piątek

10.

Otworzyłem powoli oczy, nademną stała jakaś postać. Nie mogłem rozpoznać twarzy, wszystko było rozmazane. Powoli obraz się wyostrzał. Postać która stała nademną trzymała drewniany kij, chyba ze szczotki ale nie jestem pewny. Miał on około metra długości. Postać około metra siedzemdziesiąt, osiemdziesiąt. Na jej głowie widniała kominiarka z otworem na oczy i usta.Była ubrana w białą podkoszulkę z zaschniętymi plamami krwi, oraz w czarne jeansy z dziurą na kolanie.
-No, śpiąca królewna już wstała? –Odezwał się dziewczęcy głos. Podobny do Alicji, ale to na pewno nie ona. Sięgnęła po metalowe wiadro, i wylała mi lodowatą wodę na twarz. Krzyknąłem.-No co? Dobra dobra, przepraszam, jesteś NASZYM gościem. –To przedostatnie słowo wymówiła jakoś zupełnie inaczej niż resztę. Czemu powiedziałą w liczbie mnogiej? Przecież w pokoju w którym znajduje się krzesło, stół i metalowe drzwi nie ma nikogo oprócz jej i mnie. Cały czas leżałem na zimnej i mokrej posadzce, a kobieta wpatrywała się we mnie. W końcu szarpnęła mnie za ramie, i uderzyła mnie mocno kijem po nerkach, po czym usadziła mnie na krześle na środku pokoju. Bolało to dłużej niż myślałem, ale próbowałem nie dać po sobie poznać, że mnie to ruszyło, lecz mi chyba nie wyszło. –Bolało? –Zaśmiała się kobieta. Z kieszeni wyjęła jakieś cienkie białe sznureczki. Przywiązała mi oby dwa nadgarstki do metalowego krzesła. W pokoju było strasznie duszno, i gorąco.Zacząłem dyszeć. –Gorąco Ci? Oj nie martw się, zaraz Cię ochłodzę!- Powiedziała śmiejąc się, i wyszła z pokoju. W pokoju było bardzo jasno. Cały pokój był tak na prawdę biały, dobrze oświetlony. Nawet „krzesło” na którym siedziałem było białe, jak i szafka którą dostrzegłem dopiero teraz. Zlewała się ze ścianą, a dopiero teraz chyba zacząłem mniej więcej trzeźwo myśleć. W szafce, a raczej biurku mogło by znaleźc się coś przydatnego. Niestety kobieta już wróciła. W ręku trzymała pełne wiadro wody. Odrazu wylała je na mnie. Otrząsnąłem się. Czego ona może ode mnie chcieć?
-Chłodniej? –Spytała.
-Z... Zimno –Wyjąkałem.
-Oh, przepraszam. – Powiedziała, po czym odwróciła się w stronę biurka. Otworzyła mała szufladkę, i wyjęła jakiś pilot. Wcisnęła na nim pare razy jakiś przycisk. Po momencie krzesło na którym siedziałem zrobiło się strasznie gorące, parzyło mnie. Patrzyła się na mnie ze spokojem jak cierpie. –No dobra, dość przyjemności. –Krzesło zaczęlo powracać do temperatury, w jakiej było wcześniej.
-Czego ode mnie chcesz? –Wydusiłem z siebie.

-Tak szczerze?  To nic. –Odwróciła się. –Tylko, lubię się bawić ludźmi, a na kimś muszę testować swoje narzędzia.-Zachichotała się. –Zresztą spokojnie, nie będę Cię cały czas męczyła! Jeszcze mam tego żołnierzyka, i te dwie dziewczynki. O tak, szczególnie zajmę się tą która cały czas się o Ciebie pytała. –Alicja?! Niee, tu juz nie chodziło tylko o mnie, ale o Ghostt’a, i o Alicję i Amber...Dalej była odwrócona. Spróbowałem wysunąć ręce z tego zwalonego sznurka, ale nic z tego. Wbijał mi się w skórę. A możę podniosę to krzesło, i jej tak przypierdole że nie wstanie? To by było dobre. Ale to krzesło jest ciężkie. Dobra, na szczęście tylko raz siężyje. Podniosłem metalowe bydle, jakieś kabelki wyrwałem z podłogi. Na szczeście nie było przyspawane. Gdy dziewczyna się odwróciła, krzesło już leciało na jej brzuch, niestety ja razem z krzesłem.Jedna ręka uwolniła mi się ze sznurków, puściły po prostu.Szybko odwiązałem drugą kończynę, i odskoczyłem. Moim oczom ukazała się postać przygnieciona kawałem metalowego krzesła z wiszącymi kablami. Jej głowa była lekko, ym... Zgnieciona, tak właśnie, zgnieciona. Cóż, niech ginie. Podbiegłem szybko do biurka, i otworzyłem pierwszą lepszą szufladkę. Jakaś deska z gwoździami, młotek,ciernie... Nic przydatnego. Druga była pusta. W trzeciej były bojówki , kamuflaż jak by podchodził pod jakieś ruiny, gruz, kamienie itd. Zdjąłem z siebie brudne spodnie, i założyłem świeże.  Byłem bez butów, niestety w burku nie było żadnych. No cóż, grunt że mam na sobie przynajmniej bieliznę i spodnie. Podszedłem do drzwi, i pociągnąłem za klamkę. Nery dalej mnie bolały. Z kątów pokoju zaczął wydobywać się jakiś gaz... Nie mogłem otworzyć drzwi.
-----------------
Przepraszam że taki krótki, nie mam weny na pisanie, i siły.

czwartek

9. Pakt z demonem... A może aniołem?

Rozjerzałem się po ciemnym holu z zabarykadowanym wejściem. Trudno mi opisać to miejsce. Miało kształt trapezu. Na dłuższej z ścian znajdowały się dwie pary podwójnych szklanych drzwi, z czego jedne obite deskami prowadzące do środka budynku. Na tej krótszej było wejście przez które przed chwilą weszliśmy, a na ściankach bocznych były krayt, za nimi widniała szatnia.A raczej chyba była szatnia... Dopiero teraz zauważyłem jakieś zakrwawione łóżka w tamtym miejscu. Cholera, było jakoś strasznie cicho. „Za cicho” jak by to powiedzieli w popularnych horrorach, albo filmach akcji. Serio, coś mi tu nie grało. Ghostt siedział skupiony przy Amber, i wpatrywał się pustym wzrokiem w ziemię.Alicja stała obok mnie. Chyba chciała mnie złapać za rękę, ale podszedłem szybko do Ghostt’a. Wyrwałem Go z chwilowego transu pociągając jego za ramie. Zaprowadziłem go do kąta po przeciwnej stronie, od tej po której były dziewczyny.
-Coś mi tu... –Chcialem powiedzieć, ale mi przerwał.
-Nie gra? Mi też. Jest za cicho. Nie słychać zombie, ani żywego ducha. Słyszę bicie swojego serca... –Przerwał.
-Ta cisza to jeszcze nic, ale bardziej mnie niepokoji to co jest za kratami, w byłej szatni. –Wychylił się lekko. Zamarł. Usłyszalęm skrzypienie kółek... Szybko wrócił do pozycji w której wcześniej stał.
-Cholera, tam jest jakiś psychol... Nie widział nas? – Mówił przestraszony, pierwszy raz widziałem go w takim stanie.
-Psychol? Kurwa, nie widziałem żadnego psychola.. –Zajrzałem teraz ja. Na łóżku leżała jakaś dziewczyna, krwawiła. Łóżko było na kółkach, a trzymał je jakiś człowiek z maską hokejową, w ręku miał zakrwawiony tasak, po środku pęknięty. Ubrany był w garnitur, a na szyji wysiałmu fartuch. Zakrwawiony fartuch. Nie zwracał na nas uwagi, nie widział nas.
-Co jest? –Spytała Alicja wystarczająco głośno, żeby usłyszał. No ja pierdole.. Spojrzal się w naszą stronę,i zachichotał. Wbił w kobietę ostrze, i coś wygrzebał. Po chwili mogłęm się przyjrzeć dokładniej co to było, ponieważ rzucił to w moją stronę. Nie trzeba było być ekspertem, żeby domyśleć się, że to było serce. Ghostt wycelował w niego karabinem, a on się tylko uśmiechnął. Nacisnął na spust.
-No strzelaj! – Krzyknąłem.
-Nie mogę, zaciął się...-Odpowiedział zawiedziony. Alicja i Amber podbiegły. –Za mną! – Krzyknąłem. Nie wiem czemu to zrobiłem, czysty spontan. Czasami trzeba dać się ponieść. Wybiegliśmy na żółty, pobrudzony i zakurzony korytarz. Spojrzałem się w lewo; wejście do szatni, a prynajmniej jakieś schody w dół. Oo nie, na pewno nie pójdę do niego. Przed nami były jakieś drzwi. Nie, za blisko. „Szybko debilu, szybko” pośpieszałemsam siebie w duchu. Po prawej były schody w górę, i w dół... Też do szatni? A może jakaś piwnica? Pobiegłem w stronę schodów,a cała grupa za mną. W ciąu pięciu sekund przebiegliśmy około 50 metrowy korytarz i dobiegliśmy do schodów.Po przejściu 10 schodków zakręcały i szły dalej w górę.Nałozyłem dłonie na kolana, aby złapać tchu. Z szatni wyszła spokojnie postać w garniturku. Żeby było śmieszniej, poprawiła krawat i wyjęła za spodni tasak. „No to z tobą koniec” pomyślałem. Wyjąłem pistolet z spodni (trzymałem go z tyłu w spodniach) , ale nie pokazywałem go jeszcze. Udawałęm że jestem wystraszony, i nie wiem co robić. Podeszła bliżej. „No, teraz nie ma szans żebym nie trafił. Mam z sześć naboi, na pewno mi się uda”.Wyjąłem pistolet rozmachem tak szybko, że wyślizgnął mi się z ręki i spadł prosto pod jego nogi. Zaśmiał się jeszcze raz.
-Zginiecie –Odchylił maskę, aby pokazać swój uśmiech. Po środku ust miał bliznę ciętą.Zaczałem się pocić, przrerażał mnie. Dopiero teraz uświadomiłem sobie że w rękach skierwonych w jego stronę nie ma broni. Jezusie. Pokazałem jakoś dziwnie ręką żeby wbiegli wyżej,jakoś zrozumieli.Zszedłem spokojnie w stronę „psychola”. A przynajmniej próbowałem , tylko raz się potknąłem.
-Może się jakoś dogadamy? – Powiedziałem jąkając się.
-Haha – Zaśmiała się po raz kolejny postać w garniturze. Zdjęła maskę i potrząsnęła głową. Włosy opadły Jej aż do łopatek. To była dziewczyna... –Nie, nie dogadamy się. –Powiedziałą spokojnie. –Albo wiem!-Prawie kryknęła. –Ja sobie was posiekam, i dam wam spokój, dobrze? –Mówiła ciągle śmiejąc się. Przyjąłem postawę jak bym miał ochotę z nią walczyć. Spojrzałą się na mnie i uśmiech zszedł z jej twarzy. –Kobietę uderzysz? Pf.. –Parsknęła. Pokiwałem nie zdecydowny głową na „nie”. Nie wiedziałem co robić, byłem w totalnym szoku. –Zły wybór chłopcze – Powiedziała, a jej oczy tak jak by zapłonęły. Chwyciła mnie za nadgasrtek,i rzuciła mnie w stronę ściany. Uderzyłem mocno plecami o ścianę.Wzięła szeroki rozmach, domyśliłem się co chce zrobić. Schyliłęm się a Ona wbiła tasak w ścianę. Chwilę próbowała wyjąć, nie miała siły. „Pomóc?” zaśmiałem się. Wziąłem rozmach nad Jej łokieć, i opuściłem nogę z całą siłą z którą moje kopnięcie opadało. Usłyszałem jakieś chrupnięcie,chyba złamałem Jej coś. Przyjrzałem się Jej, było widać że cierpi. Nie wiem co we mnie wstąpiło. Prawdopodobnie gdyby nie przypominała mi z twarzy Alicji, to dalej bym się nad Nią „znęcał”. Nie wiedziałęm czy jej pomóc.. Zamarłem. Dopiero teraz zauważyłem, że to nei ta sama osoba którą widziałem wcześniej. Tamta miała biały garnitur. A ta jest w czarnym... Przecież nei zmieniła tak szybko garnituru! Tutaj musi być jeszcze ktoś... Za nią nagle pojawiła się znikąd zjawa, którą widziałem w psychiatryku, i ją goniłem. Nie miałem ochoty jej gonić tym razem, wiem jak byto się skończyło. Znowu wpakował bym się w ochoty. Dziewczyna siedziała na kolanach. Miałą wolną drugą rękę,ale nie chciała mi nic zrobić. Płakała. Zesmutniałem... „Nie chciałam Cię skrzywdzić... On mi kazał!” Wykrzynkęła płacząc. Spojrzałem się na zjawę. Chwila, ona też ją widziała? Wpatrywałem się w zjawę. Stałem nad płaczącą dziewczyną. Ze schodów zbiegła Amber, Ghostt i Alicja. Staneli jakieś 10 metrów ode mnie. –Stójcie! – krzyknąłem. Zatrzymali się. Znów wpatrywałem się w zjawę.
-Tak,kazałem Jej. –W tym momencie machnął ręką w miejscu między mną, a grupą. Wyrosły tam jakieśkrzaki, które nas oddzielały od siebie. –Przepraszam, trochę prywatności się przyda-Uśmiechnął się. Nagle zaczęło się dziać coś dziwnego.. Coś zmusiło mnie żebym zamknął oczy. Nie wiem nawet co to było.Nie mogłem ich otworzyć przez pięć minut. Słyszałem szloch dziewczyny i jakieś dziwne dźwięki. W końcu otworzyłem oczy. W miejscu gdzie wcześniej stał szkielet, stało czerwone stworzenie. Z dwoma nożami wbitymi, które przypominały rogi. Postać była lekko przezroczysta, lecz nie całkowicie. Była w jakimś mundurze, i desantach. Nie rozpoznałem barw, ani kamuflażu, w końcu byłprawie przezroczysty..
-Kim Ty kurwa jesteś? –Spytałem lekko krzycząc.
-Ja? Nie bój się...
-Nie boję! –Przerwałęm.
-Gdybyś się nie bał, to byś nie przeklinał i nie podnosił głosu. –Cholera, rzeczywiście. Miał mnie, balem się cholernie. Powtórzyłem pytanie. –Aa, jestem... W sumie sam nie wiem. Wyglądam jak demon, a przecież zrobiłem tyle dobra. Nie ważne. Mam dla Ciebie propozycje, Daniel.- Znał moje imię...
-Jaką? –Spytałem , próbując udawać że nie interesują mnie losy płaczącej dziewczyny.
-Wy będziecie chronić i opiekować się tą dziewczyną. A raczej Ty, oni mnie nie obchodzą w zamian za moją pomoc. Będę Ciebie ochraniał. A Ty ją. Proste. –Powiedział bawiąc się kieszenią.
-A nie możęsz sam jej chronić, skoro możesz mnie chronić?... –Spytałem, a zresztą prawie stwierdziłem.


-Niee, nie mogę bronić osób płci przeciwnej. A zresztą, nie było by takiej zabawy. –zachichotał się. –A teraz dobranoc Daniel. – Powiedział miłym głosem. „Dobranoc” powtórzyła płacząca dziewczyna... Usnąłem. 
-------------------------------------------------------

UWAGA!

Był bym bardzo wdzięczny, gdybyście komentowali każdy roździał jeśli go przeczytaliście, i pisali co o nim sądzicie. To na pewno by mnie zachęcało do szybszego pisania! Aha, i jeszcze jedno. Bardzo proszę żebyście się podpisywali za każdym razem, np. " *bla bla bla komentarz* /Podpis " Życzę wszystkim udanym wakacji , trochę śpóźnione życzenia , ale zawsze coś.
ps,taka czcionka lepsza?

sobota

8. Noc...



Stałem tak pod tą ścianą z piętnaście minut. W końcu wyszła. Wyglądała jak by nigdy nic. Spojrzała mi się w oczy, i spytała „Idziemy?”. Pokiwałem zdziwiony głową. Przed chwilą straciła ojca, a zachowywała się tak, jak by Jej to wcale nie ruszyło. Może miała powody? Zastanawiałem się nad tym, lecz nie za długo. Zebrałem wszystkich w jedno miejsce,Amber „podpierała” ścianę, ja stałem obok, a Alicja siedziała obok mnie.
-No... Ghostt... –Zacząłem. –To co? –Spytałem.
-Co, co? –Odpowiedział pytaniem Ghostt.
-No co dalej...
-Musimy znaleźć schronienie przed nocą. I na pewno nie tutaj; tutaj są same ruiny. Potrzebny solidny budynek. Nie za duży bo jest nas za mało na jakieś wielkie terytorium. Potem prowiant, jedzenie no i picie,sami wiecie.Jak na razie skupmy się na tym. A, o mało bym nie zapomniał. –Otrząsnął kieszenie w swoich bojówkach, i podał mi dwa magazynki od pistoletu. Spojrzałem się na Niego pytająco. –Aa, no tak.. –Wyjął zza paska pistolet, który nawet nie pamiętam jak straciłem. Podał mi go do ręki. –Przeszukaj trupy. Będziemy się kierować w tamtą stronę –Wskazał palcem kierunek w którym słońce zaraz miało się „schować” aby zapanowała totalna ciemność. – Prawdopodobnie nie zdążymy nawet Ci zniknąć z pola widzenia. Ale mimo wszystko, pośpiesz się.-Pokiwałem głową. Wyruszyli, a ja rozpocząłem przeszukiwania trupów. Trochę naboi, ale dosłownie garstka. „Zawsze coś” pomyślałem. Znalazłem też granat... Nie wiedziałem, czy go komuś oddać... Jednak zostawię go sobie. Skierowałem rękę w kierunku spodni aby schować gdzieś do jakieś kieszeni i... Uświadomiłem sobie że od czasu wyjścia z tamtego budynku w którym się obudziłem,cały czas bylem w tamtych szmatach. A były już zakrwawione lekko. I śmierdziały. Spojrzałem na martwych żołnierzy z pogardą. Zdjąłem mu desanty, które zastąpiły moje stare buty. Prawie takie same jak Ghostt’a, tylko bez metalowych części. Były lekkie, nie takie jak się spodziewałem.  Wzruszyłem ramionami, przyczepiłem granat do spodenek i wyruszyłem w stronę grupy. Pokazałem Ghosttowi co znalazłem, powiedział żebym zostawił to dla siebie. Zauważył też moje „nowe” buty, na ich widok uśmiechnął się. Musiałem komicznie wyglądać, chłopak w jakieś piżamie z szpitala w desantach. Co jakiś czas przepychaliśmy się z Alicją, tak jak by nic nigdy się nie stało, i właśnie byśmy szli do sklepu.
(...)
 Po godzinie drogi doszliśmy do jakieś dużej szkoły. Wiecie, budynek szkolny, sala gimnastyczna wielkości budynku głównego, dwa boiska. Nasz żołnierz się uśmiechnął.
-Ej nie. Przecież teren nie miał być za duży? –Powiedziała Amber.
-Przecież on nie jest duży... –Mówił patrząc się dalej na teren szkoły. Po chwili otworzył zieloną furtkę, i już szliśmy za nim w kierunku budynku szkolnego. Miał cały czas uśmiech na twarzy. Machał rękami, i podśpiewywał sobie coś pod nosem.Jedyne co usłyszałem, to zwrotkę którą powiedział dosyć głośno.
Broń do oka! cel i pal!
Niech bagnetów dźwięczy stal!”
 1
Słońce zaszło, i cały obszar opanowała totalna ciemność.Zdążyłem zobaczyć że uśmiech z ust Ghostt’a schodzi, a potem zapanowała ciemność, i cisza. Trwało to parę sekund, po tym usłyszałem jakiś syk. Przede mną teren rozjaśniała niebieska flara, a Ghostt włączył małą latarkę. „Szybko, do budynku”. Złapał Alicję za ramię żeby się nie zgubiła, a ja Amber. Byliśmy jakieś 3 metry od budynku, wystarczyło jeszcze tylko wejść po schodkach, i otworzyć drzwi. Było już tak blisko. Okrzyki zarażonych słyszałem za sobą,a po niebie latały jakieś stworzenia.Potwory? nawet miałem wrażenie że czuję ich śmierdzący oddech na sobie. Oddech wydobywany ze zniszczonego, zgniłego mięsa. Już miałem wrażenie, że mnie szarpią za ciuchy. Że mnie drapią pazurami. Nagle coś strasznie głośno krzyknęło, o mało nie oguchłem.. Dźwięk ten było słychać przez trzy sekundy, lecz w uszach odbijał mi się jeszcze przez jakiś czas. Jeszcze tylko jeden schodek! W tym momencie Amber potknęła się,i przewróciła turlając się z betonowych schodów na dół. Spojrzałem się na drzwi których Ghostt nie mógł otworzyć, i na leżącą Amber. Podbiegłem do Niej, i Ją podniosłem trzymając rękę pod jej kolanami, a drugą pod jej szyją.Wszedłem po schodach, na szczęście Ghostt’owi udało się drzwi otworzyć. Niestety musiał je wyważyć. Wbiegliśmy szybko wszyscy do środka, Ghostt złapał za jakąś wielką szafkę na buty która zakrywała pół ściany, i przesunął ją w stronę byłych drzwi.
-Nie przejdą? –Spytałem szybko oddychając
-Nie. –odetchnąłem z ulgą –Przez jakieś piętnaście minut.
-Co?! –Wykrzyknąłem wystraszony.
-Żartowałem, raczej nie przejdą. Ale nie krzyczcie ,bo ktoś tutaj może być. Zresztą sam zobacz –Wskazał pistoletem na świecącą się lampę naftową –ktoś tu musi być.-Wyjąłem pistolet, i doładowałem pół pusty magazynek. Zdawało mi się, żę był pełny.. Eh. Rzuciłem okiem na Amber, otworzyła oczy.
-Nic CI nie jest Amber? –Spytałem
-Nie nie... Wszystko jest okej,zemdlałam chyba, czy coś. –Powiedziała z lekkim przymuleniem.
-Okej okej. To moja wina, powinienem Cię mocniej trzymać. –Chciała mi zaprzeczyć, ale widocznie nie miała siły.
- - - - -
1 – Kawałek pieśni żołnierskiej „Marsz żołnierski” Z. Kraszewskiego.

wtorek

7. Po prostu siedem.



Za nim zobaczyłem Alicję prowadzoną przez takiego samego żołnierza, tylko bez tych okularów, i z ciemno zieloną chustą. Kazał Jej usiąść na kolanach na ziemi, tak też zrobiła. Ręce Jej założył za głowę, tak jak ja trzymałem. Wycelował Jej w tył głowy, a Ona zamknęła oczy. Cała się trzęsła. Hej, przecież nie mogę dać mu zabić Alicji, tak? Żołnierz przede mną jeszcze raz machnął mi karabinem przed twarzą , a kopnąłem go w nadgarstek tak mocno, że upuścił karabin. Drugie kopnięcie poleciało mu prosto na klatkę piersiową, krawędzią stopy. Szybko podniosłem karabin z ziemi, i wycelowałem w mężczyznę który celował do Alicji. Miałem go na celowniku, i nacisnąłem spust. Usłyszałem jakiś brzęk. Nie było amunicji , serio? Bez zastanowienia rzuciłem karabinem w żołnierza, stał może z 15 metrów ode mnie. Wszystko stało się tak szybko, że nie zdążył strzelić ani w Nią, ani we mnie. Karabin trafił mu prosto w twarz. Nie spodziewał się tego, w sumie ja też nie. Podbiegłem do przyjaciółki, zapominając o mężczyźnie w śmiesznych okularach. Złapał mnie za kostkę, i przewróciłem się na ziemię obok Niego. Przyciągnął mnie do siebie, i wycelował jakimś kamieniem w moją twarz. Lekko odsunąłem głowę , i uderzenie padło jakiś centymetr od mojego ucha. Złapałem jego rękę za nadgarstek, i przeturlałem Go po sobie, nie wiem po co, taki odruch. Znalazł się na plecach, a ja usiadłem na jego nogach, i złapałem Jego ręce (też za nadgarstki) i zgiąłęm tak mocno, że krzkynął z bólu. Myślałem, że już się nie ruszy, więc zluźniłem chwyt. Myliłem się, przeciwnik uwolnił się, i zrzucił mnie z siebie. Teraz Leżałem na plecach, uderzyłem głową o jakiś kawałek odłamku ściany, próbowałem wstać ale nie potrafiłem. Podszedł do mnie, i wziął zamach nożem, żeby wbić mi go gdzieś pod szyję.Zamknąłem oczy, byłem pewny że to koniec. Za mną usłyszałem strzał, a krew oblała mi twarz i kawałek podkoszulki, która  była już całkowicie ujebana. Nade mną pochyliła się roztrzęsiona Alicja.
-Ż...żyjesz? – Zająkała się.
-Chyba tak...-Spróbowałem się jakoś uśmiechnąć, ale chyba wyglądałem jak debil. –Nic Ci nie jest? –Spytałem.
-Niee...A Tobie?
-Jak widać jestem cały i zdrowy, tylko... –Tylko nie mogę wstać, pomyślałem. Ale nie powiem Jej tego, bo pomyśli że to coś poważnego. –Tylko jest tutaj bardzo wygodnie.-Powiedziałem, po czym doszedłęm do wniosku że gorszego wytłumaczenia nie mogłem wymyślić. –A, i tak w ogóle to dziękuję, uratowałaś mi życie w końcu, nie? – Powiedziałem uśmiechając się, teraz mi się udało.
-Nic takiego.-Odwzajemniła uśmiech, choć dalej była przestraszona tym wszystkim. Widziałem strach w jej oczach. Cała się trzęsła. Podjąłem próbę wstania, nie udało się. Spróbowałęm jeszcze raz, tym razem położyłem się na bok, i wstałem . Udało się. Głowa mnie dalej bolała... Złapałem Alicję za jej delikatną dłoń. „Już dobrze” Wyszeptałem. Chyba chciała się do mnie przytulić, ale z pokoju gdzie zostawiłem Amber, Jej ojca, i Ghostt’a , wybiegł... Ghostt.
-Gdzie Oni kurwa są? Zajebę ich! –Wykrzyczał Ghostt. Rozejrzał się, i zobaczył trupa, i żołnierza zwijającego się z bólu na ziemi. Kurde, o nim też zapomniałem. –Co tu się kurwa stało?... –Powiedział Ghostt powoli, jak by nie wierzył w to co widzi. Podszedł do żołnierza w huście, który leżał na ziemi. Spojrzał się na Niego, wyjął nóż, i podciął mu gardło. Tak po prostu. Na szczęście zdążyłem przytulić Alicję tak, żeby tego nie zauważyła. Wiem, że nie jest już dzieckiem, i przed chwilą zabiła człowieka, ale nie chciałbym żeby to widziała. W końcu jest dziewczyną. „Muszę pogadać z Ghostt’em, przepraszam” Powiedziałem do Alicji, i podszedłem do Ghostta. –Co jesteś taki zdenerwowany?... –Powiedziałem tak cicho, żeby tylko On usłyszał.
-Serio kurwa? „Przespałem” całą walkę... –Prawie wykrzyczał.
-Byłeś nie przytomny, nie twoja wina. –Przerwałem mu.
-Może i tak, ale ojciec tej dziewczyny nie żyje. –Powiedział, już się chyba uspokoił. Dosyć szybko, ja bym czekał z pół godziny.
-Co ? Jak?... –Spytałem lekko zdenerwowany.
-Nabój mu przeszedł przez ucho... Straszny widok, jego córka, Amper, czy jakos tak na wszystko patrzyła. –Szybko w tym momencie odbiegłem od nich, i wbiegłem do pomieszczenia, gdzie siedziała Amber z zakrwawionymi rękami. Na ziemi leżał Jej ojciec. Na ścianie rozprysła się krew jak dostał, kurwa... Stałem w progu. Odwróciła się w moją stronę, płakała. „Wyjdź” powiedziała po cichu. Otworzyłem usta żeby coś powiedzieć, ale powtórzyła, tym razem krzykiem. „Okej...”. Stanąłem na zewnątrz, i usiadłem.

6. Cholerni rebelianci



Chwilę po wydaniu rozkazu , usłyszałem w powietrzu świst kul. „Padnij!” krzyknął ktoś. Strzelali do nas chyba z każdej strony, oprócz południa, tam był nasz budynek. Jakiś nabój przeleciał mi centralnie przed oczami. Chciałem wyciągnąć karabin, lecz nie maiłem go w rękach, ani na plecach. Cholera, gdzie ja Go zostawiłem? -Do środka!-Krzyknąłem głośniej od wystrzałów karabinów. Amber wraz z Ojcem wbiegli do środka, a ja zaraz za nimi. Dziewczyna stanęła na ugiętych kolanach przy wyjściu z budynku, lecz nie wychylała się. Stanąłęm po drugiej stronie stojąc prawie tak samo jak Ona, może miałem trochę niżej kolana. Rozejrzałem się po budynku, Ghostt; nie przytomny, ale jest. Amber z ojcem są... Gdzie jest Alicja? Nie było Jej w budynku. Wychliłem się, i rozejrzałem. Z lewej zobaczyłem dwóch żołnierzy z bronią, którzy celowali centralnie we mnie. Szybko schowalem głowę, a kula wystrzelona przez żołnierza odłamała kawałek futryny drzwi. Nastała znów cisza, bez odgłosów strzałów. Alicja musiała być gdzieś za wejściem, przecież nie mogła się za daleko oddalić. Przecież dosłownie przed chwilą siedziałem z Nią w tym budynku. Podszedłem, a w sumie podbiegłem do nie przytomnego Ghostt’a, i wyjąłem z Jego kabury pistolet, sprawdziłem magazynek, pełny. 15 naboi. -Glock.-powiedział cicho ojciec Amber patrząc się na pistolet. -Słucham?-Spytałem z ciekawością. -Glock, pistolet. –Właśnie w tej chwili zrozumiałem, jak mało się na tym znam. Trochę się zawstydziłem swoja nie wiedzą. „Chyba strzelić z tego będę umiał” pomyślałem. Podniosłem pistolet w kierunku drzwi z celownikiem wycelowanym przed siebie. Myślę, że gdyby nie to że bałem się że Alicji coś się stanie, to bym się nawet nie wychylił. Wybiegłem z pomieszczenia, a napastnicy nie mal w tej samej chwili zaczeli strzelać, wylądowalem pod ostrzałem parunastu ludzi. Szybko podbiegłem do jakieś palety metalowej opartej na drzwie, i przycisnąłem się plecami do Niej. Mam nadzieję, że wytrzyma trochę. -Alicja!-Krzkynąłem, lecz nie dostałem odpowiedzi. Rozejrzałem się, lewa, prawa, jedyne co zobaczyłem to jakiś paru ludzi którzy do mnie strzelali , i chyba chcieli mnie zabić. Tacy już są ludzie. Rozejrzałem się po raz kolejny, przecież kurwa mać nie mogła zniknąć... Kawałek metalu z osłony za którą się schowałem odpadł. Zaraz całe się rozpieprzy.Odsunąłem się od dziury w osłonie, i poczułem jak coś mi się wgniata w udo, w celu zobaczeniu co to jest podniosłem swoją nogę. Leżał tam granat. Wziąłęm go do ręki, i dokładnie obejrzałem. Był czarny, lecz gładki. Zawsze myślałem że granaty mają jakieś dziwne kształty, i są ciężkie. Wręcz przeciwnie, był lekki. Spojrzałem na zawleczkę, srebrny błyszczący się „pierścień”. Po boku miał jakiś dziwny kawałek metalu, nie wiem jak to się nazywa, ani jak to można opisać słowami. Bez zastanowienia przycisnąłem kawał tego metalu, i wyjąłem zawleczkę. Odczekałem z dwie sekundy, i nie zważając na ostrzał wychyliłem się, i rzuciłem zwalniając kawałek metalu w miejsce skąd było widać najwięcej błysków, chyba był tam jakiś karabin maszynowy. Zatkałem uszy, i zamknąłem na chwilę oczy, sam nie wiem czemu. Tak mocno przycisnałęm dłonie do uszu że nie słyszałem nawet wybuchu.W końcu odsunąłem dłonie od uszu i otworzyłem oczy żeby zobaczyć jaka jest sytuacja. Dopiero teraz się zaczałem zastanawiać skąd wiedziałem jak odpalić granat. Intuicja? Może. A może kiedyś już to robiłem? Niee, na pewno nie byłem żołnierzem, przecież mam tylko 16 lat, a może 17. Sam nie wiem.. Ewentualnie 18. Rozejrzałem się po polu , cisza. Karabin maszynowy już nie strzelał. Wziąłem głęboki oddech, i wybiegłem zza osłony w kierunku miejsca skąd padały strzały. A przynajmiej jednego z nich. Jednak reszta nie uciekła, ani nie została zabita odłamkami. Po raz kolejny rozpoczęła ostrzał, teraz tylko trochę słabszy. Kule trafiały w beton po którym biegłem, i robiły w nim dziury, przez co również tworzyło się dużo kurzu. Ze ścianami ruin tak samo, jedna wielka masakra. A do tego, że karabiny były tak głośne dalej się nie przyzwyczaiłem. Chyba właśnie to nazywają piekłem... Wślizgnąłem się w jakiś zniszczony, podziurawiony budynek w który wcześniej wrzuciłem granat, i szybko się położyłem, a właściwie rzuciłem na ziemię tyłem do miejsca skąd strzelali. Trzymałem ręce na głowie, i leżałem tak czekając aż to wszystko się skończy. Chciałem w końcu znaleźć Alice.I szczerze mówiąc, chciałem Ją mocno przytulić.Ostrzał w końcu ustał. Odważyłem się w końcu lekko podnieść głowę, i zdjąć dłonie z swojej głowy. Była zupełna cisza. Może im się amunicja skończyła? Albo uznali mnie za trupa w którego władowali magazynek naboi i zaraz tutaj przyjdą? Znajdowałem się w szarym pomieszczeniu na którego suficie bujała się żarówka na kablu. Pomieszczenie było w kształcie trójkąta. W jednym z „ramion” pokoju była dziura, skąd strzelał karabin, wrzuciłem granat, oraz w końcu wszedłem tutaj. W ścianie obok znajdowały się drzwi z drewna, czarne, całe porysowane. Jeśli chodzi o stan wizualny, były zmasakrowane. Obok drzwi stała duża szafa, od podłogi do sufitu. Też była cała zakurzona, a dwie rączki służące do otwierania, były obwiązane łańcuchem, a wszystko blokowała kłódka. Ciekawość zaczęła mnie zżerać co się w środku znajduje. Na pewno nie Alicja. Chodziaż w sumie po tym wszystkim co tutaj zdążyłem doświadczyć przez ten krótki czas, to nawet to by mnie nie ździwiło. Prawie bym zapomniał, że przed chwilą do mnie strzelali. Odwróciłem się do dziury w ścianie. Stał tam człowiek z karabinem wycelowanym prosto we mnie. Na głowie miał metalowy hełm, z dziurą po lewej stronie,i przywiązanym asem. Na oczach miał jakieś okulary przeciw słoneczne.Wyglądało to komicznie, i wyśmiał bym go, gdybym to ja celował w niego. Mundur taki jak rebelianci, niczym się nie różnił.
-No wstawaj. Nie mam całego dnia. –Machnął ręką, nakazując gestem mi wstać. Wstałem z rękami za głową. 
(Przepraszam że tak mało, szkoła, poprawianie ocen, ale już nie długo wakacje i trochę wolnego czasu, jakoś to wynagrodzę!)

poniedziałek

5. Amber



-No, pokaż te plecy... –Powiedziałem cicho do Alicji. Odwróciła się, a ja zdjąłem swoją podkoszulkę i poprosiłem Ją żeby założyła Ją, a ja się odwróciłem, i czekałem aż się przebierze. „Już” – Powiedziała, po czym się odwróciłem znów w Jej stronę. Było mi strasznie zimno. Spojrzałem się na swój brzuch, dalej miałem tam tamten odłamek...  Prawie o nim zapomniałem. Podszedłem do zabitego żołnierza, i wyjąłem jakąś buteleczkę. Alkochol. Wstałem, i ruszyłem ku dziewczynie.
-To będzie bolało... –Powiedziałem. Przytaknęła, przełykając ślinę. Wylałem trochę na Jej pokaleczone blade plecy. Zaczęła się trzęść, lecz nie mówiła że coś Ją szczypie. Zdjąłem mundur żołnierza, i podarłem Jego podkoszulkę na pół, aby zrobić opatrunek. Zawiązałem  amatorski opatrunek na plecach Alicji. Podczas wiązania go, usłyszałem dźwięk jakieś dziewczyny. A może raczej krzyk wydany ze strachu. Nie znałem Jej. A przynajmniej nie kojarzyłem głosu. Powiedziałem szybko „Poczekaj chwilę, sprawdzę co się tam dzieje” , podniosłem karabin który zostawiłem przy czarnowłosej dziewczynie i wybiegłem z pomieszczenia z karabinem opartym na ramieniu.Przy ciele żołnierza który wcześniej chciał nie uderzyć pięścią, stało to samo coś, co zobaczyłem wcześniej przy Alicji, oraz to co zabrało Ghostt’a. Tylko że na prawej ręce miało sierp, a na lewej jakiś sztylet. Raz drapało ciało sierpem, a raz wbiało ostry sztylet w brzuch. Przecież On był już martwy! Po co on to robił? Nie robił sobie nic z mojej obecności, chyba mnie nie widział. Dopiero teraz dostrzegłem dziewczynę jakieś dwa metry za potworem, gapiąc się pustym wzrokiem jak to coś pożera wcześniej obezwładnionego przezemnie żołnierza. Szatynka, z dużymi  niebieskimi, lub szarymi oczami. Włosy sięgały Jej do za szyję.Delikatna cera. Wzrot około 165, czyli trochę niższa ode mnie.Na oko daje nie więcej niż 16 lat. Dopiero po paru minutach Jej wzrok znalazł się na mnie.
-Zabijesz Go, czy będziesz się tak patrzył na niego?-Spytała spokojnie dziewczyna. Bez żadnych emocji, co mnie zupełnie zatkało. Przecież dziewczyny w takich sytuacjach, to sikają ze strachu... Nie wiedziałem co powiedzieć, więc podniosłem swój karabin, wycelowałem w potwora, i  skierowałem serię naboi w jego głowę. Trafiłem!-Tak lepiej. –Powiedziała, po czym podeszła bliżej. –Ojej!-Krzyknęła. –Gdzie moje maniery? Jestem Amber. –Podała mi rękę. Patrzyłem się na Nią cały czas. –Teraz, Ty mi podajesz rękę, uściskujesz moją dłoń, i przedstawiasz się. – Powiedziała po cichu jak do małego dziecka. Jejku, chyba nigdy nie spotkałem kogoś takiego. Myślę że na pewno nawet jak bym pamiętał wszystkie osoby z przeszłości, to i tak bym nie znalazł kogoś takiego. Szybko uscisnąłem Jej dłoń.
-Nazywam się Daniel. Daniel... Ronestly? –Powiedziałem , a w moim głosie było słychać raczej pytanie niż stwierdzenie. Teraz trochę dziewczyna się ździwiła. Chłopak który pyta o swoje nazwisko? No nie źle. Nie wiedziałem, czy pytać o Ghostt’a, czy da się jeszcze zrobić coś, żeby Alicja nie czuła bólu,bo jak wiadomo, takie zadrpania na pewno bolą.
-Masz może jakieś leki przeciw bólowe?-Spytałem mówiąc tak szybko, że musiałem potwórzyc dwa razy żeby zrozumiała.
-Taa... Mam przy sobie paczkę jakiegoś przeciw bólowego świnstwa. –Odpowiedziała . –Możesz już opuścić ten karabin. –Dopiero terazzauważyłem,że trzymam cały czas karabin na ramieniu. Szybko Go opuściłem.
-Mogła byś dać mi te leki? Moja przyjaciółka jest ranna...
-Pf, nic za darmo. –Parsknęła Amber.
-To co mam zrobić? –Spytałem z ciekawością i poirytowaniem.
-Ci żołnierze, zabrali mojego starszego brata. Ty uwolnisz Jego, ja dam Ci leki. –Powiedziała cały czas patrząc mi się w oczy. Nie wiem czemu, ale to było straszne. Zgodziłem się. W końcu, mogli tam też trzymać Ghostt’a. Nie spytałem nawet o to, czy jest ich tam dużo, tylko czy jest to daleko.  Czas był najważniejszy.
-Daleko Go zabrali?
-Dwie ulice stąd. –Przytaknąłem. Podniosłem jakiś magazynek z ziemi, i sprawdziłem ile ma naboi. Koło 25, czyli połowa magazynka. Tak, ten karabin miał bardzo pojemny magazynek. Ale naboje jednak były bardzo małe, plusem było to , że były ostre. Poprosiłem Ją, aby zaprowadziła mnie do miejsca gdzie przetrzymują Jej ojca.Po 15 miunotowym marszu przez zruinowane budynki, doszliśmy na jakieś wzgórze.To znaczy, cały czas byliśmy na wzgórzu z zruinowanymi budynkami, i ulicami, a tutaj jest koniec wzgórza, taka przepaść na jakieś 10-15 metrów w dół. Miasto w dole nie było takie zniszczone, jak to. Przynajmniej ruina tam, to jeden budynek na dziesięć, a nie co trzeci. Wyglądało nawet ładnie. Niektóre domki były pomalowane, farba z nich jeszcze nie zeszła. Barykad w oknach też nie było, tylko byly po prostu powybijane. Dopiero po chwili stania tutaj dostrzegłem po swojej prawej walizkę.
-Otwórz, może Ci się przydać. To w sumie jakiegoś żołnierza, ale i tak już pewnie nie żyje. –Powiedziała Amber, patrząc się na miasto. Tak też zrobiłem, jak kazała.W środku ukazały mi się części czegoś, nie wiem co to było.Jakaś latarka, albo laser. I kamizelka taktyczna. Wyjąłem części czegoś co było trzeba złożyć. Był to karabin wyborowy,wystarczyło się przyjrzeć. „Dodatkiem” była luneta . Postarałem się to złożyć tak jak potrafiłem, co najlepsze, wyszło mi za pierwszym razem. Tylko dalej nie za bardzo wiedziałem do czego służy ta latarka , lub co to było. Spytałem się Amber.
-Huh, na prawdę nie wiesz? –Parsknęła. –To taki laser, który ma zasięg do okoła tysiąca metrów. Gdy gdzieś nacelujesz, to On pokazuje ile metrów dalej jest obiekt który podświetlasz. Na tym małym monitoreczku pokazuje też wiatr w którą stronę wieje, i jak mocno. Przyda Ci sie przy strzelaniu. Budynek w którym jest uwięziony mój ojciec, to tamten czerwony –Wskazała palcem duży czerwony dom, zabarykadowany. –Możesz pozabijać żołnierzy z daleka, sama chciałam to zrobić, ale nie znam si na tym. – Myślę, że jak by wiedziała że ja się również nei znam, nie zaproponowała by mi tego. No dobra, doczepiłem jeszcze tłumik, i wycelowałem lunetą do zabarykadowanego okna, z małą dziurą, w której było widać przez lunetę czyjeś oczy. Nakierowałem tam laserkiem. Trzysta metrów. No, może odrobinkę więcej. Położyłem się, i nacelowałem między dwa „światełka”. Na kreskach zaznaczonych w celowniku które szły po 100 metrów, aż do 500, wybrałem liczbę zbliżoną do odległości wroga. Na wiatr nie patrzyłem, bo prawie wcale Go nie było. Nacisnąłem na spust. Patrzyłem się na cel z sekundę, a On nic. Teoretycznie huk strzału usłyszałem, ale może nie wystrzelił? Jednak po chwili doleciał pocisk, i trafił. Oczy „Zgasły” z barykady. Drugi stał przy wejściu, idealnie obok trzeciego. Oddałem mierzony strzał, i pocisk przebił dwóch na raz. Kurde,  spodobało mi się to. Uśmiechnąłem się psychopatycznie, i zacząłem poszukiwać czwartego. Wybiegł z domu, poczekałem aż przystanie w miejscu, bo inaczej nie miał bym żadnych szans na trafienie. Za mną usłyszłaem jakieś kroki; nie przejąłem się tym. Czwarty zołnierz przykucnął przy jednym ze swoich przyjaciół, a ja oddałem strzał. Nie widziałem ani razu gdzie trafiłem, lecz osuwali się martwi na ziemię, więc chyba nie było źle. Mam nadzieję że to nie ze śmiechu.Oddałem karabin dziewczynie. „W razie czego, osłaniaj mnie. Ja idę po Twojego ojca.” Powiedziałem, po czym wróciłem do swojego karabinu. A właściwie, to nie mojego, bo Go zabrałem martwemu żołnierzowi.Pobiegłem w stronę domu z karabinem trzymanym w górze.Niby tylko trzysta metrów, a jak się zmęczyłem... Będę musiał sobie kondycje wyrobić. Zdyszany podszedłem do wyważonych, zakrwawionych czarnych drzwi. Oby dwaj żołnierze dostali w czaszki... Wziąłem jakąś latarkę jednego z ich karabinów, i zamontowałem na swój. „Cholera, zapomniałem kamizelki!” pomyślałem. Dam sobie radę bez niej... Włączyłem źródło światła na karabinie, i wszedłem w ciemne pomieszczenie. W salonie na stole leżał ktoś przywiązany na stole, z poderżniętym gardłem. Cały stół był zakrwawiony. Co najlepsze, dalej krwawił. Musieli to zrobić nie dawno. Wszedłem do jakieś sypialni, w której był totalny burdel. Ghostt był przywiązany rękami do grzejnika.Leżał na podłodze. Martwy... Albo stracił przytomność. Podbiegłem szybko do Niego, rzucając karabin na ziemię. Sprawdziłem serce. Biło! Ghostt żyje. Od wejścia usłyszałem jakiś huk. Do pokoju wbiegł zarażony, nie ten potwór. Chodzi mi o tego, który wygląda jak człowiek, między innymi tego przez którego straciłem przytomność. Chciałem do Niego strzelić, ale zapomniałem że rzuciłem karabin na ziemię. Jezu, jaki ja jestem głupi. Wstałem, i przesuwałem się bokiem cały czas w kierunku stołu z różnymi rzeczami patrząc się na stojącego w ciemnościach potwora. Stał obok karabinu. Gdy doszedłem do stołu,chwyciłem za jakąś statuetkę, i rzuciłem w zarażonego. Niestety nie trafiłem w twarz, i nie rozłupałem mu czaszki, lecz lekko zarysowałem klatkę piersiową. Tylko Go zdenerwowałem. Podbiegł do mnie, a ja osunąłem się z jego toru biegu, i popchnąłem Go w stronę ściany z taką mocą, że przebił się do drugiego pokoju. Stamtąd wybiegł  jakiś siwy facet, w podeszłym wieku. Wyglądał jak jakiś naukowiec. Ta fryzura jak by przed chwilą w niego piorun uderzył, i te okrągłe okulary.
-Nie zab...nie zabijesz mnie, praprawda?-Spytał jąkając się męzczyzna.
-Nie mam takiego zamiaru. Pan jest ojcem Amber?
-Ach, Amber! Tak, jestem Jej ojcem. –Uśmiechnął się. Poprosiłem Go, aby szedł za mną,a Ghostt’a wziąłem na ramię. To wszystko co miał na sobie, czyli kamizelka, mundur, te buty, to wszystko serio bylo ciężkie. Doszliśmy z ojcem Amber na wzgórze;  o wiele łatwiej było stamtąd zbiec samemu, niż wejść z żołnierzem na ramieniu. Byłem cały spocony, a włosy przyklejały mi się do twarzy. Spojrzałem na Amber, zrozumiała o co chodziło, i szybko wyjęła pudełeczko z lekami. Wziąłem Je, i schowałem do kieszeni.
-Em... No wiesz... -Zaczęła dziewczyna. -Możemy porozmawiać na osobności? -Pokiwałem głową, i położyłem Ghostt'a na ziemi obok ojca dziewczyny, i odszedłęm w jakiś mały kącik. 
-Nie mamy żadnej grupy, mój ojciec jest w podeszłym wieku... Nie bedziemy was zwalniać, obiecuję że będziemy wam pomagać. W czym tylko będziemy mogli -Mówiła dziewczyna. 
-Okej okej, dobra. -Odpowiedziałem. Amber się uśmiechnęła. -Tylko pomóżcie mi Ghostt'a nieść... Bo ciężki jest -Odwzajemniłem uśmiech. Ona poszła do Jej ojca, przekazać nowinę. Nie wiedziałem czy to był dobry pomysł,w końcu ten gość miał koło 50-60 lat... 
-Dobra, idziemy? -Spytałem. Wszyscy kiwneli głowami. Ja wziąłem z ojcem Amber Ghostt'a na ramię, i nieśliśmy Go do miejsca, gdzie zostawiłem Alicję. Po drodze widzieliśmy parę zarażonych, ale nie zwrócili na nas uwagi. Byliśmy już przed wejściem, było strasznie cicho. Zostawiłem Ghostt'a, i resztę przy wejściu, a ja wszedłem do pokoju z karabinem. Uff. Siedziała tam gdzie Ją zostawiłą, nigdzie nie poszła. Szybko wstała, podbiegła do mnie, a ja Ją przytuliłem. "Stęskniłam się" wyszeptała.
-Ja też. -Powiedziałem, po czym uśmiechnąłem się. Odwzajemniła mój uśmiech. "Możemy już wejść Daniel?" usłyszałem zza drzwi. -A właśnie. Mamy dwójkę nowych w grupie, Amber, i Jej ojca.-Pokiwała głową, że rozumie. -Wchodźcie, i wnieście Ghostt'a.-Alicja spojrzała się na mnie.
-Ghostta?-Spytała, a nie mal wykrzyknęła.
-Taak. Trzymali Go tam gdzie ojca. - Powiedziałem, po czym Jej o wszystkim opowiedziałem. Dużo tego nie było. Spotkałem, zabiłem, wróciłem. tak w skrócie. Położyliśmy Ghostt'a na ziemi. 
-Dobra, Amber. Pozbierajcie jakieś kawałki drewna, i coś czym było by można rozpalić ognisko. Musimy ogrzać naszego chłopaka. A, weź ze sobą ojca. Jak coś , to krzyczcie, będę opiekował się Alicją i Ghostt'em. -Pokiwała głową.