niedziela

2. Alice



Otworzyłem oczy. Znajdywałem się w ciemnym budynku, z dziurami w ścianach przez które wlatywały promyki światła. Mimo wszystko to nie oświetlało pomieszczenia w którym sie znajdowałem. Na środku znajdywało się duże ognisko które się paliło otoczone kamieniami. Ja leżałem w kącie na jakimś materacu przykryty... mundurem? Tak, mundurem. Ktoś wszedł do pomieszczenia, a dokładniej dwie osoby. Zamknąłem szybko oczy, i zacząłem udawać że dalej jestem nie przytomny. Co jakiś czas otwierałem troszeczkę oczy , żeby zobaczyć co się dzieje. Na początku usiedli przy ognisku, tyłem do mnie. Pierwsza osoba była w desantach, i bojówkach. Widocznie ten mundur który mnie właśnie ogrzewa, musi być Jego. Miał hełm, ale było widać spod Niego blond włosy. Obok Niego leżała kamizelka taktyczna, i karabin automatyczny. Druga osoba to chyba była kobieta. Była w jakiś zwykłych czarnych butach, i ciemnych jeansach. Podkoszulkę w sumie też miała czarną. Włosy miała długie, trochę dłuższe niż do ramion.
-I co? Znalazłaś coś? – Odezwał sie po dłuższej ciszy nieznany męzczyzna.
-Nic... Nie gniewaj się. –Odpowiedziała lekko wystraszona dziewczyna. Miała delikatny głos. Myslę, że gdybym kiedyś rozmawiał z aniołem, to miał by właśnie taki głos. Druga postać przez dłuższy czas wpatrywała sie w ognisko.
-Nie mam na co, to nie Twoja wina. –Odpowiedział po jakiś pięciu minutach. Spojrzał na Jej twarz, i otworzył usta żeby coś powiedzieć, lecz chwilę później Je zamknął.
-No mów...
-Nie wiem co z nim.Długo się odzyskuje przytom...
-Ale oddycha! –Przerwała mu dziewczyna z nutką nadzieij w głosie. –Przecież musi żyć! -Ciszej, bo jeszcze sprowadzisz na nas jakąś hordę tych zjebów... Nawet jeśli żyje, to na pewno nic nie pamięta. Pamięć może odzyskiwać bardzo długo. No, Ty się nim zajmij, a ja idę poszukać zapasów. Gdyby coś, będę nie daleko. –Wyjął pistolet z kabury, i wręczył Go dziewczynie. –W razie czego, strzelaj. – Pokiwała głową, dając znak że zrozumiała.Męzczyzna wstał, podszedł do wyjścia , na chwilę się odwrócił, nie wiem w sumie po co. Na twarzy miał hustę, a na oczach gogle.Wyszedł. No cóż... Minęły może z dwie minuty, a dziewczyna wstała, i uklękła obok mnie. Zamknąłem oczy, udając dalej że jestem nie przytomny. Poczułem jak odgarnia moje włosy. Szepnęła „Kiedyś mnie znowu przytulisz, tak jak kiedyś, prawda? Tęsknię...” po czym zostawiła moje włosy, i usiadła tam gdzie siedziała wcześniej. Zacząłem się zastanawiać, czy nie wstać, i pokazać że żyje , bo zaraz mnie użyją jako dokładki do ogniska...Otworzyłem oczy, zupełnie, a nie tylko podniosłem lekko tak jak wcześniej to robiłem.Przeszedłem do pozycij siedzącej. Poszło mi to tak cicho, że nawet się nie odwróciła..Po prawej było okno, z którego padł blask światła akurat na Nią. Włosy Jej lśniły. Odgarnęła Je, po czym dalej wpatrywała się w ognisko. Spojrzałem w okno. Ujrzałem... Postać która wcześniej wyskoczyła przez okno, i może nawet zabiła tamtych żołnierzy. Patrzyła się na tą dziewczynę. Wyciągnąłem szybko pistolet, i skierowałem w tamto coś celownik. Nacisnąłem na spust i... usłyszałem tylko brzdęk, a postać znikła. Magazynek był pusty.Zastygłem w bez ruchu. Dziewczyna szybko się odwróciła, i spojrzała na mnie. A ja dalej patrzyłem się w okno z wycelowanym tam pistoletem.
-Możesz... to odłożyć? –Powiedziała swoim uroczym głosem.
-Ale tam w oknie było coś... Eh, długa historia... –Odpowiedziałem tak szybko, że nie wiem czy zrozumiała.W końcu opuściłem pistolet, i położyłem na podlodze. Miałem wrażenie, że się wystraszyła. W końcu powoli odwróciłem głowę w Jej stronę, i spojrzałem się na Nią. Jej usta były małe, i czerwone jak róża. Uszy były lekko odstające, ale nie bardzo. Nos,a w sumie nosek miała uroczy, malutki. Długie rzęsy, i ciemne brwi. Jej oczy się lśniły. Nie wiem czy to od słońca, czy może płakała. W prawym oku było widać ciemną zieleń, a w prawym błękit. Jej oczy były piękne. Chyba jako jedyne z wszystkich elementów na twarzy oprócz ust, i ubioru nie były ciemne. Patrzyłem się tak na Nią przez dobre pięć minut, a Ona na mnie.Nie wiedzieliśmy co powiedzieć. Byliśmy od siebie na wyciągnięcie ręki.
-Stęskniłam się...-Wymamrotała dziewczyna. – Jestem Alice. Pamiętasz mnie?...
-To Ty zostawiłaś list? – Szybko spytałem.
-Tak, to ja... Przepraszam że Cię nie wzięłam. Nie było jak. Nie miałam siły...
-Okej, rozumiem. Nie pamiętam nic od obudzenia się w tamtym budynku...-Pokiwała głową. Opuściłem wzrok, i gapiłem się w ziemię. A raczej beton. To był beton. Przybliżyła się lekko, wyciągnęła ręce i mnie przytuliła, trochę nie pewnie. Tak jak by nie wiedziała, czy na pewno chce to zrobić, lub bała sie reakcij. Odruchowo podniosłem ręce, i przycisnąłem Ją jeszcze mocniej do siebie. Chyba się uśmiechnęła, ale nie jestem pewny. Włosy mi zasłaniały. „W końcu sobie wszystko przypomnisz, zobaczysz” Wyszeptała mi na ucho. Usłyszeliśmy kroki czegoś ciężkiego. Puściła mnie, i podeszła do okna. Wpatrywała się przez chwilę , po czym usiadła przy ognisku. „-No chodź, nie wstydź się” powiedziała lekko się uśmiechając.Wstałem z trudem, a odłamek w brzuchu dał się znów poczuć. Starałem się nie pokazywać Go, bo wyjdzie że ktoś do mnie strzlelał, a wątpię żeby uwierzyła w to, co się na prawdę stało. Przy ognisku, było małe lusterko w którym odbiała się moja podkoszulka. Przy brzuchu było widać straszną plamę krwi.
-Jezu, przecież Ty krwawisz! – Wykrzyknęła Alice, tak głośno że miałem wrażenie, że zaraz ogłuchne.
-Spokojnie, to tylko odłamek... Już nie krwawi... –Powiedziałem najbardziej spokojnie jak potrafiłem, chodź chyba mi się to nie udało.
-Przyjdzie Ghostt, to Ci to wyjmie. Ja się boję,że zrobię Ci jeszcze większą krzywdę...
-Ghostt? –Spytałem z ciekawością.
-Tak, gdyby nie on w sumie mnie już by tu nie było... –Odpowiedziała powoli jak do małego dziecka. Właśnie sobie uświadomiłem, że Alice nie wie o tym że słyszałem całą rozmowę. Stwierdziłem, że wolę się nie przyznawać do tego. Myślę, że gdyby ten mężczyzna (Który najprawdopodobniej nazywał się „Ghostt”) nie wyszedł, ja bym dalej nie wstał. Wychodzi na to, że jestem tchórzem... Utkwiłem wzrok w odwróconej do mnie plecami Alice. Szukała czegoś w małym plecaku. W końcu wstała, i wręczyła mi pudełko z nabojami. „Przepraszam, Ghostt kazał mi to zabrać na wszelki wypadek...” powiedziała cicho czarnowłosa dziewczyna. Nie odpowiedziałem. Wziąłem pistolet, i załadowałem do pełna, po raz drugi. Przeciągnąłem , i schowałem za pasek od spodni. Przez dziure w ścianie która robiła za wyjście z budynku zajrzała postać, którą widziałem już pare razy. Ta sama, którą zobaczylem na początku przez dziurkę od klucza, i ta sama którą widziałem przez okno. „Nie, tym razem mi nie uciekniesz.” Powiedziałem sobie w duchu, tak jak bym bez tego nie mógł wstać. Wyprostowałem nogi, wyciągnąłem pistolet, i wybiegłem z budynku. Alice coś krzyczała. Nie zwracałem na to uwagi. Nie wiem czemu, ale dopadnięcie tej postaci było dla mnie bardzo ważne, chyba obecnie najważniejsze. W końcu , to coś się ze mnie śmiało. Biegłem tak z pistoletem przez te zrujnowane budynki, i goniłem tajemniczą postać. Spuściłem wzrok na chwilę z niej, lub niego, i spojrzałem na pistolet. Przeciągnąłem czarny kurek, i podniosłem broń żeby wystrzelić. Przeklnąłem głośno. Uciekła. Tyle razy skręcałem w pogoni za tą postacją w różne alejki i zrujnowane ulice, że się zgubiłem. Ulice były wyciągnięte niczym z post apokalipstycznych filmów. Były ciemne, popękane, i śmierdziało tu. Serio, strasznie śmierdziało. Rozejrzałem się. W sumie, z każdej strony w każdej chwili mógł wyskoczyć na mnie ktoś z bronią i mnie zabić biorąc mnie za to coś, co mnie chciało zabić. Dopiero po dłuższej chwili ujrzałem jakąś szarą, niską postać. Podszedłem bliżej. Była to mała dziewczynka. Niewiedziałem w sumie co powiedzieć. Stała w białej sukni, wpatrzona w podłogę. Opuściłem broń, i wpatrywałem się w małe dziecko. Mrugnąłem, a Ona podniosła w tym czasie swoją małą głowę. W Jej oczach było widać ogień i gniew. Podniosłem broń, lecz nie umiałem strzleić. W końcu, to tylko małe dziecko... Rozłożyła ramiona i poleciała w jakąś małą dziurę... Podbiegłem szybko w miejsce gdzie wskoczyła. Wskoczyła w ścieki... Po raz setny przeklnąłem sobie w duchu. Złapałem za zimny szczebel drabiny, i zacząłem schodzić w ciemną ochtłań... Bałem się, ale ciekawość zwyciężyła nad strachem. Nie miałem żadnego źródła światła, i byłem ranny. Jedyne co dodawało mi otuchy, to broń. Drabina, nie wyglądała na zbyt stabilną. Schodziłem szczebelek, po szczebelku. W pewnym momencie jeden się zerwał. Zacząłem spadać w otchłań.

2 komentarze:

  1. "Jedyne co dodawało mi otuchy, to broń" XDDD

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy17:10

    Fajne ;-; Podoba mi się :))

    OdpowiedzUsuń