Obudziłem
się w zimnym pomieszczeniu, które było wyłożone białymi płytkami. Niektóre były
popękane, i zakrwawione. Cholera, co tu się stało? Chciałem wstać, i gwałtownie
spróbowałem się podnieść. Pasy skórzane zacisnęły się na moich kostkach i
nadgarstkach jeszcze mocniej. Dopiero teraz je zauważyłem. Na szczęście
wyglądały na stare. Po paru gwałtownych pociągnięciach prawą ręką, wyrwałem
się, i odwiązałem resztę pasów. Przeszedłem do pozyci siedzącej. Rozejrzałem
się po pokoju wyglądającego jak psychiatryk. Mało okien, dużo łóżek z pasami, i
para drzwi. Na białej szafce obok łóżka leżał zegarek. Sprawdziłem która
godzina. Na popękanym zegarze widniała godzina „03:15”. Nie możliwe, przecież
zza okien padał blask słońca na to ciemne pomieszczenie. Nie mogła być trzecia
w nocy. Po minięciu jakiś trzech minut godzina się nie zmieniła. No cóż, musiał
być najwidocznej zepsuty. Nagle w głowie zacząłem sobie zadawać pytania jak się
nazywam. Nic nie pamiętałem.Zupełnie. Otworzyłem szafeczkę, na której stał
zepsuty zegar. W środku były jakieś karty. Nic co by mnie interesowało.
Zacząłem wołać. Kogo kolwiek. Nikt nie odpowiadał. Odwróciłem się zrezygnowany.
Na łóżku ktoś leżał. Usiadłem na łóżku gdzie leżała tajemnicza postać. Zacząłem
Nią lekko poruszać aby się obudziła. Nic. Sprawdziłem tętno. Nie trzeba być
lekarzem, żeby stwierdzić że nie żyje. Po chwili siedzenia ujrzałem na szafce z
zegarem karteczkę, której wcześniej nie dostrzegłem. Chwyciłem Ją do ręki.
Zaczałem powoli czytać, tak jak dziecko w pierwszej klasie. Cholera, kiedy ja
ostatnio coś czytałeM?
„Drogi Danielu!
W mieście rozpętało
się piekło. Ewakuowali stąd ludzi, poczym ich rozstrzeliwali na korytarzach.
Nie podając przyczyny. Nie zdążyłeś się wybudzić ze śpiączki. Schowaliśmy Cię,
a gdy wyszli, odstawiliśmy na to łóżko. Mamy nadzieję, że nas znajdziesz.
Powodzenia. Wiemy, że dasz radę.
-Alice”
Ten liścik
rozpętał jeszcze większy mentlik w mojej głowie. Kim jest Alice? Dlaczego
rozstrzeliwali ludzi, i kto? Pismo wygląda jak by się bardzo śpieszyła. I
dlaczego pisała w liczbie mnogiej? Chcąc znaleźć odpowiedź, otworzyłem swoją
szafeczkę jeszcze raz. Karty, które wcześniej wydawały mi się bezużyteczne,
nabrały teraz znaczenia. Zacząłem szperać, i szukać karty kogoś z imieniem
„Daniel”. Tak chyba mam na imię. Znalazłem. „Daniel Ronestly. Urodzony 3 Maja
2016 roku, w mieście Dierlight
Monrus. Choruje na za...” i w tym miejscu komuś wylał się atrament. Akurat na
moją kartę. Szlag by to trafił. Szukając odpowiedzi , spojrzałem błagalnie na
drzwi tak jak by miały mi odpowiedzieć na wszystko. Na podłodze zauważyłem
niebieski długi długopis. Trochę mi tu nie pasował, wyglądał jak by był
przyniesiony z zewnątrz. Rozprostowałem nogi, chwilę próbując utrzymać
równowagę. Niestety nie udało mi się to,i padłem z hukiem metalową ramę...
Poczułem straszny ból w głowie. Wcześniejsze marzenie, żeby spotkać tu kogoś,
zamieniło się w strach, przed tym że ktoś tu wejdzie, i będzie chciał coś mi
zrobić.Gdy opanowałem strach, podszedłem do czarnych, szerokich drzwi. Rzucały
się w oczy, ponieważcałe pomieszczenie tak jak wcześniej wspomniałem było
białe. No, oprócz ram łóżek. One są srebrne. Na drzwiach widniał napis „Dla
personelu”. Zapukałem. Coś zaczęło bełkotać w pomieszczeniu za drzwiami.
Dźwięki te straszie mnie przeraziły. Nie wiem czemu, chwyciłem przedmiot o
który wcześniej uderzyłem (Tak ładnie mówiąc) się głową. Zerwał się z łóżka.
Skutek był taki, że miałem w ręku metalowe coś, co mogło posłużyć za broń.
Teraz dopiero nabrałem odwagi żeby otworzyć drzwi zza których dochodziły te
chore dźwieki. Przycisnąłem dłoń do klamki, mocno zacisnąłem dłoń na metalowej
części drzwi. Nabrałem wdechu, i przycisnąłem mocno klamkę do dołu i... się
zerwała. Klamka się zerwała. Serio. Ten walony kawał metalu zerwał się.
Westchnąłem. Spojrzałem przez dużą dziurkęw drzwiach, która powstała w wyniku
oderwania się klamki z kawałkiem drewna z drzwi. Widziałem pare monitorów,
szafkę, i... stojak z karabinem. Nie byłem pewny, ale wyglądało to jak karabin.
Skupiłem sie na tym miejscu. Po przeciwnej strony dziurki od klucza nagle
pojawiło się lśniące zielone oko. Odskoczyłem z krzykiem. Co to kurwa było?
Otrząsnąłem się szybko, i bez namysłu kopnąłem z całej siły w drzwi. Noga się
odbiła, a ja znów wylądowalem na posadzce. Z pomieszczenia dobiegł mnie cichy
śmiech. Przerażający śmiech. Nie miałem zamiaru się poddawać, ten śmiech tylko mnie
zmotywował żeby tam wejść. Zezłoszczony uderzałem w drzwi kawałem metalu. W
końcu wybiłem mała dziurę. Włożyłem w środek moje narzędzie, i zaczałem nim tak
ruszać, aby połamać drzwi. W prawdzie, nie udalo mi sie to tak jak zamierzałem,
czyli drzwi nie padły przed potęgą mojego narzędzia, ale popękały. Odsunąłem
się, i szepnąłem „Oby teraz mi się udało”. Kopnąłem w kawał drewna, a On wypadł
z zawiasów. Szybko przyjąłem bojową postawę, lecz w środku było pusto.
Wszedłem/weszłem powolutku dalej trzymając moje wielo funkcyjne narzędzie
którym była rama od łóżka. W środku było zupełnie pusto. A przedmiot który
wydawał się karabinem, to tylko sam szkielet jakiegoś starego karabinu. Szybko
spojrzałem się pod drzwi które leżały na podłodze. Nie, tam też nie było tego
czegoś. Pomieszczenie bodajże ochrony. Ciemne, zupełny kontrast tamtego.
Monitoring, wygodny zakrwawiony fotel, i parę szafek. Zacząłem wszystkie
przeszukiwać. Otworzyłem pierwszą. Zaskrzypiała jak by nie była otwierana od
wieków. Pusto. W drugiej znalazłem jakieś małe pudełeczko. Nawet pięć takich
samych. Brałem każdą do ręki, i sprawdzałem zawartość. Z ostatniej wypadło mi
na ręce pare naście naboi. Na pudełku pisało „9mm”. Otworzyłem trzecią
szafeczkę z nadzieją, że znajdę tam jakiś karabin. W części moje marzenie się
spełniło. Znajdywał się tam pistolet, z powiększonym magazynkiem. Miał
wygrawerowany dziwny okrąg na lufie. Sprawdziłem czy naboje pasują do
magazynka. Weszły bez problemu.Zostało mi jeszcze pięć kul w zapasie. Wyjrzałem
przez okno; znajdywała się tam postać z zielonymi oczami. Szkielet człowieka w
mundurze policjanta, z czapką i krawatem. Zaczęła się śmiać, i pobiegła dalej.
Wszedłem na parapet z zamiarem rzucenia się w pościg za tym czymś, lecz
dostrzegłem że na dół jest jakieś 30 metrów. Dopeiro teraz do mnie dotarło że
to nie był zwykły człowiek. Rozejrzałem się oglądając miasto. Wysokie, często
zniszczone budynki, wieżowce z powybijanymi szybami, domy bez dachów, wszędzie
ruiny. Na dole na zaśmieconej ulicy dostrzegłem coś brązowego. Ciemnego.
Wyglądało jak drewno. Drewno na środku ulicy? Zszedłem z parapetu. Usiadłem na
fotelu, odwróciłem się w strone wejscia, przed tem zamknąłem okno,i wpatrując się w monitoring i myśląc o tym co
dzisiaj widziałem. Doszedłem do wniosku, że to tylko głupi sen, zaraz się
pewnie obudzę. I patrząc tak w ten monitoring, coś tam zaczęło się rusząć.
Spojrzałem na ekran podpisany „Cam09 – Wejscie”. Przez drzwi weszła trójka
uzbrojonych ludzi z karabinami, gotowi do strzału gdyby coś im wskoczyło na
celownik. I chwilę później tak sie stało. To coś, co przed chwilą widziałem,
również znalazła się na ekranie małego „Telewizora”. Przyglądałem się jak małe
dziecko ulubionej bajce z ciekawością. Żołnierz coś krzyknął i... obraz się...
zepsuł? Ekran zaczął mieć jakieś zakłócenia, po czym się wyłączył. Może któryś
z nich przypadkiem strzelił w kamerę? Chwilę po tej myśli, wszystkie światła
zgasły. Jedyne żródło światła to to okno, z którego widać zruinowane miasto.
Włożyłem rękę pod biurko, i wymacałem latarkę. Odpiąłem z jakiegoś uchwytu, i
włączyłem. Na szczęście działała. Wstałem, i wróciłem do poprzedniego
pomieszczenia. Podbiegłem cicho do drzwi, przez ktore jeszcze nie
przechodziłem. Pociągnąłem za klamkę. Zamknięte... Wycelowałem pistoletem w
zamek, i strzeliłem. Dźwięk był tak głośny, że dudniło mi przez chwilę w
uszach, a odłamek naboju bardzo mały wbił mi się gdzieś w okolice brzucha.
Ryknąłem z bólu, i złapałem się odruchowo za miejsce w które wpadł kawałek
naboju.. Przeklnąłem pare razy w duchu, i uchyliłem drzwi. Prawa strona
korytarza, zupełnie ciemna, ściany były również białe, jak w poprzednim
pomieszczeniu, lecz było więcej krwi. Po dłuższej chwili przylądania się
pomieszczeniu, dostrzegłem łuski naboi. Bardzo dużo łusek. Uchyliłem bardziej
drzwi, i spojrzałem w prawą stronę podłużnego korytarza. Zobaczyłem szare
postacje pod ścianami, i ludzi z karabinami wycelowanymi w ludzi pod ścianą.
Wszyscy byli tacy jacyś rozmazani, szarzy. Schowałem się za drzwiami, żeby mnie
nie zauważyli. Wyjrzałem przez dziurę którą zrobiła moja kula. Było tam..
Pusto. Przewidziało mi się, dosyć dużo rzeczy dzisiaj widziałem.. Poświeciłem
latarką na podłużny tunel który wydawał się być bez końca. Nie wiem czemu, ale
poszedłem w tą ciemniejszą stronę korytarza; prawą. Latarka świeciła coraz
słabiej, bałem się że zaraz bateryjki się wyczerpią, a nie miałem zapasowych.
Trzmyjąc w lewej ręce latarkę przed siebie, a w prawej ręce która była
opuszczona pistolet, zszedłem po schodkach które zauważyłem już przy wyjściu z
pokoju. Wydawało mi się, jak bym schodził z godzinę, albo dwie, a klatka
schodowa się cały czas pomniejszała. W końcu zszedłem do miejsca z wyjściem.
Lampa wisiała na jednym kablu jak by miała zaraz spaść. Rozejrzałem się po
pokoju. To było to pomieszczenie , które widziałem na monitoringu... W środku
leżała trójka żołnierzy, a raczej to co z nich zostało, czyli mięso. Wokół nich
był namazany jakiś wzór z krwi, nie zdążyłem się przyjrzeć, bo usłyszałem jakiś
hałas. Pobiegłem do jakiegoś kąta, i próbowałem wyłączyć latarkę, ale
wypuściłem Ją z rąk, i upuściłem. Chwilę później latarka rozbiła płytkę, robiąc
straszny hałas. Przypomniałem sobie o moim odłamku naboju w brzuchu, Wybiegłem
z budynku dociskając sobie dłoń do rany, otworzyłem drzwi i zobaczyłem...
Ruiny, mało który budynek nie był uszkodzony. Spojrzałem się w niebo, słońce
mnie oślepiło. Zasłoniłem oczy. Usłyszałem znowu jakieś szepty. Przeklnąłem w
duchu, i wyciągnąłem pistolet przed siebie. Pusto... na ulicy leżało jakieś
ognisko. Podszedłem bliżej, i dotknąłem drewna. Poparzyło mi palce. Po chwili
zauważyłem, że ogień jeszcze się tlił. Zza pleców usłyszałem czyjeś szybkie
kroki. Odwróciłem się, i patrzyłem w drzwi. Nie wiedziałem co robić. Z budynku
wybiegł jakiś człowiek z odciętą (A może odgryzioną?) wątrobą, który miał w
twarzy jakieś mięso. Wyciągnąłem pistolet przed siebie, a On zatrzymał sie
dokładnie przed lufą, która była idealnie na wysokości jego... twarzy? Stanął,
i patrzył się w moją lufę. Nie miałem odwagi nacisnąć spustu. Nagle coś
usłyszałem głośny huk, i coś rozsadziło głowę temu człowiekowi... Spanikowałem,
i wbiegłem gdzieś w ruiny. Na ziemi leżały kamienie, cegły, puszki, deski,
opakowania, wszystko. Nie zwracałem na to uwagi, i biegłem przed siebie. Gdy
się zmęczyłem, przycisnąłem się mocno do ściany, i odetchnąłem z ulgą.
Spojrzałem w miejsce, gdzie przed chwilą biegłem, pusto. Przykucnąłem , i
spojrzałem w lewo. Siedział tam jakiś człowiek odwrócony w przeciwną stronę.
-Ej chłopie,
żyjesz? Jakaś paranoja... –Westchnąłem, i spojrzałem jeszcze raz w miejsce
gdzie biegłem, sprawdzić czy mnie nikt nie goni. Nagle poczułem zaciśnięte ręce
ma nojej kostce, odwróciłem się gwałtownie w strone gdzie wcześniej siedział
nieznajomy, teraz to coś ciągnęlo mnie za kostkę. Nie miało połowy twarzy, a
oczy miało wydłubane. Wycelowałem pistolet
w twarz tego czegoś,przyłożyłem lufę między oczy, zamknąłem oczy, i
strzeliłem.. Prawie natychmiastowo krew oblała mi twarz. Usłyszałem głos jakieś
dziewczyny „Stamtąd ktoś strzelał!” po czym straciłem przytomność...
Fakt, zaczyna się bardzo ciekawie :) Z ogromną ciekawością będę śledziła dalsze losy bohatera. Pozdrawiam ^.~
OdpowiedzUsuńPozytywnie zaskoczona ^^
OdpowiedzUsuńPrzyjemnie się czyta, pomijając parę błędów, i ma się ochotę na więcej <3