poniedziałek

5. Amber



-No, pokaż te plecy... –Powiedziałem cicho do Alicji. Odwróciła się, a ja zdjąłem swoją podkoszulkę i poprosiłem Ją żeby założyła Ją, a ja się odwróciłem, i czekałem aż się przebierze. „Już” – Powiedziała, po czym się odwróciłem znów w Jej stronę. Było mi strasznie zimno. Spojrzałem się na swój brzuch, dalej miałem tam tamten odłamek...  Prawie o nim zapomniałem. Podszedłem do zabitego żołnierza, i wyjąłem jakąś buteleczkę. Alkochol. Wstałem, i ruszyłem ku dziewczynie.
-To będzie bolało... –Powiedziałem. Przytaknęła, przełykając ślinę. Wylałem trochę na Jej pokaleczone blade plecy. Zaczęła się trzęść, lecz nie mówiła że coś Ją szczypie. Zdjąłem mundur żołnierza, i podarłem Jego podkoszulkę na pół, aby zrobić opatrunek. Zawiązałem  amatorski opatrunek na plecach Alicji. Podczas wiązania go, usłyszałem dźwięk jakieś dziewczyny. A może raczej krzyk wydany ze strachu. Nie znałem Jej. A przynajmniej nie kojarzyłem głosu. Powiedziałem szybko „Poczekaj chwilę, sprawdzę co się tam dzieje” , podniosłem karabin który zostawiłem przy czarnowłosej dziewczynie i wybiegłem z pomieszczenia z karabinem opartym na ramieniu.Przy ciele żołnierza który wcześniej chciał nie uderzyć pięścią, stało to samo coś, co zobaczyłem wcześniej przy Alicji, oraz to co zabrało Ghostt’a. Tylko że na prawej ręce miało sierp, a na lewej jakiś sztylet. Raz drapało ciało sierpem, a raz wbiało ostry sztylet w brzuch. Przecież On był już martwy! Po co on to robił? Nie robił sobie nic z mojej obecności, chyba mnie nie widział. Dopiero teraz dostrzegłem dziewczynę jakieś dwa metry za potworem, gapiąc się pustym wzrokiem jak to coś pożera wcześniej obezwładnionego przezemnie żołnierza. Szatynka, z dużymi  niebieskimi, lub szarymi oczami. Włosy sięgały Jej do za szyję.Delikatna cera. Wzrot około 165, czyli trochę niższa ode mnie.Na oko daje nie więcej niż 16 lat. Dopiero po paru minutach Jej wzrok znalazł się na mnie.
-Zabijesz Go, czy będziesz się tak patrzył na niego?-Spytała spokojnie dziewczyna. Bez żadnych emocji, co mnie zupełnie zatkało. Przecież dziewczyny w takich sytuacjach, to sikają ze strachu... Nie wiedziałem co powiedzieć, więc podniosłem swój karabin, wycelowałem w potwora, i  skierowałem serię naboi w jego głowę. Trafiłem!-Tak lepiej. –Powiedziała, po czym podeszła bliżej. –Ojej!-Krzyknęła. –Gdzie moje maniery? Jestem Amber. –Podała mi rękę. Patrzyłem się na Nią cały czas. –Teraz, Ty mi podajesz rękę, uściskujesz moją dłoń, i przedstawiasz się. – Powiedziała po cichu jak do małego dziecka. Jejku, chyba nigdy nie spotkałem kogoś takiego. Myślę że na pewno nawet jak bym pamiętał wszystkie osoby z przeszłości, to i tak bym nie znalazł kogoś takiego. Szybko uscisnąłem Jej dłoń.
-Nazywam się Daniel. Daniel... Ronestly? –Powiedziałem , a w moim głosie było słychać raczej pytanie niż stwierdzenie. Teraz trochę dziewczyna się ździwiła. Chłopak który pyta o swoje nazwisko? No nie źle. Nie wiedziałem, czy pytać o Ghostt’a, czy da się jeszcze zrobić coś, żeby Alicja nie czuła bólu,bo jak wiadomo, takie zadrpania na pewno bolą.
-Masz może jakieś leki przeciw bólowe?-Spytałem mówiąc tak szybko, że musiałem potwórzyc dwa razy żeby zrozumiała.
-Taa... Mam przy sobie paczkę jakiegoś przeciw bólowego świnstwa. –Odpowiedziała . –Możesz już opuścić ten karabin. –Dopiero terazzauważyłem,że trzymam cały czas karabin na ramieniu. Szybko Go opuściłem.
-Mogła byś dać mi te leki? Moja przyjaciółka jest ranna...
-Pf, nic za darmo. –Parsknęła Amber.
-To co mam zrobić? –Spytałem z ciekawością i poirytowaniem.
-Ci żołnierze, zabrali mojego starszego brata. Ty uwolnisz Jego, ja dam Ci leki. –Powiedziała cały czas patrząc mi się w oczy. Nie wiem czemu, ale to było straszne. Zgodziłem się. W końcu, mogli tam też trzymać Ghostt’a. Nie spytałem nawet o to, czy jest ich tam dużo, tylko czy jest to daleko.  Czas był najważniejszy.
-Daleko Go zabrali?
-Dwie ulice stąd. –Przytaknąłem. Podniosłem jakiś magazynek z ziemi, i sprawdziłem ile ma naboi. Koło 25, czyli połowa magazynka. Tak, ten karabin miał bardzo pojemny magazynek. Ale naboje jednak były bardzo małe, plusem było to , że były ostre. Poprosiłem Ją, aby zaprowadziła mnie do miejsca gdzie przetrzymują Jej ojca.Po 15 miunotowym marszu przez zruinowane budynki, doszliśmy na jakieś wzgórze.To znaczy, cały czas byliśmy na wzgórzu z zruinowanymi budynkami, i ulicami, a tutaj jest koniec wzgórza, taka przepaść na jakieś 10-15 metrów w dół. Miasto w dole nie było takie zniszczone, jak to. Przynajmniej ruina tam, to jeden budynek na dziesięć, a nie co trzeci. Wyglądało nawet ładnie. Niektóre domki były pomalowane, farba z nich jeszcze nie zeszła. Barykad w oknach też nie było, tylko byly po prostu powybijane. Dopiero po chwili stania tutaj dostrzegłem po swojej prawej walizkę.
-Otwórz, może Ci się przydać. To w sumie jakiegoś żołnierza, ale i tak już pewnie nie żyje. –Powiedziała Amber, patrząc się na miasto. Tak też zrobiłem, jak kazała.W środku ukazały mi się części czegoś, nie wiem co to było.Jakaś latarka, albo laser. I kamizelka taktyczna. Wyjąłem części czegoś co było trzeba złożyć. Był to karabin wyborowy,wystarczyło się przyjrzeć. „Dodatkiem” była luneta . Postarałem się to złożyć tak jak potrafiłem, co najlepsze, wyszło mi za pierwszym razem. Tylko dalej nie za bardzo wiedziałem do czego służy ta latarka , lub co to było. Spytałem się Amber.
-Huh, na prawdę nie wiesz? –Parsknęła. –To taki laser, który ma zasięg do okoła tysiąca metrów. Gdy gdzieś nacelujesz, to On pokazuje ile metrów dalej jest obiekt który podświetlasz. Na tym małym monitoreczku pokazuje też wiatr w którą stronę wieje, i jak mocno. Przyda Ci sie przy strzelaniu. Budynek w którym jest uwięziony mój ojciec, to tamten czerwony –Wskazała palcem duży czerwony dom, zabarykadowany. –Możesz pozabijać żołnierzy z daleka, sama chciałam to zrobić, ale nie znam si na tym. – Myślę, że jak by wiedziała że ja się również nei znam, nie zaproponowała by mi tego. No dobra, doczepiłem jeszcze tłumik, i wycelowałem lunetą do zabarykadowanego okna, z małą dziurą, w której było widać przez lunetę czyjeś oczy. Nakierowałem tam laserkiem. Trzysta metrów. No, może odrobinkę więcej. Położyłem się, i nacelowałem między dwa „światełka”. Na kreskach zaznaczonych w celowniku które szły po 100 metrów, aż do 500, wybrałem liczbę zbliżoną do odległości wroga. Na wiatr nie patrzyłem, bo prawie wcale Go nie było. Nacisnąłem na spust. Patrzyłem się na cel z sekundę, a On nic. Teoretycznie huk strzału usłyszałem, ale może nie wystrzelił? Jednak po chwili doleciał pocisk, i trafił. Oczy „Zgasły” z barykady. Drugi stał przy wejściu, idealnie obok trzeciego. Oddałem mierzony strzał, i pocisk przebił dwóch na raz. Kurde,  spodobało mi się to. Uśmiechnąłem się psychopatycznie, i zacząłem poszukiwać czwartego. Wybiegł z domu, poczekałem aż przystanie w miejscu, bo inaczej nie miał bym żadnych szans na trafienie. Za mną usłyszłaem jakieś kroki; nie przejąłem się tym. Czwarty zołnierz przykucnął przy jednym ze swoich przyjaciół, a ja oddałem strzał. Nie widziałem ani razu gdzie trafiłem, lecz osuwali się martwi na ziemię, więc chyba nie było źle. Mam nadzieję że to nie ze śmiechu.Oddałem karabin dziewczynie. „W razie czego, osłaniaj mnie. Ja idę po Twojego ojca.” Powiedziałem, po czym wróciłem do swojego karabinu. A właściwie, to nie mojego, bo Go zabrałem martwemu żołnierzowi.Pobiegłem w stronę domu z karabinem trzymanym w górze.Niby tylko trzysta metrów, a jak się zmęczyłem... Będę musiał sobie kondycje wyrobić. Zdyszany podszedłem do wyważonych, zakrwawionych czarnych drzwi. Oby dwaj żołnierze dostali w czaszki... Wziąłem jakąś latarkę jednego z ich karabinów, i zamontowałem na swój. „Cholera, zapomniałem kamizelki!” pomyślałem. Dam sobie radę bez niej... Włączyłem źródło światła na karabinie, i wszedłem w ciemne pomieszczenie. W salonie na stole leżał ktoś przywiązany na stole, z poderżniętym gardłem. Cały stół był zakrwawiony. Co najlepsze, dalej krwawił. Musieli to zrobić nie dawno. Wszedłem do jakieś sypialni, w której był totalny burdel. Ghostt był przywiązany rękami do grzejnika.Leżał na podłodze. Martwy... Albo stracił przytomność. Podbiegłem szybko do Niego, rzucając karabin na ziemię. Sprawdziłem serce. Biło! Ghostt żyje. Od wejścia usłyszałem jakiś huk. Do pokoju wbiegł zarażony, nie ten potwór. Chodzi mi o tego, który wygląda jak człowiek, między innymi tego przez którego straciłem przytomność. Chciałem do Niego strzelić, ale zapomniałem że rzuciłem karabin na ziemię. Jezu, jaki ja jestem głupi. Wstałem, i przesuwałem się bokiem cały czas w kierunku stołu z różnymi rzeczami patrząc się na stojącego w ciemnościach potwora. Stał obok karabinu. Gdy doszedłem do stołu,chwyciłem za jakąś statuetkę, i rzuciłem w zarażonego. Niestety nie trafiłem w twarz, i nie rozłupałem mu czaszki, lecz lekko zarysowałem klatkę piersiową. Tylko Go zdenerwowałem. Podbiegł do mnie, a ja osunąłem się z jego toru biegu, i popchnąłem Go w stronę ściany z taką mocą, że przebił się do drugiego pokoju. Stamtąd wybiegł  jakiś siwy facet, w podeszłym wieku. Wyglądał jak jakiś naukowiec. Ta fryzura jak by przed chwilą w niego piorun uderzył, i te okrągłe okulary.
-Nie zab...nie zabijesz mnie, praprawda?-Spytał jąkając się męzczyzna.
-Nie mam takiego zamiaru. Pan jest ojcem Amber?
-Ach, Amber! Tak, jestem Jej ojcem. –Uśmiechnął się. Poprosiłem Go, aby szedł za mną,a Ghostt’a wziąłem na ramię. To wszystko co miał na sobie, czyli kamizelka, mundur, te buty, to wszystko serio bylo ciężkie. Doszliśmy z ojcem Amber na wzgórze;  o wiele łatwiej było stamtąd zbiec samemu, niż wejść z żołnierzem na ramieniu. Byłem cały spocony, a włosy przyklejały mi się do twarzy. Spojrzałem na Amber, zrozumiała o co chodziło, i szybko wyjęła pudełeczko z lekami. Wziąłem Je, i schowałem do kieszeni.
-Em... No wiesz... -Zaczęła dziewczyna. -Możemy porozmawiać na osobności? -Pokiwałem głową, i położyłem Ghostt'a na ziemi obok ojca dziewczyny, i odszedłęm w jakiś mały kącik. 
-Nie mamy żadnej grupy, mój ojciec jest w podeszłym wieku... Nie bedziemy was zwalniać, obiecuję że będziemy wam pomagać. W czym tylko będziemy mogli -Mówiła dziewczyna. 
-Okej okej, dobra. -Odpowiedziałem. Amber się uśmiechnęła. -Tylko pomóżcie mi Ghostt'a nieść... Bo ciężki jest -Odwzajemniłem uśmiech. Ona poszła do Jej ojca, przekazać nowinę. Nie wiedziałem czy to był dobry pomysł,w końcu ten gość miał koło 50-60 lat... 
-Dobra, idziemy? -Spytałem. Wszyscy kiwneli głowami. Ja wziąłem z ojcem Amber Ghostt'a na ramię, i nieśliśmy Go do miejsca, gdzie zostawiłem Alicję. Po drodze widzieliśmy parę zarażonych, ale nie zwrócili na nas uwagi. Byliśmy już przed wejściem, było strasznie cicho. Zostawiłem Ghostt'a, i resztę przy wejściu, a ja wszedłem do pokoju z karabinem. Uff. Siedziała tam gdzie Ją zostawiłą, nigdzie nie poszła. Szybko wstała, podbiegła do mnie, a ja Ją przytuliłem. "Stęskniłam się" wyszeptała.
-Ja też. -Powiedziałem, po czym uśmiechnąłem się. Odwzajemniła mój uśmiech. "Możemy już wejść Daniel?" usłyszałem zza drzwi. -A właśnie. Mamy dwójkę nowych w grupie, Amber, i Jej ojca.-Pokiwała głową, że rozumie. -Wchodźcie, i wnieście Ghostt'a.-Alicja spojrzała się na mnie.
-Ghostta?-Spytała, a nie mal wykrzyknęła.
-Taak. Trzymali Go tam gdzie ojca. - Powiedziałem, po czym Jej o wszystkim opowiedziałem. Dużo tego nie było. Spotkałem, zabiłem, wróciłem. tak w skrócie. Położyliśmy Ghostt'a na ziemi. 
-Dobra, Amber. Pozbierajcie jakieś kawałki drewna, i coś czym było by można rozpalić ognisko. Musimy ogrzać naszego chłopaka. A, weź ze sobą ojca. Jak coś , to krzyczcie, będę opiekował się Alicją i Ghostt'em. -Pokiwała głową.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz