mały, przez co pewnie nie celny. Miał tylko metalową krótką malutką kolbę, ale ona i tak za dużo pewnie nie dawała. Była to mniejsza wersja kałacha. Minęło z pięć minut, i zacząłem słyszeć jakieś jęki. W końcu przez szklane drzwi na końcu pomieszczenia wbiegły jakieś postacie. Może "W końcu" to złe określenie. W każdym bądź razie dosłownie wbiegły, nie otwierając ich. Jeden się przewrócił, a dwójka ludzi uzbrojonych tak jak tamci z którymi rozmawiałem biegli w moją stronę. Strzelać? To mogą być oni... Następnie wpadli zarażeni. Dużo zarażonych. Oni nie chodzili tak jak zombie w filmach, oni zapierdalali... Widziałem jak jeden z nich gryzie leżącego żołnierza na ziemi. Próbował się uwolnić, ale nie miał zbytnich szans. Dwójka żołnierzy którzy uciekali w moją stronę biegła rozpaczliwie. Nacelowałem celownikiem kolimatorowym na jednego z nich, prosto w głowę...Miałem już strzelać, gdy ten drugi krzyknął "NIE PRÓBUJ'. To był ten sam żołnierz z którym rozmawiałem. Strzeliłem, do zarażonego obok. Byli już trzy metry ode mnie, akurat na skrzyżowaniu korytarzy. Z przejścia po lewej  wybiegł zarażony wprost na żołnierza i go przewrócił.Zastrzeliłem go, ale tamten miał już całą pogryzioną twarz. Ostatni żołnierz przetoczył się przez "barykadę" i przyjął pozycję. Zaczął od razu strzelać, ja też. Po paru sekundach zmieniłem magazynek. I znowu. Amunicja mi się skończyła. A na korytarzu zostało jeszcze koło czterech. Spojrzałem na żołnierza, jemu też się skończyła amunicja. Westchnął, i wyjął granat z kieszeni. Odbezpieczył go w błyskawicznym tempie, przytrzymał przy piersi i rzucił. Gdy wybuchł był akurat pod nogami zombie. Płytki z korytarza zaczęły latać wszędzie. "Głowa nisko" krzyknął mężczyzna. Tak też zrobiłem...Po chwili wstał, i podał mi rękę. Chwyciłem ją, a on pomógł mi wstać. Odrzucił swój hełm na bok i zdjął kominiarkę. Na twarz padły mu czarne włosy do ramion przykrywając piwne zaspane oczy. Odgarnął włosy.
-Jestem Alex, a Ty? -Uśmiechnął się lekko podając dłoń, tym razem jako gest przywitania się.
-Um... Daniel. Jestem Daniel. -Potrząsnąłem jego dłonią.
-Miło mi poznać. Weź karabin tamtego chłopaka, i tak już mu się nie przyda, tamten zostaw, nie nadaje się zbyt do walki z zarażonymi. Pozbieraj amunicję, granaty. Jak chcesz to przebierz się.
-Mi również. Tak zrobię. -Odpowiedziałem.
-No okej. Jesteś tu sam? -Powiedział odwracając się na pięcie i idąc w kierunku nie tak dawno temu czystego lśniącego korytarza, teraz poniszczonego i zakrwawionego i zawalonego trupami... Najpierw podniosłem karabin, M4 z rączką, okrągłym celownikiem kolimatorowym z malutką czerwoną kropką po środku i kolbą. Zdążyłem jeszcze w ciszy założyć kurtkę, kamizelkę, kaburę na nóż i pistolet którego nie było, no i buty desantowe. Wszystko było takie ciężkie. Dopiero teraz mu odpowiedziałem.A raczej usiadłem przy ścianie, i opowiedziałem mu wszystko, całą moją "historię" pomijając parę mniej szczególnych elementów jak tego demona czy co to było. No i powiedziałem że muszę ich odnaleźć... Siedział w ciszy patrząc chwilę na mnie bez wzruszenia, tak pusto.