wtorek

6. Cholerni rebelianci



Chwilę po wydaniu rozkazu , usłyszałem w powietrzu świst kul. „Padnij!” krzyknął ktoś. Strzelali do nas chyba z każdej strony, oprócz południa, tam był nasz budynek. Jakiś nabój przeleciał mi centralnie przed oczami. Chciałem wyciągnąć karabin, lecz nie maiłem go w rękach, ani na plecach. Cholera, gdzie ja Go zostawiłem? -Do środka!-Krzyknąłem głośniej od wystrzałów karabinów. Amber wraz z Ojcem wbiegli do środka, a ja zaraz za nimi. Dziewczyna stanęła na ugiętych kolanach przy wyjściu z budynku, lecz nie wychylała się. Stanąłęm po drugiej stronie stojąc prawie tak samo jak Ona, może miałem trochę niżej kolana. Rozejrzałem się po budynku, Ghostt; nie przytomny, ale jest. Amber z ojcem są... Gdzie jest Alicja? Nie było Jej w budynku. Wychliłem się, i rozejrzałem. Z lewej zobaczyłem dwóch żołnierzy z bronią, którzy celowali centralnie we mnie. Szybko schowalem głowę, a kula wystrzelona przez żołnierza odłamała kawałek futryny drzwi. Nastała znów cisza, bez odgłosów strzałów. Alicja musiała być gdzieś za wejściem, przecież nie mogła się za daleko oddalić. Przecież dosłownie przed chwilą siedziałem z Nią w tym budynku. Podszedłem, a w sumie podbiegłem do nie przytomnego Ghostt’a, i wyjąłem z Jego kabury pistolet, sprawdziłem magazynek, pełny. 15 naboi. -Glock.-powiedział cicho ojciec Amber patrząc się na pistolet. -Słucham?-Spytałem z ciekawością. -Glock, pistolet. –Właśnie w tej chwili zrozumiałem, jak mało się na tym znam. Trochę się zawstydziłem swoja nie wiedzą. „Chyba strzelić z tego będę umiał” pomyślałem. Podniosłem pistolet w kierunku drzwi z celownikiem wycelowanym przed siebie. Myślę, że gdyby nie to że bałem się że Alicji coś się stanie, to bym się nawet nie wychylił. Wybiegłem z pomieszczenia, a napastnicy nie mal w tej samej chwili zaczeli strzelać, wylądowalem pod ostrzałem parunastu ludzi. Szybko podbiegłem do jakieś palety metalowej opartej na drzwie, i przycisnąłem się plecami do Niej. Mam nadzieję, że wytrzyma trochę. -Alicja!-Krzkynąłem, lecz nie dostałem odpowiedzi. Rozejrzałem się, lewa, prawa, jedyne co zobaczyłem to jakiś paru ludzi którzy do mnie strzelali , i chyba chcieli mnie zabić. Tacy już są ludzie. Rozejrzałem się po raz kolejny, przecież kurwa mać nie mogła zniknąć... Kawałek metalu z osłony za którą się schowałem odpadł. Zaraz całe się rozpieprzy.Odsunąłem się od dziury w osłonie, i poczułem jak coś mi się wgniata w udo, w celu zobaczeniu co to jest podniosłem swoją nogę. Leżał tam granat. Wziąłęm go do ręki, i dokładnie obejrzałem. Był czarny, lecz gładki. Zawsze myślałem że granaty mają jakieś dziwne kształty, i są ciężkie. Wręcz przeciwnie, był lekki. Spojrzałem na zawleczkę, srebrny błyszczący się „pierścień”. Po boku miał jakiś dziwny kawałek metalu, nie wiem jak to się nazywa, ani jak to można opisać słowami. Bez zastanowienia przycisnąłem kawał tego metalu, i wyjąłem zawleczkę. Odczekałem z dwie sekundy, i nie zważając na ostrzał wychyliłem się, i rzuciłem zwalniając kawałek metalu w miejsce skąd było widać najwięcej błysków, chyba był tam jakiś karabin maszynowy. Zatkałem uszy, i zamknąłem na chwilę oczy, sam nie wiem czemu. Tak mocno przycisnałęm dłonie do uszu że nie słyszałem nawet wybuchu.W końcu odsunąłem dłonie od uszu i otworzyłem oczy żeby zobaczyć jaka jest sytuacja. Dopiero teraz się zaczałem zastanawiać skąd wiedziałem jak odpalić granat. Intuicja? Może. A może kiedyś już to robiłem? Niee, na pewno nie byłem żołnierzem, przecież mam tylko 16 lat, a może 17. Sam nie wiem.. Ewentualnie 18. Rozejrzałem się po polu , cisza. Karabin maszynowy już nie strzelał. Wziąłem głęboki oddech, i wybiegłem zza osłony w kierunku miejsca skąd padały strzały. A przynajmiej jednego z nich. Jednak reszta nie uciekła, ani nie została zabita odłamkami. Po raz kolejny rozpoczęła ostrzał, teraz tylko trochę słabszy. Kule trafiały w beton po którym biegłem, i robiły w nim dziury, przez co również tworzyło się dużo kurzu. Ze ścianami ruin tak samo, jedna wielka masakra. A do tego, że karabiny były tak głośne dalej się nie przyzwyczaiłem. Chyba właśnie to nazywają piekłem... Wślizgnąłem się w jakiś zniszczony, podziurawiony budynek w który wcześniej wrzuciłem granat, i szybko się położyłem, a właściwie rzuciłem na ziemię tyłem do miejsca skąd strzelali. Trzymałem ręce na głowie, i leżałem tak czekając aż to wszystko się skończy. Chciałem w końcu znaleźć Alice.I szczerze mówiąc, chciałem Ją mocno przytulić.Ostrzał w końcu ustał. Odważyłem się w końcu lekko podnieść głowę, i zdjąć dłonie z swojej głowy. Była zupełna cisza. Może im się amunicja skończyła? Albo uznali mnie za trupa w którego władowali magazynek naboi i zaraz tutaj przyjdą? Znajdowałem się w szarym pomieszczeniu na którego suficie bujała się żarówka na kablu. Pomieszczenie było w kształcie trójkąta. W jednym z „ramion” pokoju była dziura, skąd strzelał karabin, wrzuciłem granat, oraz w końcu wszedłem tutaj. W ścianie obok znajdowały się drzwi z drewna, czarne, całe porysowane. Jeśli chodzi o stan wizualny, były zmasakrowane. Obok drzwi stała duża szafa, od podłogi do sufitu. Też była cała zakurzona, a dwie rączki służące do otwierania, były obwiązane łańcuchem, a wszystko blokowała kłódka. Ciekawość zaczęła mnie zżerać co się w środku znajduje. Na pewno nie Alicja. Chodziaż w sumie po tym wszystkim co tutaj zdążyłem doświadczyć przez ten krótki czas, to nawet to by mnie nie ździwiło. Prawie bym zapomniał, że przed chwilą do mnie strzelali. Odwróciłem się do dziury w ścianie. Stał tam człowiek z karabinem wycelowanym prosto we mnie. Na głowie miał metalowy hełm, z dziurą po lewej stronie,i przywiązanym asem. Na oczach miał jakieś okulary przeciw słoneczne.Wyglądało to komicznie, i wyśmiał bym go, gdybym to ja celował w niego. Mundur taki jak rebelianci, niczym się nie różnił.
-No wstawaj. Nie mam całego dnia. –Machnął ręką, nakazując gestem mi wstać. Wstałem z rękami za głową. 
(Przepraszam że tak mało, szkoła, poprawianie ocen, ale już nie długo wakacje i trochę wolnego czasu, jakoś to wynagrodzę!)

poniedziałek

5. Amber



-No, pokaż te plecy... –Powiedziałem cicho do Alicji. Odwróciła się, a ja zdjąłem swoją podkoszulkę i poprosiłem Ją żeby założyła Ją, a ja się odwróciłem, i czekałem aż się przebierze. „Już” – Powiedziała, po czym się odwróciłem znów w Jej stronę. Było mi strasznie zimno. Spojrzałem się na swój brzuch, dalej miałem tam tamten odłamek...  Prawie o nim zapomniałem. Podszedłem do zabitego żołnierza, i wyjąłem jakąś buteleczkę. Alkochol. Wstałem, i ruszyłem ku dziewczynie.
-To będzie bolało... –Powiedziałem. Przytaknęła, przełykając ślinę. Wylałem trochę na Jej pokaleczone blade plecy. Zaczęła się trzęść, lecz nie mówiła że coś Ją szczypie. Zdjąłem mundur żołnierza, i podarłem Jego podkoszulkę na pół, aby zrobić opatrunek. Zawiązałem  amatorski opatrunek na plecach Alicji. Podczas wiązania go, usłyszałem dźwięk jakieś dziewczyny. A może raczej krzyk wydany ze strachu. Nie znałem Jej. A przynajmniej nie kojarzyłem głosu. Powiedziałem szybko „Poczekaj chwilę, sprawdzę co się tam dzieje” , podniosłem karabin który zostawiłem przy czarnowłosej dziewczynie i wybiegłem z pomieszczenia z karabinem opartym na ramieniu.Przy ciele żołnierza który wcześniej chciał nie uderzyć pięścią, stało to samo coś, co zobaczyłem wcześniej przy Alicji, oraz to co zabrało Ghostt’a. Tylko że na prawej ręce miało sierp, a na lewej jakiś sztylet. Raz drapało ciało sierpem, a raz wbiało ostry sztylet w brzuch. Przecież On był już martwy! Po co on to robił? Nie robił sobie nic z mojej obecności, chyba mnie nie widział. Dopiero teraz dostrzegłem dziewczynę jakieś dwa metry za potworem, gapiąc się pustym wzrokiem jak to coś pożera wcześniej obezwładnionego przezemnie żołnierza. Szatynka, z dużymi  niebieskimi, lub szarymi oczami. Włosy sięgały Jej do za szyję.Delikatna cera. Wzrot około 165, czyli trochę niższa ode mnie.Na oko daje nie więcej niż 16 lat. Dopiero po paru minutach Jej wzrok znalazł się na mnie.
-Zabijesz Go, czy będziesz się tak patrzył na niego?-Spytała spokojnie dziewczyna. Bez żadnych emocji, co mnie zupełnie zatkało. Przecież dziewczyny w takich sytuacjach, to sikają ze strachu... Nie wiedziałem co powiedzieć, więc podniosłem swój karabin, wycelowałem w potwora, i  skierowałem serię naboi w jego głowę. Trafiłem!-Tak lepiej. –Powiedziała, po czym podeszła bliżej. –Ojej!-Krzyknęła. –Gdzie moje maniery? Jestem Amber. –Podała mi rękę. Patrzyłem się na Nią cały czas. –Teraz, Ty mi podajesz rękę, uściskujesz moją dłoń, i przedstawiasz się. – Powiedziała po cichu jak do małego dziecka. Jejku, chyba nigdy nie spotkałem kogoś takiego. Myślę że na pewno nawet jak bym pamiętał wszystkie osoby z przeszłości, to i tak bym nie znalazł kogoś takiego. Szybko uscisnąłem Jej dłoń.
-Nazywam się Daniel. Daniel... Ronestly? –Powiedziałem , a w moim głosie było słychać raczej pytanie niż stwierdzenie. Teraz trochę dziewczyna się ździwiła. Chłopak który pyta o swoje nazwisko? No nie źle. Nie wiedziałem, czy pytać o Ghostt’a, czy da się jeszcze zrobić coś, żeby Alicja nie czuła bólu,bo jak wiadomo, takie zadrpania na pewno bolą.
-Masz może jakieś leki przeciw bólowe?-Spytałem mówiąc tak szybko, że musiałem potwórzyc dwa razy żeby zrozumiała.
-Taa... Mam przy sobie paczkę jakiegoś przeciw bólowego świnstwa. –Odpowiedziała . –Możesz już opuścić ten karabin. –Dopiero terazzauważyłem,że trzymam cały czas karabin na ramieniu. Szybko Go opuściłem.
-Mogła byś dać mi te leki? Moja przyjaciółka jest ranna...
-Pf, nic za darmo. –Parsknęła Amber.
-To co mam zrobić? –Spytałem z ciekawością i poirytowaniem.
-Ci żołnierze, zabrali mojego starszego brata. Ty uwolnisz Jego, ja dam Ci leki. –Powiedziała cały czas patrząc mi się w oczy. Nie wiem czemu, ale to było straszne. Zgodziłem się. W końcu, mogli tam też trzymać Ghostt’a. Nie spytałem nawet o to, czy jest ich tam dużo, tylko czy jest to daleko.  Czas był najważniejszy.
-Daleko Go zabrali?
-Dwie ulice stąd. –Przytaknąłem. Podniosłem jakiś magazynek z ziemi, i sprawdziłem ile ma naboi. Koło 25, czyli połowa magazynka. Tak, ten karabin miał bardzo pojemny magazynek. Ale naboje jednak były bardzo małe, plusem było to , że były ostre. Poprosiłem Ją, aby zaprowadziła mnie do miejsca gdzie przetrzymują Jej ojca.Po 15 miunotowym marszu przez zruinowane budynki, doszliśmy na jakieś wzgórze.To znaczy, cały czas byliśmy na wzgórzu z zruinowanymi budynkami, i ulicami, a tutaj jest koniec wzgórza, taka przepaść na jakieś 10-15 metrów w dół. Miasto w dole nie było takie zniszczone, jak to. Przynajmniej ruina tam, to jeden budynek na dziesięć, a nie co trzeci. Wyglądało nawet ładnie. Niektóre domki były pomalowane, farba z nich jeszcze nie zeszła. Barykad w oknach też nie było, tylko byly po prostu powybijane. Dopiero po chwili stania tutaj dostrzegłem po swojej prawej walizkę.
-Otwórz, może Ci się przydać. To w sumie jakiegoś żołnierza, ale i tak już pewnie nie żyje. –Powiedziała Amber, patrząc się na miasto. Tak też zrobiłem, jak kazała.W środku ukazały mi się części czegoś, nie wiem co to było.Jakaś latarka, albo laser. I kamizelka taktyczna. Wyjąłem części czegoś co było trzeba złożyć. Był to karabin wyborowy,wystarczyło się przyjrzeć. „Dodatkiem” była luneta . Postarałem się to złożyć tak jak potrafiłem, co najlepsze, wyszło mi za pierwszym razem. Tylko dalej nie za bardzo wiedziałem do czego służy ta latarka , lub co to było. Spytałem się Amber.
-Huh, na prawdę nie wiesz? –Parsknęła. –To taki laser, który ma zasięg do okoła tysiąca metrów. Gdy gdzieś nacelujesz, to On pokazuje ile metrów dalej jest obiekt który podświetlasz. Na tym małym monitoreczku pokazuje też wiatr w którą stronę wieje, i jak mocno. Przyda Ci sie przy strzelaniu. Budynek w którym jest uwięziony mój ojciec, to tamten czerwony –Wskazała palcem duży czerwony dom, zabarykadowany. –Możesz pozabijać żołnierzy z daleka, sama chciałam to zrobić, ale nie znam si na tym. – Myślę, że jak by wiedziała że ja się również nei znam, nie zaproponowała by mi tego. No dobra, doczepiłem jeszcze tłumik, i wycelowałem lunetą do zabarykadowanego okna, z małą dziurą, w której było widać przez lunetę czyjeś oczy. Nakierowałem tam laserkiem. Trzysta metrów. No, może odrobinkę więcej. Położyłem się, i nacelowałem między dwa „światełka”. Na kreskach zaznaczonych w celowniku które szły po 100 metrów, aż do 500, wybrałem liczbę zbliżoną do odległości wroga. Na wiatr nie patrzyłem, bo prawie wcale Go nie było. Nacisnąłem na spust. Patrzyłem się na cel z sekundę, a On nic. Teoretycznie huk strzału usłyszałem, ale może nie wystrzelił? Jednak po chwili doleciał pocisk, i trafił. Oczy „Zgasły” z barykady. Drugi stał przy wejściu, idealnie obok trzeciego. Oddałem mierzony strzał, i pocisk przebił dwóch na raz. Kurde,  spodobało mi się to. Uśmiechnąłem się psychopatycznie, i zacząłem poszukiwać czwartego. Wybiegł z domu, poczekałem aż przystanie w miejscu, bo inaczej nie miał bym żadnych szans na trafienie. Za mną usłyszłaem jakieś kroki; nie przejąłem się tym. Czwarty zołnierz przykucnął przy jednym ze swoich przyjaciół, a ja oddałem strzał. Nie widziałem ani razu gdzie trafiłem, lecz osuwali się martwi na ziemię, więc chyba nie było źle. Mam nadzieję że to nie ze śmiechu.Oddałem karabin dziewczynie. „W razie czego, osłaniaj mnie. Ja idę po Twojego ojca.” Powiedziałem, po czym wróciłem do swojego karabinu. A właściwie, to nie mojego, bo Go zabrałem martwemu żołnierzowi.Pobiegłem w stronę domu z karabinem trzymanym w górze.Niby tylko trzysta metrów, a jak się zmęczyłem... Będę musiał sobie kondycje wyrobić. Zdyszany podszedłem do wyważonych, zakrwawionych czarnych drzwi. Oby dwaj żołnierze dostali w czaszki... Wziąłem jakąś latarkę jednego z ich karabinów, i zamontowałem na swój. „Cholera, zapomniałem kamizelki!” pomyślałem. Dam sobie radę bez niej... Włączyłem źródło światła na karabinie, i wszedłem w ciemne pomieszczenie. W salonie na stole leżał ktoś przywiązany na stole, z poderżniętym gardłem. Cały stół był zakrwawiony. Co najlepsze, dalej krwawił. Musieli to zrobić nie dawno. Wszedłem do jakieś sypialni, w której był totalny burdel. Ghostt był przywiązany rękami do grzejnika.Leżał na podłodze. Martwy... Albo stracił przytomność. Podbiegłem szybko do Niego, rzucając karabin na ziemię. Sprawdziłem serce. Biło! Ghostt żyje. Od wejścia usłyszałem jakiś huk. Do pokoju wbiegł zarażony, nie ten potwór. Chodzi mi o tego, który wygląda jak człowiek, między innymi tego przez którego straciłem przytomność. Chciałem do Niego strzelić, ale zapomniałem że rzuciłem karabin na ziemię. Jezu, jaki ja jestem głupi. Wstałem, i przesuwałem się bokiem cały czas w kierunku stołu z różnymi rzeczami patrząc się na stojącego w ciemnościach potwora. Stał obok karabinu. Gdy doszedłem do stołu,chwyciłem za jakąś statuetkę, i rzuciłem w zarażonego. Niestety nie trafiłem w twarz, i nie rozłupałem mu czaszki, lecz lekko zarysowałem klatkę piersiową. Tylko Go zdenerwowałem. Podbiegł do mnie, a ja osunąłem się z jego toru biegu, i popchnąłem Go w stronę ściany z taką mocą, że przebił się do drugiego pokoju. Stamtąd wybiegł  jakiś siwy facet, w podeszłym wieku. Wyglądał jak jakiś naukowiec. Ta fryzura jak by przed chwilą w niego piorun uderzył, i te okrągłe okulary.
-Nie zab...nie zabijesz mnie, praprawda?-Spytał jąkając się męzczyzna.
-Nie mam takiego zamiaru. Pan jest ojcem Amber?
-Ach, Amber! Tak, jestem Jej ojcem. –Uśmiechnął się. Poprosiłem Go, aby szedł za mną,a Ghostt’a wziąłem na ramię. To wszystko co miał na sobie, czyli kamizelka, mundur, te buty, to wszystko serio bylo ciężkie. Doszliśmy z ojcem Amber na wzgórze;  o wiele łatwiej było stamtąd zbiec samemu, niż wejść z żołnierzem na ramieniu. Byłem cały spocony, a włosy przyklejały mi się do twarzy. Spojrzałem na Amber, zrozumiała o co chodziło, i szybko wyjęła pudełeczko z lekami. Wziąłem Je, i schowałem do kieszeni.
-Em... No wiesz... -Zaczęła dziewczyna. -Możemy porozmawiać na osobności? -Pokiwałem głową, i położyłem Ghostt'a na ziemi obok ojca dziewczyny, i odszedłęm w jakiś mały kącik. 
-Nie mamy żadnej grupy, mój ojciec jest w podeszłym wieku... Nie bedziemy was zwalniać, obiecuję że będziemy wam pomagać. W czym tylko będziemy mogli -Mówiła dziewczyna. 
-Okej okej, dobra. -Odpowiedziałem. Amber się uśmiechnęła. -Tylko pomóżcie mi Ghostt'a nieść... Bo ciężki jest -Odwzajemniłem uśmiech. Ona poszła do Jej ojca, przekazać nowinę. Nie wiedziałem czy to był dobry pomysł,w końcu ten gość miał koło 50-60 lat... 
-Dobra, idziemy? -Spytałem. Wszyscy kiwneli głowami. Ja wziąłem z ojcem Amber Ghostt'a na ramię, i nieśliśmy Go do miejsca, gdzie zostawiłem Alicję. Po drodze widzieliśmy parę zarażonych, ale nie zwrócili na nas uwagi. Byliśmy już przed wejściem, było strasznie cicho. Zostawiłem Ghostt'a, i resztę przy wejściu, a ja wszedłem do pokoju z karabinem. Uff. Siedziała tam gdzie Ją zostawiłą, nigdzie nie poszła. Szybko wstała, podbiegła do mnie, a ja Ją przytuliłem. "Stęskniłam się" wyszeptała.
-Ja też. -Powiedziałem, po czym uśmiechnąłem się. Odwzajemniła mój uśmiech. "Możemy już wejść Daniel?" usłyszałem zza drzwi. -A właśnie. Mamy dwójkę nowych w grupie, Amber, i Jej ojca.-Pokiwała głową, że rozumie. -Wchodźcie, i wnieście Ghostt'a.-Alicja spojrzała się na mnie.
-Ghostta?-Spytała, a nie mal wykrzyknęła.
-Taak. Trzymali Go tam gdzie ojca. - Powiedziałem, po czym Jej o wszystkim opowiedziałem. Dużo tego nie było. Spotkałem, zabiłem, wróciłem. tak w skrócie. Położyliśmy Ghostt'a na ziemi. 
-Dobra, Amber. Pozbierajcie jakieś kawałki drewna, i coś czym było by można rozpalić ognisko. Musimy ogrzać naszego chłopaka. A, weź ze sobą ojca. Jak coś , to krzyczcie, będę opiekował się Alicją i Ghostt'em. -Pokiwała głową.

sobota

4. Prototype Soldiers

 Prototype Soldiers #1

Dopiero teraz zauważyłem wiele rzeczy, w świetle dziennym. Jest chudsza, niż mi się wydawało. Co wyglądało ślicznie, w porównaniu z Jej ciemnymi włosami i uroczymi oczami. Anorektyczką na szczęście nie była, ale była na prawdę chuda. Teraz również dostrzegłem Jej piękne malinowe usta które właśnie się uśmiechały.  Prawą ręką poprawiła sobie włosy. Jej nadgarstek był owinięty jakimś białym bandażem. Jak by czytając mi w myślach, powiedziała "Coś z nadgarstkiem, Ghostt mnie opatrzył, nic mi nie będzie." . Spojrzałem się w Jej oczy. Tonąłem w nich, były wyjątkowe. Ona zresztą też wpatrywała się w moje. Wspólne gapienie się na siebie przerwał nam nasz kochany Ghostt, śmiejąc się i patrząc na nas. Szybko odwróciłem wzrok od Alicji.
-To...-Podrapałem się po głowie patrząc i czekając aż Ghostt przestanie się śmiać. -To co teraz?-Spytałem.
-A właśnie, co teraz... -Odpowiedział,a może zapytał. -Trzeba znaleźć kryjówkę, jedzenie. A, i jakieś psychotropy dla Ciebie -Zaśmiał się. Mnie to akurat średnio śmieszyło, zresztą chyba Alicję też. Przeprosił mnie wzrokiem. - A tak na prawdę, to po prostu jakieś medykamenty, typu aspiryna, morfina
-Morfina? -Przerwałem ze ździwieniem.
-Tak, morfina, to takie...
-Wiem co to morfina-Oburzyłem się.
-No dobra, w każdym bądź razie nie przerywaj mi. Na czym to ja skończyłem? -Odwrócił wzrok ode mnie w jakiś punkt w oddali -A właśnie, Morfina i tak dalej. Będzie trzeba was wyszkolić. Nie wiem jak na razie jak z Alicją, ale Ty będziesz naszym zwiadowcą. W miarę szybko znalazłeś wyjście, odnalazłeś nas, i szybko podobno biegasz. Strzelać też potrafisz, prawie tak jak ja. -Wstał z cegieł na których siedział, i ruszył w długą, ciemną ulicę, a ja z Alicją u boku za Nim.
-To jakaś formacja trójkąt, czy coś, prawda? - Spytałem mając nadzieję że się popiszę.
-Nie debilu , po prostu dwójka zakochańców idzie za jedynym który potrafi odnaleźć się w tym mieście - Zaśmiał się.
-Jakie zakochańce? Możesz w końcu z tym przestać? - Odezwała się Alicja, troszeczkę oddalając się ode mnie, bo wcześniej ocieraliśmy cały czas się o siebie ramionami. Ja w sumie też odskoczyłem.
-No tak tak...-Powiedział zatrzymując się, i patrząc w jakiś punkt.-Słyszeliście? -Spytał. Pokiwaliśmy w dwójkę na "nie". Było strasznie cicho. Skupiłem się tak bardzo, że "usunąłem" takie dźwięki jak szum wiatru, i ćwierkanie ptaków, jedyne co przez chwilę słyszałem to szybkie bicie mojego serca. A po chwili czyjeś bardzo ciche stąpanie po ulicy po lewej ode mnie, po czym świst powietrza. Odskoczyłem od pięści która nadleciała z mojej lewej strony, i złapałęm napastnika za nadgarstek mocno zaciskając na nim swoją dłoń. Wyprowadziłem w Jego biodro cały czas trzymając Go za nadgarstek jakieś boczne kopnięcie. Zwinął się z bólu na ziemi, a ja podszedłem bliżej, i kopnąłem Go jeszcze w brzuch. Tak dla pewności. Spojrzałem na Ghostt'a, któremu ktoś właśnie wytrącał karabin z ręki. Wycelowałem w drugiego napastnika który zaatakował naszego żołnierza i wytrącił mu karabin, lecz ktoś mnie złapał za szyję od tyłu i zaczął dusić. Upuściłem swoją broń, a napastnik zaczał mnie gdzieś ciągnąć. Straciłem z widoczności dwójkę... przyjaciół? Tak, myślę że przyjaciół.. Wróg mocniej zacisnął bok ręki na mojej szyi. Złapałem oboma dłońmi mocno rękę ściskającą moją szyję, ugiąłem się na kolanach, i przerzuciłem napastnika przed siebie, po czym zadałem mu dwa ciosy w brzuch dłońmi ułożonymi w pięści. Z ust wylewała się mu krew. Był tak samo ubrany jak żołnierz (a raczej to co z niego zostało) w kanałach. Ten sam kamuflaż, tylko że karabin miał na plecach. Dlaczego chciał mnie udusić, a nie zastrzelić? Na nogach miał jakieś dziwne mechanizmy, zresztą na rękach też. Nie wiem co to było. Zaciągnął mnie do pomieszczenia bez okien, ale za to w dobrym stanie z drzwiami które posiadały jakiś zamek. W wyjściu stał Ghostt , chyba cały czas przyglądał się temu, co zrobiłem napastnikowi.
-Jak... -Spytał się patrząc cały czas na mnie.
-Też chciał bym wiedzieć. Gdzie Alic...-Chciałem spytać, lecz coś podbiegło od tyłu Ghostt'a i chyba wbiło mu w plecy jakieś dwa haki. Nie zdążyłem przyjrzeć się co to było, bo nagle znikło mi sprzed oczu, razem z Nim. Kurwa. Wybiegłem z pomieszczenia zostawiając obezwładnionego napastnika za sobą, i podnosząc swój karabin który upuściłem przed wejściem. Rozejrzałem się w poszukiwaniu Alicji. Siedziała roztrzęsiona w jakimś kącie z całą podartą podkoszulką, i podrapanymi plecami. Obok Niej leżało coś co wyglądało prawie tak samo jak to, co zabrało Ghostt'a. Trudno opisać jak to wyglądało. Miało włosy jakoś do szyi, jedne dłuższe, drugie krótsze. Zakrywały całą twarz, nie miałem zamiaru ich podnosić, i ryzykować przykładając dłoń do Jej ust, i zębów które miały po prostu kształt trójkątów. Serio, to były zaostrzone trójkąty. Były z lekka czerwone, chyba od krwi. Cała postać była pokryta włosami, taki człowiek - mutant - zwierzę. Z człowieka miał kształt ciała, może był trochę większy, i silniejszy.  Z mutanta... Zęby. I miał jakieś dziwne narzędzia zamiast dłoni. Zamiast prawej; miał wiertło. Przyczepioną wiertarkę. A zamiast prawej jakieś haki. Na owłosionych nogach wisiały mu jakieś sznurki. Usłyszałem bieg , czyiś bieg. Ktoś biegł w naszą stronę, i to bardzo szybko. Na pewno to nie był człowiek. Albo jakiś zarażony, albo to coś co leży tutaj. Złapałem Alicję za rękę. Co kolwiek to było, miałem wrażenie że chce zniszczyć Ją, albo mnie, albo nas wszystkich. Wbiegłem trzymając Ją za nadgarstek lewej ręki do pokoju gdzie zaciągnął mnie "Prototype Soldier". Dalej tam leżał, ale już martwy. Nie oddychał. 

-Jak Ty... -Spytała się z niedowierzaniem Alicja.
-Jak się dowiem, to Ci powiem. -Odpowiedziałem. Jej urocze oczy zrobiły się jeszcze większe, a malinowe usta otworzyły z nie dowierzania chyba. Poprosiłem Ją aby usiadła, tak też zrobiła. Miałem do wyboru uratować Ghostt'a, albo zostawić tutaj Alicję, ranną.Bałem się o Nią, ale wiedziałem też że później Ghostt może nie żyć. Od tej decyzji mogło zależeć Jej życie , lub Jego.
Ciąg dalszy rozdziału czwartego nastąpi.

3.Rebelianci

Uderzyłem z hukiem o beton, na szczęście nie było bardzo wysoko, bo bym się najzwyczajniej zabił. Spróbowałem wstać, lecz nie mogłem podnieść swojej prawej nogi. Chętnie bym sprawdził czemu, ale było strasznie ciemno. Miałem wrażenie, że w tych ciemnościach coś mnie obserwuje. Po jakimś czasie usłyszałem w oddali łódkę, czy coś takiego. Zaraz po tym ujrzałem światło z reflektora który znajdował się z przodu łodzi w której siedziało trzech ludzi. Dwójka z nich trzymała w rękach pistolety podobne do mojego, tylko ze z przyczepioną latarką. "Cholera, przydało by mi się takie coś" pomyślałem. Byli ubrani w jakieś stare mundury,zniszczone i brudne. Na głowach mieli hełmy z metalu, a na mundurze przyczepioną latarkę. Tylko tyle widziałem, za to trzeci człowiek trzymał w ręku jakiś pistolet maszynowy. Na głowie miał kapelusz z kamuflażem, a na twarzy maskę gazową. Mundur miał w jakimś kamuflażu leśnym, a na ramieniu miał dziwny... "herb"? Był to pies, a obok karabin na białym tle. Nie wiedziałem co to mogło znaczyć. W sumie, ja nie miałem jak uciec, a Oni mogli w każdej chwili do mnie strzelić. A Ja do człowieka nie mam zamiaru strzelać. Nie bez konieczności.Jak by nie było, oni też chcą żyć, a ja nie mam prawa im tego życia odebrać. Podczas rozmyślania udało mi się uwolnić moją nogę. Szybko położyłem się na podłodze i udawałem trupa. Dopiero teraz  Odczekałem z 10 minut chyba za nim pojechali. Odetchnąłem z ulgą. Rozejrzałem się w poszukiwaniu jakiegoś światła, nic. Szedłem w ciemności około pięciu minut. Marsz kanalizacja przerwało mi coś na ziemi o co się potknąłem. Spojrzałem się w miejsce gdzie noga mi się potknęła, w poszukiwaniu przedmiotu na którym się potknąłem, i poczekałem aż oczy mi przywykną do nad zwyczajnej ciemności. Po krótkiej chwili moim oczom ukazało się jakieś ciało człowieka, bez połowy głowy, i z poszarpaną ręką. Nogę miał odciętą czymś ostrym. Zasłoniłem oczy na chwilę, w nadziei ze to tylko wytwór mojej wyobraźni. Jednak ciało było tam dalej. W myślach zastanawiałem się czy Go przeszukać w poszukiwaniu czegoś co mogło by mi się przydać. Uklęknąłem przy nim. Boże. Usiadłem akurat na kałuży krwi. Spojrzałem na tors ofiary. Znajdywała się tam latarka taka jak u tamtych ludzi na łodzi. Mundur zresztą był bardzo podobny. a może taki sam? Nie, na pewno nie. Podniosłem latarkę. Oświetliłem Jego ciało. Dopiero teraz zauważyłem różnice. Mundur miał szaro-niebieski. Na głowie nie miał metalowego hełmu, tylko jakiś nowoczesny , z goglami i noktowizorem doczepionym. Założyłem Go na głowę. Rozmiar był prawie idealny. Rzuciłem wzrokiem w kierunku jego ręki. Leżał tam jakiś karabin z krótką kolbą, i długim cienkim magazynkiem sklejonym taśmą z drugim. Na dolnej szynie znajdowała się rączka, a na górnej celownik na podczerwień z małą przedziurawioną czaszką zamiast zwykłego celownika. Kolorystyka była szaro niebieska jak mundur i hełm. Kurde, jaki to kamuflaż? Może jest z jakieś tajnej jednostki wojskowej, czy coś. Przeraził mnie fakt, ze tak uzbrojony żołnierz nie poradził sobie z napastnikiem. na pewno był dobrze wyszkolony. Spojrzałem na ramie żołnierza. Miał "herb" z rozwiniętym spadochronem. Obok pisało "PES". Trochę niżej dostrzegłem mały napis "Prototype Elite Soldiers" W miejscu gdzie kiedyś była latarka, pisało "DFA". Przy tym również był mały napis; "Death From Above"  żebym ja jeszcze wiedział co to znaczy. Wziąłem karabin do ręki , dopiero teraz zauważyłem napis "Prototype" na boku lufy. Nie przejąłem się tym. Włożyłem rękę do jego kieszeni, i wyjąłem stamtąd dwa magazynki. Wstałem, a noktowizor który był przyczepiony do hełmu sam się opuścił. Chciałem go włączyć , lecz nie wiedziałem jak. Wymacałem na hełmie pięć guzików. Kwadrat, trójkąt, kółko, i pionową kreskę oraz poziomą. Wcisnąłem kwadrat. Przez chwile nic się nie działo, ale później na moich goglach pojawiły się jakieś wykresy. Usłyszałem pikanie, i po tym czyiś głos. Gdzieś z góry. Wykresy zaczęły szumieć tak głośno, że go zdjąłem i wrzuciłem do wody. Ups... "Dobra, ja stąd się zbieram... Bo jeszcze wywalę cały tunel w powietrze. ". Lekko się zaśmiałem , sam do siebie. Przyczepiłem sobie latarkę do czarnej podkoszulki, i ją zapaliłem. Mury w okół mnie były brudne, i wilgotne. Po bokach były małe "drogi" a po środku woda. w której wolałem szczerze nie wiedzieć co pływa. w końcu to kanalizacja.. Szedłem wilgotnym chodnikiem z... kwadrans? jakoś tak. Zobaczyłem jakieś skrzyżowanie. Nie wiedziałem gdzie iść. Po prawej zobaczyłem... Tego kościotrupa którego mam dość. Ruszyłem znów w pogon za nim. O dziwo, przeskoczyłem szerokość około dwóch metrów w której znajdowała się mala "rzeczka". Po 5 minutach sprintu się zmęczyłem. Przede mną tunel skręcał w lewo. Odpocząłem chwile, i wychyliłem się. Zobaczyłem jakąś bramą do której z innego korytarza wpływała woda. Obok bramy po dwóch stronach były wieże z reflektorami i żołnierzami takimi jak w łodzi. Chciałem zawrócić, lecz dostrzegłem w łodzi Alicję i towarzyszącego Jej żołnierza . Oby dwaj byli skuci. Wpłynęli za bramę. Bez dłuższego myślenia nacelowałem celownikiem a mechanizm bramy. (Linka która Ją podnosiła). Strzeliłem. Brama zamknęła się prosto przed nimi.Nie wiem czy tego chciałem. Ghostt złapał żołnierza na łódce, i uderzył nim trzy razy o burtę. Na prawej wieżyczce ktoś nacelował w Niego karabinem. Szybko podniosłem swój, i nacelowałem czaszką w twarz żołnierza. Dopasowała sie idealnie do jego głowy. Nacisnąłem lekko na spust. i wystrzeliłem. Zabiłem człowieka. Będę się tym później przejmował, na razie mam do uratowania Alicje i Ghostt'a których prawdo podobnie zlapali przezemnie.Wbiegłem do łodzi, i zobaczyłem twarz zmasakrowanego żołnierza przez Ghostt'a. Strzeliłem w ich kajdanki. Ghostt podał mi rękę, i podziekowal. Tak , jak by dziekował za coś normalnego jak podanie godziny. Kajdanki Alicij sam rozpialem, nie chcialem zrobic Jej krzywdy. Jakims dziwnym trafem nasze palce się splotły.Spojrzałem na Nią, a Ona sie zarumieniła i lekko uśmiechnęła. Ghostt sie na nas spojrzał.
-Rzygam. Chodzcie zakochańce, mozliwe ze maja jakies zapasy!- krzyknal Ghostt. Szybko nasze palce sie rozłączyły, a ja podałem Jej swój pistolet. Ja mialem karabin. Ghostt podniosł karabin z ziemi. Stanął przy drzwiach obok bramy z zepsutym mechanizmem, i je zasłonił, po czym spojrzał sie na mnie. Cos mnie zaniepokoiło.
-Moglismy przez Ciebie zginąć! Gdzie Ty kurwa byłeś?-Krzyknął. Alicja próbowała Go uspokoić, lecz bez skutku. Zacząłem mu mówić wszystko co pamiętam. Czyli od obudzenia sie w szpitalu... Zajeło mi to około dwadzieścia minut. Rozmawialiśmy o tym i szliśmy ciemnymi korytarzami szukając wyjścia. Pominąłem tylko ich podsluchana rozmowe, i przytulenie mnie przez Alicję. Skończyłem, i akurat znaleźliśmy wyjście.
-No nieźle... - w jego głosie było słychać skruche. Ale starał się tego nie pokazywać. Wszedłem pierwszy po drabinie, odchyliłem lekko klapę, i rozejrzałem sie. "Pusto" szepnąłem do Ghostta podemną. Wyskoczyłem z wejscia do kanału z karabinem na biodrze. Poczekałem aż wyjdzie Alicja, i opuściłem swój karabin.
-----
Przepraszam za błędy itd, pisałem to na tel w autokarze. Bardzo proszę o jakieś komentarze, jak to ktoś czyta :c

niedziela

2. Alice



Otworzyłem oczy. Znajdywałem się w ciemnym budynku, z dziurami w ścianach przez które wlatywały promyki światła. Mimo wszystko to nie oświetlało pomieszczenia w którym sie znajdowałem. Na środku znajdywało się duże ognisko które się paliło otoczone kamieniami. Ja leżałem w kącie na jakimś materacu przykryty... mundurem? Tak, mundurem. Ktoś wszedł do pomieszczenia, a dokładniej dwie osoby. Zamknąłem szybko oczy, i zacząłem udawać że dalej jestem nie przytomny. Co jakiś czas otwierałem troszeczkę oczy , żeby zobaczyć co się dzieje. Na początku usiedli przy ognisku, tyłem do mnie. Pierwsza osoba była w desantach, i bojówkach. Widocznie ten mundur który mnie właśnie ogrzewa, musi być Jego. Miał hełm, ale było widać spod Niego blond włosy. Obok Niego leżała kamizelka taktyczna, i karabin automatyczny. Druga osoba to chyba była kobieta. Była w jakiś zwykłych czarnych butach, i ciemnych jeansach. Podkoszulkę w sumie też miała czarną. Włosy miała długie, trochę dłuższe niż do ramion.
-I co? Znalazłaś coś? – Odezwał sie po dłuższej ciszy nieznany męzczyzna.
-Nic... Nie gniewaj się. –Odpowiedziała lekko wystraszona dziewczyna. Miała delikatny głos. Myslę, że gdybym kiedyś rozmawiał z aniołem, to miał by właśnie taki głos. Druga postać przez dłuższy czas wpatrywała sie w ognisko.
-Nie mam na co, to nie Twoja wina. –Odpowiedział po jakiś pięciu minutach. Spojrzał na Jej twarz, i otworzył usta żeby coś powiedzieć, lecz chwilę później Je zamknął.
-No mów...
-Nie wiem co z nim.Długo się odzyskuje przytom...
-Ale oddycha! –Przerwała mu dziewczyna z nutką nadzieij w głosie. –Przecież musi żyć! -Ciszej, bo jeszcze sprowadzisz na nas jakąś hordę tych zjebów... Nawet jeśli żyje, to na pewno nic nie pamięta. Pamięć może odzyskiwać bardzo długo. No, Ty się nim zajmij, a ja idę poszukać zapasów. Gdyby coś, będę nie daleko. –Wyjął pistolet z kabury, i wręczył Go dziewczynie. –W razie czego, strzelaj. – Pokiwała głową, dając znak że zrozumiała.Męzczyzna wstał, podszedł do wyjścia , na chwilę się odwrócił, nie wiem w sumie po co. Na twarzy miał hustę, a na oczach gogle.Wyszedł. No cóż... Minęły może z dwie minuty, a dziewczyna wstała, i uklękła obok mnie. Zamknąłem oczy, udając dalej że jestem nie przytomny. Poczułem jak odgarnia moje włosy. Szepnęła „Kiedyś mnie znowu przytulisz, tak jak kiedyś, prawda? Tęsknię...” po czym zostawiła moje włosy, i usiadła tam gdzie siedziała wcześniej. Zacząłem się zastanawiać, czy nie wstać, i pokazać że żyje , bo zaraz mnie użyją jako dokładki do ogniska...Otworzyłem oczy, zupełnie, a nie tylko podniosłem lekko tak jak wcześniej to robiłem.Przeszedłem do pozycij siedzącej. Poszło mi to tak cicho, że nawet się nie odwróciła..Po prawej było okno, z którego padł blask światła akurat na Nią. Włosy Jej lśniły. Odgarnęła Je, po czym dalej wpatrywała się w ognisko. Spojrzałem w okno. Ujrzałem... Postać która wcześniej wyskoczyła przez okno, i może nawet zabiła tamtych żołnierzy. Patrzyła się na tą dziewczynę. Wyciągnąłem szybko pistolet, i skierowałem w tamto coś celownik. Nacisnąłem na spust i... usłyszałem tylko brzdęk, a postać znikła. Magazynek był pusty.Zastygłem w bez ruchu. Dziewczyna szybko się odwróciła, i spojrzała na mnie. A ja dalej patrzyłem się w okno z wycelowanym tam pistoletem.
-Możesz... to odłożyć? –Powiedziała swoim uroczym głosem.
-Ale tam w oknie było coś... Eh, długa historia... –Odpowiedziałem tak szybko, że nie wiem czy zrozumiała.W końcu opuściłem pistolet, i położyłem na podlodze. Miałem wrażenie, że się wystraszyła. W końcu powoli odwróciłem głowę w Jej stronę, i spojrzałem się na Nią. Jej usta były małe, i czerwone jak róża. Uszy były lekko odstające, ale nie bardzo. Nos,a w sumie nosek miała uroczy, malutki. Długie rzęsy, i ciemne brwi. Jej oczy się lśniły. Nie wiem czy to od słońca, czy może płakała. W prawym oku było widać ciemną zieleń, a w prawym błękit. Jej oczy były piękne. Chyba jako jedyne z wszystkich elementów na twarzy oprócz ust, i ubioru nie były ciemne. Patrzyłem się tak na Nią przez dobre pięć minut, a Ona na mnie.Nie wiedzieliśmy co powiedzieć. Byliśmy od siebie na wyciągnięcie ręki.
-Stęskniłam się...-Wymamrotała dziewczyna. – Jestem Alice. Pamiętasz mnie?...
-To Ty zostawiłaś list? – Szybko spytałem.
-Tak, to ja... Przepraszam że Cię nie wzięłam. Nie było jak. Nie miałam siły...
-Okej, rozumiem. Nie pamiętam nic od obudzenia się w tamtym budynku...-Pokiwała głową. Opuściłem wzrok, i gapiłem się w ziemię. A raczej beton. To był beton. Przybliżyła się lekko, wyciągnęła ręce i mnie przytuliła, trochę nie pewnie. Tak jak by nie wiedziała, czy na pewno chce to zrobić, lub bała sie reakcij. Odruchowo podniosłem ręce, i przycisnąłem Ją jeszcze mocniej do siebie. Chyba się uśmiechnęła, ale nie jestem pewny. Włosy mi zasłaniały. „W końcu sobie wszystko przypomnisz, zobaczysz” Wyszeptała mi na ucho. Usłyszeliśmy kroki czegoś ciężkiego. Puściła mnie, i podeszła do okna. Wpatrywała się przez chwilę , po czym usiadła przy ognisku. „-No chodź, nie wstydź się” powiedziała lekko się uśmiechając.Wstałem z trudem, a odłamek w brzuchu dał się znów poczuć. Starałem się nie pokazywać Go, bo wyjdzie że ktoś do mnie strzlelał, a wątpię żeby uwierzyła w to, co się na prawdę stało. Przy ognisku, było małe lusterko w którym odbiała się moja podkoszulka. Przy brzuchu było widać straszną plamę krwi.
-Jezu, przecież Ty krwawisz! – Wykrzyknęła Alice, tak głośno że miałem wrażenie, że zaraz ogłuchne.
-Spokojnie, to tylko odłamek... Już nie krwawi... –Powiedziałem najbardziej spokojnie jak potrafiłem, chodź chyba mi się to nie udało.
-Przyjdzie Ghostt, to Ci to wyjmie. Ja się boję,że zrobię Ci jeszcze większą krzywdę...
-Ghostt? –Spytałem z ciekawością.
-Tak, gdyby nie on w sumie mnie już by tu nie było... –Odpowiedziała powoli jak do małego dziecka. Właśnie sobie uświadomiłem, że Alice nie wie o tym że słyszałem całą rozmowę. Stwierdziłem, że wolę się nie przyznawać do tego. Myślę, że gdyby ten mężczyzna (Który najprawdopodobniej nazywał się „Ghostt”) nie wyszedł, ja bym dalej nie wstał. Wychodzi na to, że jestem tchórzem... Utkwiłem wzrok w odwróconej do mnie plecami Alice. Szukała czegoś w małym plecaku. W końcu wstała, i wręczyła mi pudełko z nabojami. „Przepraszam, Ghostt kazał mi to zabrać na wszelki wypadek...” powiedziała cicho czarnowłosa dziewczyna. Nie odpowiedziałem. Wziąłem pistolet, i załadowałem do pełna, po raz drugi. Przeciągnąłem , i schowałem za pasek od spodni. Przez dziure w ścianie która robiła za wyjście z budynku zajrzała postać, którą widziałem już pare razy. Ta sama, którą zobaczylem na początku przez dziurkę od klucza, i ta sama którą widziałem przez okno. „Nie, tym razem mi nie uciekniesz.” Powiedziałem sobie w duchu, tak jak bym bez tego nie mógł wstać. Wyprostowałem nogi, wyciągnąłem pistolet, i wybiegłem z budynku. Alice coś krzyczała. Nie zwracałem na to uwagi. Nie wiem czemu, ale dopadnięcie tej postaci było dla mnie bardzo ważne, chyba obecnie najważniejsze. W końcu , to coś się ze mnie śmiało. Biegłem tak z pistoletem przez te zrujnowane budynki, i goniłem tajemniczą postać. Spuściłem wzrok na chwilę z niej, lub niego, i spojrzałem na pistolet. Przeciągnąłem czarny kurek, i podniosłem broń żeby wystrzelić. Przeklnąłem głośno. Uciekła. Tyle razy skręcałem w pogoni za tą postacją w różne alejki i zrujnowane ulice, że się zgubiłem. Ulice były wyciągnięte niczym z post apokalipstycznych filmów. Były ciemne, popękane, i śmierdziało tu. Serio, strasznie śmierdziało. Rozejrzałem się. W sumie, z każdej strony w każdej chwili mógł wyskoczyć na mnie ktoś z bronią i mnie zabić biorąc mnie za to coś, co mnie chciało zabić. Dopiero po dłuższej chwili ujrzałem jakąś szarą, niską postać. Podszedłem bliżej. Była to mała dziewczynka. Niewiedziałem w sumie co powiedzieć. Stała w białej sukni, wpatrzona w podłogę. Opuściłem broń, i wpatrywałem się w małe dziecko. Mrugnąłem, a Ona podniosła w tym czasie swoją małą głowę. W Jej oczach było widać ogień i gniew. Podniosłem broń, lecz nie umiałem strzleić. W końcu, to tylko małe dziecko... Rozłożyła ramiona i poleciała w jakąś małą dziurę... Podbiegłem szybko w miejsce gdzie wskoczyła. Wskoczyła w ścieki... Po raz setny przeklnąłem sobie w duchu. Złapałem za zimny szczebel drabiny, i zacząłem schodzić w ciemną ochtłań... Bałem się, ale ciekawość zwyciężyła nad strachem. Nie miałem żadnego źródła światła, i byłem ranny. Jedyne co dodawało mi otuchy, to broń. Drabina, nie wyglądała na zbyt stabilną. Schodziłem szczebelek, po szczebelku. W pewnym momencie jeden się zerwał. Zacząłem spadać w otchłań.