poniedziałek

5. Amber



-No, pokaż te plecy... –Powiedziałem cicho do Alicji. Odwróciła się, a ja zdjąłem swoją podkoszulkę i poprosiłem Ją żeby założyła Ją, a ja się odwróciłem, i czekałem aż się przebierze. „Już” – Powiedziała, po czym się odwróciłem znów w Jej stronę. Było mi strasznie zimno. Spojrzałem się na swój brzuch, dalej miałem tam tamten odłamek...  Prawie o nim zapomniałem. Podszedłem do zabitego żołnierza, i wyjąłem jakąś buteleczkę. Alkochol. Wstałem, i ruszyłem ku dziewczynie.
-To będzie bolało... –Powiedziałem. Przytaknęła, przełykając ślinę. Wylałem trochę na Jej pokaleczone blade plecy. Zaczęła się trzęść, lecz nie mówiła że coś Ją szczypie. Zdjąłem mundur żołnierza, i podarłem Jego podkoszulkę na pół, aby zrobić opatrunek. Zawiązałem  amatorski opatrunek na plecach Alicji. Podczas wiązania go, usłyszałem dźwięk jakieś dziewczyny. A może raczej krzyk wydany ze strachu. Nie znałem Jej. A przynajmniej nie kojarzyłem głosu. Powiedziałem szybko „Poczekaj chwilę, sprawdzę co się tam dzieje” , podniosłem karabin który zostawiłem przy czarnowłosej dziewczynie i wybiegłem z pomieszczenia z karabinem opartym na ramieniu.Przy ciele żołnierza który wcześniej chciał nie uderzyć pięścią, stało to samo coś, co zobaczyłem wcześniej przy Alicji, oraz to co zabrało Ghostt’a. Tylko że na prawej ręce miało sierp, a na lewej jakiś sztylet. Raz drapało ciało sierpem, a raz wbiało ostry sztylet w brzuch. Przecież On był już martwy! Po co on to robił? Nie robił sobie nic z mojej obecności, chyba mnie nie widział. Dopiero teraz dostrzegłem dziewczynę jakieś dwa metry za potworem, gapiąc się pustym wzrokiem jak to coś pożera wcześniej obezwładnionego przezemnie żołnierza. Szatynka, z dużymi  niebieskimi, lub szarymi oczami. Włosy sięgały Jej do za szyję.Delikatna cera. Wzrot około 165, czyli trochę niższa ode mnie.Na oko daje nie więcej niż 16 lat. Dopiero po paru minutach Jej wzrok znalazł się na mnie.
-Zabijesz Go, czy będziesz się tak patrzył na niego?-Spytała spokojnie dziewczyna. Bez żadnych emocji, co mnie zupełnie zatkało. Przecież dziewczyny w takich sytuacjach, to sikają ze strachu... Nie wiedziałem co powiedzieć, więc podniosłem swój karabin, wycelowałem w potwora, i  skierowałem serię naboi w jego głowę. Trafiłem!-Tak lepiej. –Powiedziała, po czym podeszła bliżej. –Ojej!-Krzyknęła. –Gdzie moje maniery? Jestem Amber. –Podała mi rękę. Patrzyłem się na Nią cały czas. –Teraz, Ty mi podajesz rękę, uściskujesz moją dłoń, i przedstawiasz się. – Powiedziała po cichu jak do małego dziecka. Jejku, chyba nigdy nie spotkałem kogoś takiego. Myślę że na pewno nawet jak bym pamiętał wszystkie osoby z przeszłości, to i tak bym nie znalazł kogoś takiego. Szybko uscisnąłem Jej dłoń.
-Nazywam się Daniel. Daniel... Ronestly? –Powiedziałem , a w moim głosie było słychać raczej pytanie niż stwierdzenie. Teraz trochę dziewczyna się ździwiła. Chłopak który pyta o swoje nazwisko? No nie źle. Nie wiedziałem, czy pytać o Ghostt’a, czy da się jeszcze zrobić coś, żeby Alicja nie czuła bólu,bo jak wiadomo, takie zadrpania na pewno bolą.
-Masz może jakieś leki przeciw bólowe?-Spytałem mówiąc tak szybko, że musiałem potwórzyc dwa razy żeby zrozumiała.
-Taa... Mam przy sobie paczkę jakiegoś przeciw bólowego świnstwa. –Odpowiedziała . –Możesz już opuścić ten karabin. –Dopiero terazzauważyłem,że trzymam cały czas karabin na ramieniu. Szybko Go opuściłem.
-Mogła byś dać mi te leki? Moja przyjaciółka jest ranna...
-Pf, nic za darmo. –Parsknęła Amber.
-To co mam zrobić? –Spytałem z ciekawością i poirytowaniem.
-Ci żołnierze, zabrali mojego starszego brata. Ty uwolnisz Jego, ja dam Ci leki. –Powiedziała cały czas patrząc mi się w oczy. Nie wiem czemu, ale to było straszne. Zgodziłem się. W końcu, mogli tam też trzymać Ghostt’a. Nie spytałem nawet o to, czy jest ich tam dużo, tylko czy jest to daleko.  Czas był najważniejszy.
-Daleko Go zabrali?
-Dwie ulice stąd. –Przytaknąłem. Podniosłem jakiś magazynek z ziemi, i sprawdziłem ile ma naboi. Koło 25, czyli połowa magazynka. Tak, ten karabin miał bardzo pojemny magazynek. Ale naboje jednak były bardzo małe, plusem było to , że były ostre. Poprosiłem Ją, aby zaprowadziła mnie do miejsca gdzie przetrzymują Jej ojca.Po 15 miunotowym marszu przez zruinowane budynki, doszliśmy na jakieś wzgórze.To znaczy, cały czas byliśmy na wzgórzu z zruinowanymi budynkami, i ulicami, a tutaj jest koniec wzgórza, taka przepaść na jakieś 10-15 metrów w dół. Miasto w dole nie było takie zniszczone, jak to. Przynajmniej ruina tam, to jeden budynek na dziesięć, a nie co trzeci. Wyglądało nawet ładnie. Niektóre domki były pomalowane, farba z nich jeszcze nie zeszła. Barykad w oknach też nie było, tylko byly po prostu powybijane. Dopiero po chwili stania tutaj dostrzegłem po swojej prawej walizkę.
-Otwórz, może Ci się przydać. To w sumie jakiegoś żołnierza, ale i tak już pewnie nie żyje. –Powiedziała Amber, patrząc się na miasto. Tak też zrobiłem, jak kazała.W środku ukazały mi się części czegoś, nie wiem co to było.Jakaś latarka, albo laser. I kamizelka taktyczna. Wyjąłem części czegoś co było trzeba złożyć. Był to karabin wyborowy,wystarczyło się przyjrzeć. „Dodatkiem” była luneta . Postarałem się to złożyć tak jak potrafiłem, co najlepsze, wyszło mi za pierwszym razem. Tylko dalej nie za bardzo wiedziałem do czego służy ta latarka , lub co to było. Spytałem się Amber.
-Huh, na prawdę nie wiesz? –Parsknęła. –To taki laser, który ma zasięg do okoła tysiąca metrów. Gdy gdzieś nacelujesz, to On pokazuje ile metrów dalej jest obiekt który podświetlasz. Na tym małym monitoreczku pokazuje też wiatr w którą stronę wieje, i jak mocno. Przyda Ci sie przy strzelaniu. Budynek w którym jest uwięziony mój ojciec, to tamten czerwony –Wskazała palcem duży czerwony dom, zabarykadowany. –Możesz pozabijać żołnierzy z daleka, sama chciałam to zrobić, ale nie znam si na tym. – Myślę, że jak by wiedziała że ja się również nei znam, nie zaproponowała by mi tego. No dobra, doczepiłem jeszcze tłumik, i wycelowałem lunetą do zabarykadowanego okna, z małą dziurą, w której było widać przez lunetę czyjeś oczy. Nakierowałem tam laserkiem. Trzysta metrów. No, może odrobinkę więcej. Położyłem się, i nacelowałem między dwa „światełka”. Na kreskach zaznaczonych w celowniku które szły po 100 metrów, aż do 500, wybrałem liczbę zbliżoną do odległości wroga. Na wiatr nie patrzyłem, bo prawie wcale Go nie było. Nacisnąłem na spust. Patrzyłem się na cel z sekundę, a On nic. Teoretycznie huk strzału usłyszałem, ale może nie wystrzelił? Jednak po chwili doleciał pocisk, i trafił. Oczy „Zgasły” z barykady. Drugi stał przy wejściu, idealnie obok trzeciego. Oddałem mierzony strzał, i pocisk przebił dwóch na raz. Kurde,  spodobało mi się to. Uśmiechnąłem się psychopatycznie, i zacząłem poszukiwać czwartego. Wybiegł z domu, poczekałem aż przystanie w miejscu, bo inaczej nie miał bym żadnych szans na trafienie. Za mną usłyszłaem jakieś kroki; nie przejąłem się tym. Czwarty zołnierz przykucnął przy jednym ze swoich przyjaciół, a ja oddałem strzał. Nie widziałem ani razu gdzie trafiłem, lecz osuwali się martwi na ziemię, więc chyba nie było źle. Mam nadzieję że to nie ze śmiechu.Oddałem karabin dziewczynie. „W razie czego, osłaniaj mnie. Ja idę po Twojego ojca.” Powiedziałem, po czym wróciłem do swojego karabinu. A właściwie, to nie mojego, bo Go zabrałem martwemu żołnierzowi.Pobiegłem w stronę domu z karabinem trzymanym w górze.Niby tylko trzysta metrów, a jak się zmęczyłem... Będę musiał sobie kondycje wyrobić. Zdyszany podszedłem do wyważonych, zakrwawionych czarnych drzwi. Oby dwaj żołnierze dostali w czaszki... Wziąłem jakąś latarkę jednego z ich karabinów, i zamontowałem na swój. „Cholera, zapomniałem kamizelki!” pomyślałem. Dam sobie radę bez niej... Włączyłem źródło światła na karabinie, i wszedłem w ciemne pomieszczenie. W salonie na stole leżał ktoś przywiązany na stole, z poderżniętym gardłem. Cały stół był zakrwawiony. Co najlepsze, dalej krwawił. Musieli to zrobić nie dawno. Wszedłem do jakieś sypialni, w której był totalny burdel. Ghostt był przywiązany rękami do grzejnika.Leżał na podłodze. Martwy... Albo stracił przytomność. Podbiegłem szybko do Niego, rzucając karabin na ziemię. Sprawdziłem serce. Biło! Ghostt żyje. Od wejścia usłyszałem jakiś huk. Do pokoju wbiegł zarażony, nie ten potwór. Chodzi mi o tego, który wygląda jak człowiek, między innymi tego przez którego straciłem przytomność. Chciałem do Niego strzelić, ale zapomniałem że rzuciłem karabin na ziemię. Jezu, jaki ja jestem głupi. Wstałem, i przesuwałem się bokiem cały czas w kierunku stołu z różnymi rzeczami patrząc się na stojącego w ciemnościach potwora. Stał obok karabinu. Gdy doszedłem do stołu,chwyciłem za jakąś statuetkę, i rzuciłem w zarażonego. Niestety nie trafiłem w twarz, i nie rozłupałem mu czaszki, lecz lekko zarysowałem klatkę piersiową. Tylko Go zdenerwowałem. Podbiegł do mnie, a ja osunąłem się z jego toru biegu, i popchnąłem Go w stronę ściany z taką mocą, że przebił się do drugiego pokoju. Stamtąd wybiegł  jakiś siwy facet, w podeszłym wieku. Wyglądał jak jakiś naukowiec. Ta fryzura jak by przed chwilą w niego piorun uderzył, i te okrągłe okulary.
-Nie zab...nie zabijesz mnie, praprawda?-Spytał jąkając się męzczyzna.
-Nie mam takiego zamiaru. Pan jest ojcem Amber?
-Ach, Amber! Tak, jestem Jej ojcem. –Uśmiechnął się. Poprosiłem Go, aby szedł za mną,a Ghostt’a wziąłem na ramię. To wszystko co miał na sobie, czyli kamizelka, mundur, te buty, to wszystko serio bylo ciężkie. Doszliśmy z ojcem Amber na wzgórze;  o wiele łatwiej było stamtąd zbiec samemu, niż wejść z żołnierzem na ramieniu. Byłem cały spocony, a włosy przyklejały mi się do twarzy. Spojrzałem na Amber, zrozumiała o co chodziło, i szybko wyjęła pudełeczko z lekami. Wziąłem Je, i schowałem do kieszeni.
-Em... No wiesz... -Zaczęła dziewczyna. -Możemy porozmawiać na osobności? -Pokiwałem głową, i położyłem Ghostt'a na ziemi obok ojca dziewczyny, i odszedłęm w jakiś mały kącik. 
-Nie mamy żadnej grupy, mój ojciec jest w podeszłym wieku... Nie bedziemy was zwalniać, obiecuję że będziemy wam pomagać. W czym tylko będziemy mogli -Mówiła dziewczyna. 
-Okej okej, dobra. -Odpowiedziałem. Amber się uśmiechnęła. -Tylko pomóżcie mi Ghostt'a nieść... Bo ciężki jest -Odwzajemniłem uśmiech. Ona poszła do Jej ojca, przekazać nowinę. Nie wiedziałem czy to był dobry pomysł,w końcu ten gość miał koło 50-60 lat... 
-Dobra, idziemy? -Spytałem. Wszyscy kiwneli głowami. Ja wziąłem z ojcem Amber Ghostt'a na ramię, i nieśliśmy Go do miejsca, gdzie zostawiłem Alicję. Po drodze widzieliśmy parę zarażonych, ale nie zwrócili na nas uwagi. Byliśmy już przed wejściem, było strasznie cicho. Zostawiłem Ghostt'a, i resztę przy wejściu, a ja wszedłem do pokoju z karabinem. Uff. Siedziała tam gdzie Ją zostawiłą, nigdzie nie poszła. Szybko wstała, podbiegła do mnie, a ja Ją przytuliłem. "Stęskniłam się" wyszeptała.
-Ja też. -Powiedziałem, po czym uśmiechnąłem się. Odwzajemniła mój uśmiech. "Możemy już wejść Daniel?" usłyszałem zza drzwi. -A właśnie. Mamy dwójkę nowych w grupie, Amber, i Jej ojca.-Pokiwała głową, że rozumie. -Wchodźcie, i wnieście Ghostt'a.-Alicja spojrzała się na mnie.
-Ghostta?-Spytała, a nie mal wykrzyknęła.
-Taak. Trzymali Go tam gdzie ojca. - Powiedziałem, po czym Jej o wszystkim opowiedziałem. Dużo tego nie było. Spotkałem, zabiłem, wróciłem. tak w skrócie. Położyliśmy Ghostt'a na ziemi. 
-Dobra, Amber. Pozbierajcie jakieś kawałki drewna, i coś czym było by można rozpalić ognisko. Musimy ogrzać naszego chłopaka. A, weź ze sobą ojca. Jak coś , to krzyczcie, będę opiekował się Alicją i Ghostt'em. -Pokiwała głową.

sobota

4. Prototype Soldiers

 Prototype Soldiers #1

Dopiero teraz zauważyłem wiele rzeczy, w świetle dziennym. Jest chudsza, niż mi się wydawało. Co wyglądało ślicznie, w porównaniu z Jej ciemnymi włosami i uroczymi oczami. Anorektyczką na szczęście nie była, ale była na prawdę chuda. Teraz również dostrzegłem Jej piękne malinowe usta które właśnie się uśmiechały.  Prawą ręką poprawiła sobie włosy. Jej nadgarstek był owinięty jakimś białym bandażem. Jak by czytając mi w myślach, powiedziała "Coś z nadgarstkiem, Ghostt mnie opatrzył, nic mi nie będzie." . Spojrzałem się w Jej oczy. Tonąłem w nich, były wyjątkowe. Ona zresztą też wpatrywała się w moje. Wspólne gapienie się na siebie przerwał nam nasz kochany Ghostt, śmiejąc się i patrząc na nas. Szybko odwróciłem wzrok od Alicji.
-To...-Podrapałem się po głowie patrząc i czekając aż Ghostt przestanie się śmiać. -To co teraz?-Spytałem.
-A właśnie, co teraz... -Odpowiedział,a może zapytał. -Trzeba znaleźć kryjówkę, jedzenie. A, i jakieś psychotropy dla Ciebie -Zaśmiał się. Mnie to akurat średnio śmieszyło, zresztą chyba Alicję też. Przeprosił mnie wzrokiem. - A tak na prawdę, to po prostu jakieś medykamenty, typu aspiryna, morfina
-Morfina? -Przerwałem ze ździwieniem.
-Tak, morfina, to takie...
-Wiem co to morfina-Oburzyłem się.
-No dobra, w każdym bądź razie nie przerywaj mi. Na czym to ja skończyłem? -Odwrócił wzrok ode mnie w jakiś punkt w oddali -A właśnie, Morfina i tak dalej. Będzie trzeba was wyszkolić. Nie wiem jak na razie jak z Alicją, ale Ty będziesz naszym zwiadowcą. W miarę szybko znalazłeś wyjście, odnalazłeś nas, i szybko podobno biegasz. Strzelać też potrafisz, prawie tak jak ja. -Wstał z cegieł na których siedział, i ruszył w długą, ciemną ulicę, a ja z Alicją u boku za Nim.
-To jakaś formacja trójkąt, czy coś, prawda? - Spytałem mając nadzieję że się popiszę.
-Nie debilu , po prostu dwójka zakochańców idzie za jedynym który potrafi odnaleźć się w tym mieście - Zaśmiał się.
-Jakie zakochańce? Możesz w końcu z tym przestać? - Odezwała się Alicja, troszeczkę oddalając się ode mnie, bo wcześniej ocieraliśmy cały czas się o siebie ramionami. Ja w sumie też odskoczyłem.
-No tak tak...-Powiedział zatrzymując się, i patrząc w jakiś punkt.-Słyszeliście? -Spytał. Pokiwaliśmy w dwójkę na "nie". Było strasznie cicho. Skupiłem się tak bardzo, że "usunąłem" takie dźwięki jak szum wiatru, i ćwierkanie ptaków, jedyne co przez chwilę słyszałem to szybkie bicie mojego serca. A po chwili czyjeś bardzo ciche stąpanie po ulicy po lewej ode mnie, po czym świst powietrza. Odskoczyłem od pięści która nadleciała z mojej lewej strony, i złapałęm napastnika za nadgarstek mocno zaciskając na nim swoją dłoń. Wyprowadziłem w Jego biodro cały czas trzymając Go za nadgarstek jakieś boczne kopnięcie. Zwinął się z bólu na ziemi, a ja podszedłem bliżej, i kopnąłem Go jeszcze w brzuch. Tak dla pewności. Spojrzałem na Ghostt'a, któremu ktoś właśnie wytrącał karabin z ręki. Wycelowałem w drugiego napastnika który zaatakował naszego żołnierza i wytrącił mu karabin, lecz ktoś mnie złapał za szyję od tyłu i zaczął dusić. Upuściłem swoją broń, a napastnik zaczał mnie gdzieś ciągnąć. Straciłem z widoczności dwójkę... przyjaciół? Tak, myślę że przyjaciół.. Wróg mocniej zacisnął bok ręki na mojej szyi. Złapałem oboma dłońmi mocno rękę ściskającą moją szyję, ugiąłem się na kolanach, i przerzuciłem napastnika przed siebie, po czym zadałem mu dwa ciosy w brzuch dłońmi ułożonymi w pięści. Z ust wylewała się mu krew. Był tak samo ubrany jak żołnierz (a raczej to co z niego zostało) w kanałach. Ten sam kamuflaż, tylko że karabin miał na plecach. Dlaczego chciał mnie udusić, a nie zastrzelić? Na nogach miał jakieś dziwne mechanizmy, zresztą na rękach też. Nie wiem co to było. Zaciągnął mnie do pomieszczenia bez okien, ale za to w dobrym stanie z drzwiami które posiadały jakiś zamek. W wyjściu stał Ghostt , chyba cały czas przyglądał się temu, co zrobiłem napastnikowi.
-Jak... -Spytał się patrząc cały czas na mnie.
-Też chciał bym wiedzieć. Gdzie Alic...-Chciałem spytać, lecz coś podbiegło od tyłu Ghostt'a i chyba wbiło mu w plecy jakieś dwa haki. Nie zdążyłem przyjrzeć się co to było, bo nagle znikło mi sprzed oczu, razem z Nim. Kurwa. Wybiegłem z pomieszczenia zostawiając obezwładnionego napastnika za sobą, i podnosząc swój karabin który upuściłem przed wejściem. Rozejrzałem się w poszukiwaniu Alicji. Siedziała roztrzęsiona w jakimś kącie z całą podartą podkoszulką, i podrapanymi plecami. Obok Niej leżało coś co wyglądało prawie tak samo jak to, co zabrało Ghostt'a. Trudno opisać jak to wyglądało. Miało włosy jakoś do szyi, jedne dłuższe, drugie krótsze. Zakrywały całą twarz, nie miałem zamiaru ich podnosić, i ryzykować przykładając dłoń do Jej ust, i zębów które miały po prostu kształt trójkątów. Serio, to były zaostrzone trójkąty. Były z lekka czerwone, chyba od krwi. Cała postać była pokryta włosami, taki człowiek - mutant - zwierzę. Z człowieka miał kształt ciała, może był trochę większy, i silniejszy.  Z mutanta... Zęby. I miał jakieś dziwne narzędzia zamiast dłoni. Zamiast prawej; miał wiertło. Przyczepioną wiertarkę. A zamiast prawej jakieś haki. Na owłosionych nogach wisiały mu jakieś sznurki. Usłyszałem bieg , czyiś bieg. Ktoś biegł w naszą stronę, i to bardzo szybko. Na pewno to nie był człowiek. Albo jakiś zarażony, albo to coś co leży tutaj. Złapałem Alicję za rękę. Co kolwiek to było, miałem wrażenie że chce zniszczyć Ją, albo mnie, albo nas wszystkich. Wbiegłem trzymając Ją za nadgarstek lewej ręki do pokoju gdzie zaciągnął mnie "Prototype Soldier". Dalej tam leżał, ale już martwy. Nie oddychał. 

-Jak Ty... -Spytała się z niedowierzaniem Alicja.
-Jak się dowiem, to Ci powiem. -Odpowiedziałem. Jej urocze oczy zrobiły się jeszcze większe, a malinowe usta otworzyły z nie dowierzania chyba. Poprosiłem Ją aby usiadła, tak też zrobiła. Miałem do wyboru uratować Ghostt'a, albo zostawić tutaj Alicję, ranną.Bałem się o Nią, ale wiedziałem też że później Ghostt może nie żyć. Od tej decyzji mogło zależeć Jej życie , lub Jego.
Ciąg dalszy rozdziału czwartego nastąpi.

3.Rebelianci

Uderzyłem z hukiem o beton, na szczęście nie było bardzo wysoko, bo bym się najzwyczajniej zabił. Spróbowałem wstać, lecz nie mogłem podnieść swojej prawej nogi. Chętnie bym sprawdził czemu, ale było strasznie ciemno. Miałem wrażenie, że w tych ciemnościach coś mnie obserwuje. Po jakimś czasie usłyszałem w oddali łódkę, czy coś takiego. Zaraz po tym ujrzałem światło z reflektora który znajdował się z przodu łodzi w której siedziało trzech ludzi. Dwójka z nich trzymała w rękach pistolety podobne do mojego, tylko ze z przyczepioną latarką. "Cholera, przydało by mi się takie coś" pomyślałem. Byli ubrani w jakieś stare mundury,zniszczone i brudne. Na głowach mieli hełmy z metalu, a na mundurze przyczepioną latarkę. Tylko tyle widziałem, za to trzeci człowiek trzymał w ręku jakiś pistolet maszynowy. Na głowie miał kapelusz z kamuflażem, a na twarzy maskę gazową. Mundur miał w jakimś kamuflażu leśnym, a na ramieniu miał dziwny... "herb"? Był to pies, a obok karabin na białym tle. Nie wiedziałem co to mogło znaczyć. W sumie, ja nie miałem jak uciec, a Oni mogli w każdej chwili do mnie strzelić. A Ja do człowieka nie mam zamiaru strzelać. Nie bez konieczności.Jak by nie było, oni też chcą żyć, a ja nie mam prawa im tego życia odebrać. Podczas rozmyślania udało mi się uwolnić moją nogę. Szybko położyłem się na podłodze i udawałem trupa. Dopiero teraz  Odczekałem z 10 minut chyba za nim pojechali. Odetchnąłem z ulgą. Rozejrzałem się w poszukiwaniu jakiegoś światła, nic. Szedłem w ciemności około pięciu minut. Marsz kanalizacja przerwało mi coś na ziemi o co się potknąłem. Spojrzałem się w miejsce gdzie noga mi się potknęła, w poszukiwaniu przedmiotu na którym się potknąłem, i poczekałem aż oczy mi przywykną do nad zwyczajnej ciemności. Po krótkiej chwili moim oczom ukazało się jakieś ciało człowieka, bez połowy głowy, i z poszarpaną ręką. Nogę miał odciętą czymś ostrym. Zasłoniłem oczy na chwilę, w nadziei ze to tylko wytwór mojej wyobraźni. Jednak ciało było tam dalej. W myślach zastanawiałem się czy Go przeszukać w poszukiwaniu czegoś co mogło by mi się przydać. Uklęknąłem przy nim. Boże. Usiadłem akurat na kałuży krwi. Spojrzałem na tors ofiary. Znajdywała się tam latarka taka jak u tamtych ludzi na łodzi. Mundur zresztą był bardzo podobny. a może taki sam? Nie, na pewno nie. Podniosłem latarkę. Oświetliłem Jego ciało. Dopiero teraz zauważyłem różnice. Mundur miał szaro-niebieski. Na głowie nie miał metalowego hełmu, tylko jakiś nowoczesny , z goglami i noktowizorem doczepionym. Założyłem Go na głowę. Rozmiar był prawie idealny. Rzuciłem wzrokiem w kierunku jego ręki. Leżał tam jakiś karabin z krótką kolbą, i długim cienkim magazynkiem sklejonym taśmą z drugim. Na dolnej szynie znajdowała się rączka, a na górnej celownik na podczerwień z małą przedziurawioną czaszką zamiast zwykłego celownika. Kolorystyka była szaro niebieska jak mundur i hełm. Kurde, jaki to kamuflaż? Może jest z jakieś tajnej jednostki wojskowej, czy coś. Przeraził mnie fakt, ze tak uzbrojony żołnierz nie poradził sobie z napastnikiem. na pewno był dobrze wyszkolony. Spojrzałem na ramie żołnierza. Miał "herb" z rozwiniętym spadochronem. Obok pisało "PES". Trochę niżej dostrzegłem mały napis "Prototype Elite Soldiers" W miejscu gdzie kiedyś była latarka, pisało "DFA". Przy tym również był mały napis; "Death From Above"  żebym ja jeszcze wiedział co to znaczy. Wziąłem karabin do ręki , dopiero teraz zauważyłem napis "Prototype" na boku lufy. Nie przejąłem się tym. Włożyłem rękę do jego kieszeni, i wyjąłem stamtąd dwa magazynki. Wstałem, a noktowizor który był przyczepiony do hełmu sam się opuścił. Chciałem go włączyć , lecz nie wiedziałem jak. Wymacałem na hełmie pięć guzików. Kwadrat, trójkąt, kółko, i pionową kreskę oraz poziomą. Wcisnąłem kwadrat. Przez chwile nic się nie działo, ale później na moich goglach pojawiły się jakieś wykresy. Usłyszałem pikanie, i po tym czyiś głos. Gdzieś z góry. Wykresy zaczęły szumieć tak głośno, że go zdjąłem i wrzuciłem do wody. Ups... "Dobra, ja stąd się zbieram... Bo jeszcze wywalę cały tunel w powietrze. ". Lekko się zaśmiałem , sam do siebie. Przyczepiłem sobie latarkę do czarnej podkoszulki, i ją zapaliłem. Mury w okół mnie były brudne, i wilgotne. Po bokach były małe "drogi" a po środku woda. w której wolałem szczerze nie wiedzieć co pływa. w końcu to kanalizacja.. Szedłem wilgotnym chodnikiem z... kwadrans? jakoś tak. Zobaczyłem jakieś skrzyżowanie. Nie wiedziałem gdzie iść. Po prawej zobaczyłem... Tego kościotrupa którego mam dość. Ruszyłem znów w pogon za nim. O dziwo, przeskoczyłem szerokość około dwóch metrów w której znajdowała się mala "rzeczka". Po 5 minutach sprintu się zmęczyłem. Przede mną tunel skręcał w lewo. Odpocząłem chwile, i wychyliłem się. Zobaczyłem jakąś bramą do której z innego korytarza wpływała woda. Obok bramy po dwóch stronach były wieże z reflektorami i żołnierzami takimi jak w łodzi. Chciałem zawrócić, lecz dostrzegłem w łodzi Alicję i towarzyszącego Jej żołnierza . Oby dwaj byli skuci. Wpłynęli za bramę. Bez dłuższego myślenia nacelowałem celownikiem a mechanizm bramy. (Linka która Ją podnosiła). Strzeliłem. Brama zamknęła się prosto przed nimi.Nie wiem czy tego chciałem. Ghostt złapał żołnierza na łódce, i uderzył nim trzy razy o burtę. Na prawej wieżyczce ktoś nacelował w Niego karabinem. Szybko podniosłem swój, i nacelowałem czaszką w twarz żołnierza. Dopasowała sie idealnie do jego głowy. Nacisnąłem lekko na spust. i wystrzeliłem. Zabiłem człowieka. Będę się tym później przejmował, na razie mam do uratowania Alicje i Ghostt'a których prawdo podobnie zlapali przezemnie.Wbiegłem do łodzi, i zobaczyłem twarz zmasakrowanego żołnierza przez Ghostt'a. Strzeliłem w ich kajdanki. Ghostt podał mi rękę, i podziekowal. Tak , jak by dziekował za coś normalnego jak podanie godziny. Kajdanki Alicij sam rozpialem, nie chcialem zrobic Jej krzywdy. Jakims dziwnym trafem nasze palce się splotły.Spojrzałem na Nią, a Ona sie zarumieniła i lekko uśmiechnęła. Ghostt sie na nas spojrzał.
-Rzygam. Chodzcie zakochańce, mozliwe ze maja jakies zapasy!- krzyknal Ghostt. Szybko nasze palce sie rozłączyły, a ja podałem Jej swój pistolet. Ja mialem karabin. Ghostt podniosł karabin z ziemi. Stanął przy drzwiach obok bramy z zepsutym mechanizmem, i je zasłonił, po czym spojrzał sie na mnie. Cos mnie zaniepokoiło.
-Moglismy przez Ciebie zginąć! Gdzie Ty kurwa byłeś?-Krzyknął. Alicja próbowała Go uspokoić, lecz bez skutku. Zacząłem mu mówić wszystko co pamiętam. Czyli od obudzenia sie w szpitalu... Zajeło mi to około dwadzieścia minut. Rozmawialiśmy o tym i szliśmy ciemnymi korytarzami szukając wyjścia. Pominąłem tylko ich podsluchana rozmowe, i przytulenie mnie przez Alicję. Skończyłem, i akurat znaleźliśmy wyjście.
-No nieźle... - w jego głosie było słychać skruche. Ale starał się tego nie pokazywać. Wszedłem pierwszy po drabinie, odchyliłem lekko klapę, i rozejrzałem sie. "Pusto" szepnąłem do Ghostta podemną. Wyskoczyłem z wejscia do kanału z karabinem na biodrze. Poczekałem aż wyjdzie Alicja, i opuściłem swój karabin.
-----
Przepraszam za błędy itd, pisałem to na tel w autokarze. Bardzo proszę o jakieś komentarze, jak to ktoś czyta :c

niedziela

2. Alice



Otworzyłem oczy. Znajdywałem się w ciemnym budynku, z dziurami w ścianach przez które wlatywały promyki światła. Mimo wszystko to nie oświetlało pomieszczenia w którym sie znajdowałem. Na środku znajdywało się duże ognisko które się paliło otoczone kamieniami. Ja leżałem w kącie na jakimś materacu przykryty... mundurem? Tak, mundurem. Ktoś wszedł do pomieszczenia, a dokładniej dwie osoby. Zamknąłem szybko oczy, i zacząłem udawać że dalej jestem nie przytomny. Co jakiś czas otwierałem troszeczkę oczy , żeby zobaczyć co się dzieje. Na początku usiedli przy ognisku, tyłem do mnie. Pierwsza osoba była w desantach, i bojówkach. Widocznie ten mundur który mnie właśnie ogrzewa, musi być Jego. Miał hełm, ale było widać spod Niego blond włosy. Obok Niego leżała kamizelka taktyczna, i karabin automatyczny. Druga osoba to chyba była kobieta. Była w jakiś zwykłych czarnych butach, i ciemnych jeansach. Podkoszulkę w sumie też miała czarną. Włosy miała długie, trochę dłuższe niż do ramion.
-I co? Znalazłaś coś? – Odezwał sie po dłuższej ciszy nieznany męzczyzna.
-Nic... Nie gniewaj się. –Odpowiedziała lekko wystraszona dziewczyna. Miała delikatny głos. Myslę, że gdybym kiedyś rozmawiał z aniołem, to miał by właśnie taki głos. Druga postać przez dłuższy czas wpatrywała sie w ognisko.
-Nie mam na co, to nie Twoja wina. –Odpowiedział po jakiś pięciu minutach. Spojrzał na Jej twarz, i otworzył usta żeby coś powiedzieć, lecz chwilę później Je zamknął.
-No mów...
-Nie wiem co z nim.Długo się odzyskuje przytom...
-Ale oddycha! –Przerwała mu dziewczyna z nutką nadzieij w głosie. –Przecież musi żyć! -Ciszej, bo jeszcze sprowadzisz na nas jakąś hordę tych zjebów... Nawet jeśli żyje, to na pewno nic nie pamięta. Pamięć może odzyskiwać bardzo długo. No, Ty się nim zajmij, a ja idę poszukać zapasów. Gdyby coś, będę nie daleko. –Wyjął pistolet z kabury, i wręczył Go dziewczynie. –W razie czego, strzelaj. – Pokiwała głową, dając znak że zrozumiała.Męzczyzna wstał, podszedł do wyjścia , na chwilę się odwrócił, nie wiem w sumie po co. Na twarzy miał hustę, a na oczach gogle.Wyszedł. No cóż... Minęły może z dwie minuty, a dziewczyna wstała, i uklękła obok mnie. Zamknąłem oczy, udając dalej że jestem nie przytomny. Poczułem jak odgarnia moje włosy. Szepnęła „Kiedyś mnie znowu przytulisz, tak jak kiedyś, prawda? Tęsknię...” po czym zostawiła moje włosy, i usiadła tam gdzie siedziała wcześniej. Zacząłem się zastanawiać, czy nie wstać, i pokazać że żyje , bo zaraz mnie użyją jako dokładki do ogniska...Otworzyłem oczy, zupełnie, a nie tylko podniosłem lekko tak jak wcześniej to robiłem.Przeszedłem do pozycij siedzącej. Poszło mi to tak cicho, że nawet się nie odwróciła..Po prawej było okno, z którego padł blask światła akurat na Nią. Włosy Jej lśniły. Odgarnęła Je, po czym dalej wpatrywała się w ognisko. Spojrzałem w okno. Ujrzałem... Postać która wcześniej wyskoczyła przez okno, i może nawet zabiła tamtych żołnierzy. Patrzyła się na tą dziewczynę. Wyciągnąłem szybko pistolet, i skierowałem w tamto coś celownik. Nacisnąłem na spust i... usłyszałem tylko brzdęk, a postać znikła. Magazynek był pusty.Zastygłem w bez ruchu. Dziewczyna szybko się odwróciła, i spojrzała na mnie. A ja dalej patrzyłem się w okno z wycelowanym tam pistoletem.
-Możesz... to odłożyć? –Powiedziała swoim uroczym głosem.
-Ale tam w oknie było coś... Eh, długa historia... –Odpowiedziałem tak szybko, że nie wiem czy zrozumiała.W końcu opuściłem pistolet, i położyłem na podlodze. Miałem wrażenie, że się wystraszyła. W końcu powoli odwróciłem głowę w Jej stronę, i spojrzałem się na Nią. Jej usta były małe, i czerwone jak róża. Uszy były lekko odstające, ale nie bardzo. Nos,a w sumie nosek miała uroczy, malutki. Długie rzęsy, i ciemne brwi. Jej oczy się lśniły. Nie wiem czy to od słońca, czy może płakała. W prawym oku było widać ciemną zieleń, a w prawym błękit. Jej oczy były piękne. Chyba jako jedyne z wszystkich elementów na twarzy oprócz ust, i ubioru nie były ciemne. Patrzyłem się tak na Nią przez dobre pięć minut, a Ona na mnie.Nie wiedzieliśmy co powiedzieć. Byliśmy od siebie na wyciągnięcie ręki.
-Stęskniłam się...-Wymamrotała dziewczyna. – Jestem Alice. Pamiętasz mnie?...
-To Ty zostawiłaś list? – Szybko spytałem.
-Tak, to ja... Przepraszam że Cię nie wzięłam. Nie było jak. Nie miałam siły...
-Okej, rozumiem. Nie pamiętam nic od obudzenia się w tamtym budynku...-Pokiwała głową. Opuściłem wzrok, i gapiłem się w ziemię. A raczej beton. To był beton. Przybliżyła się lekko, wyciągnęła ręce i mnie przytuliła, trochę nie pewnie. Tak jak by nie wiedziała, czy na pewno chce to zrobić, lub bała sie reakcij. Odruchowo podniosłem ręce, i przycisnąłem Ją jeszcze mocniej do siebie. Chyba się uśmiechnęła, ale nie jestem pewny. Włosy mi zasłaniały. „W końcu sobie wszystko przypomnisz, zobaczysz” Wyszeptała mi na ucho. Usłyszeliśmy kroki czegoś ciężkiego. Puściła mnie, i podeszła do okna. Wpatrywała się przez chwilę , po czym usiadła przy ognisku. „-No chodź, nie wstydź się” powiedziała lekko się uśmiechając.Wstałem z trudem, a odłamek w brzuchu dał się znów poczuć. Starałem się nie pokazywać Go, bo wyjdzie że ktoś do mnie strzlelał, a wątpię żeby uwierzyła w to, co się na prawdę stało. Przy ognisku, było małe lusterko w którym odbiała się moja podkoszulka. Przy brzuchu było widać straszną plamę krwi.
-Jezu, przecież Ty krwawisz! – Wykrzyknęła Alice, tak głośno że miałem wrażenie, że zaraz ogłuchne.
-Spokojnie, to tylko odłamek... Już nie krwawi... –Powiedziałem najbardziej spokojnie jak potrafiłem, chodź chyba mi się to nie udało.
-Przyjdzie Ghostt, to Ci to wyjmie. Ja się boję,że zrobię Ci jeszcze większą krzywdę...
-Ghostt? –Spytałem z ciekawością.
-Tak, gdyby nie on w sumie mnie już by tu nie było... –Odpowiedziała powoli jak do małego dziecka. Właśnie sobie uświadomiłem, że Alice nie wie o tym że słyszałem całą rozmowę. Stwierdziłem, że wolę się nie przyznawać do tego. Myślę, że gdyby ten mężczyzna (Który najprawdopodobniej nazywał się „Ghostt”) nie wyszedł, ja bym dalej nie wstał. Wychodzi na to, że jestem tchórzem... Utkwiłem wzrok w odwróconej do mnie plecami Alice. Szukała czegoś w małym plecaku. W końcu wstała, i wręczyła mi pudełko z nabojami. „Przepraszam, Ghostt kazał mi to zabrać na wszelki wypadek...” powiedziała cicho czarnowłosa dziewczyna. Nie odpowiedziałem. Wziąłem pistolet, i załadowałem do pełna, po raz drugi. Przeciągnąłem , i schowałem za pasek od spodni. Przez dziure w ścianie która robiła za wyjście z budynku zajrzała postać, którą widziałem już pare razy. Ta sama, którą zobaczylem na początku przez dziurkę od klucza, i ta sama którą widziałem przez okno. „Nie, tym razem mi nie uciekniesz.” Powiedziałem sobie w duchu, tak jak bym bez tego nie mógł wstać. Wyprostowałem nogi, wyciągnąłem pistolet, i wybiegłem z budynku. Alice coś krzyczała. Nie zwracałem na to uwagi. Nie wiem czemu, ale dopadnięcie tej postaci było dla mnie bardzo ważne, chyba obecnie najważniejsze. W końcu , to coś się ze mnie śmiało. Biegłem tak z pistoletem przez te zrujnowane budynki, i goniłem tajemniczą postać. Spuściłem wzrok na chwilę z niej, lub niego, i spojrzałem na pistolet. Przeciągnąłem czarny kurek, i podniosłem broń żeby wystrzelić. Przeklnąłem głośno. Uciekła. Tyle razy skręcałem w pogoni za tą postacją w różne alejki i zrujnowane ulice, że się zgubiłem. Ulice były wyciągnięte niczym z post apokalipstycznych filmów. Były ciemne, popękane, i śmierdziało tu. Serio, strasznie śmierdziało. Rozejrzałem się. W sumie, z każdej strony w każdej chwili mógł wyskoczyć na mnie ktoś z bronią i mnie zabić biorąc mnie za to coś, co mnie chciało zabić. Dopiero po dłuższej chwili ujrzałem jakąś szarą, niską postać. Podszedłem bliżej. Była to mała dziewczynka. Niewiedziałem w sumie co powiedzieć. Stała w białej sukni, wpatrzona w podłogę. Opuściłem broń, i wpatrywałem się w małe dziecko. Mrugnąłem, a Ona podniosła w tym czasie swoją małą głowę. W Jej oczach było widać ogień i gniew. Podniosłem broń, lecz nie umiałem strzleić. W końcu, to tylko małe dziecko... Rozłożyła ramiona i poleciała w jakąś małą dziurę... Podbiegłem szybko w miejsce gdzie wskoczyła. Wskoczyła w ścieki... Po raz setny przeklnąłem sobie w duchu. Złapałem za zimny szczebel drabiny, i zacząłem schodzić w ciemną ochtłań... Bałem się, ale ciekawość zwyciężyła nad strachem. Nie miałem żadnego źródła światła, i byłem ranny. Jedyne co dodawało mi otuchy, to broń. Drabina, nie wyglądała na zbyt stabilną. Schodziłem szczebelek, po szczebelku. W pewnym momencie jeden się zerwał. Zacząłem spadać w otchłań.

1. Szkielet tego czegoś.



Obudziłem się w zimnym pomieszczeniu, które było wyłożone białymi płytkami. Niektóre były popękane, i zakrwawione. Cholera, co tu się stało? Chciałem wstać, i gwałtownie spróbowałem się podnieść. Pasy skórzane zacisnęły się na moich kostkach i nadgarstkach jeszcze mocniej. Dopiero teraz je zauważyłem. Na szczęście wyglądały na stare. Po paru gwałtownych pociągnięciach prawą ręką, wyrwałem się, i odwiązałem resztę pasów. Przeszedłem do pozyci siedzącej. Rozejrzałem się po pokoju wyglądającego jak psychiatryk. Mało okien, dużo łóżek z pasami, i para drzwi. Na białej szafce obok łóżka leżał zegarek. Sprawdziłem która godzina. Na popękanym zegarze widniała godzina „03:15”. Nie możliwe, przecież zza okien padał blask słońca na to ciemne pomieszczenie. Nie mogła być trzecia w nocy. Po minięciu jakiś trzech minut godzina się nie zmieniła. No cóż, musiał być najwidocznej zepsuty. Nagle w głowie zacząłem sobie zadawać pytania jak się nazywam. Nic nie pamiętałem.Zupełnie. Otworzyłem szafeczkę, na której stał zepsuty zegar. W środku były jakieś karty. Nic co by mnie interesowało. Zacząłem wołać. Kogo kolwiek. Nikt nie odpowiadał. Odwróciłem się zrezygnowany. Na łóżku ktoś leżał. Usiadłem na łóżku gdzie leżała tajemnicza postać. Zacząłem Nią lekko poruszać aby się obudziła. Nic. Sprawdziłem tętno. Nie trzeba być lekarzem, żeby stwierdzić że nie żyje. Po chwili siedzenia ujrzałem na szafce z zegarem karteczkę, której wcześniej nie dostrzegłem. Chwyciłem Ją do ręki. Zaczałem powoli czytać, tak jak dziecko w pierwszej klasie. Cholera, kiedy ja ostatnio coś czytałeM?
„Drogi Danielu!
W mieście rozpętało się piekło. Ewakuowali stąd ludzi, poczym ich rozstrzeliwali na korytarzach. Nie podając przyczyny. Nie zdążyłeś się wybudzić ze śpiączki. Schowaliśmy Cię, a gdy wyszli, odstawiliśmy na to łóżko. Mamy nadzieję, że nas znajdziesz. Powodzenia. Wiemy, że dasz radę.
-Alice”
Ten liścik rozpętał jeszcze większy mentlik w mojej głowie. Kim jest Alice? Dlaczego rozstrzeliwali ludzi, i kto? Pismo wygląda jak by się bardzo śpieszyła. I dlaczego pisała w liczbie mnogiej? Chcąc znaleźć odpowiedź, otworzyłem swoją szafeczkę jeszcze raz. Karty, które wcześniej wydawały mi się bezużyteczne, nabrały teraz znaczenia. Zacząłem szperać, i szukać karty kogoś z imieniem „Daniel”. Tak chyba mam na imię. Znalazłem. „Daniel Ronestly. Urodzony 3 Maja 2016 roku, w mieście Dierlight Monrus. Choruje na za...” i w tym miejscu komuś wylał się atrament. Akurat na moją kartę. Szlag by to trafił. Szukając odpowiedzi , spojrzałem błagalnie na drzwi tak jak by miały mi odpowiedzieć na wszystko. Na podłodze zauważyłem niebieski długi długopis. Trochę mi tu nie pasował, wyglądał jak by był przyniesiony z zewnątrz. Rozprostowałem nogi, chwilę próbując utrzymać równowagę. Niestety nie udało mi się to,i padłem z hukiem metalową ramę... Poczułem straszny ból w głowie. Wcześniejsze marzenie, żeby spotkać tu kogoś, zamieniło się w strach, przed tym że ktoś tu wejdzie, i będzie chciał coś mi zrobić.Gdy opanowałem strach, podszedłem do czarnych, szerokich drzwi. Rzucały się w oczy, ponieważcałe pomieszczenie tak jak wcześniej wspomniałem było białe. No, oprócz ram łóżek. One są srebrne. Na drzwiach widniał napis „Dla personelu”. Zapukałem. Coś zaczęło bełkotać w pomieszczeniu za drzwiami. Dźwięki te straszie mnie przeraziły. Nie wiem czemu, chwyciłem przedmiot o który wcześniej uderzyłem (Tak ładnie mówiąc) się głową. Zerwał się z łóżka. Skutek był taki, że miałem w ręku metalowe coś, co mogło posłużyć za broń. Teraz dopiero nabrałem odwagi żeby otworzyć drzwi zza których dochodziły te chore dźwieki. Przycisnąłem dłoń do klamki, mocno zacisnąłem dłoń na metalowej części drzwi. Nabrałem wdechu, i przycisnąłem mocno klamkę do dołu i... się zerwała. Klamka się zerwała. Serio. Ten walony kawał metalu zerwał się. Westchnąłem. Spojrzałem przez dużą dziurkęw drzwiach, która powstała w wyniku oderwania się klamki z kawałkiem drewna z drzwi. Widziałem pare monitorów, szafkę, i... stojak z karabinem. Nie byłem pewny, ale wyglądało to jak karabin. Skupiłem sie na tym miejscu. Po przeciwnej strony dziurki od klucza nagle pojawiło się lśniące zielone oko. Odskoczyłem z krzykiem. Co to kurwa było? Otrząsnąłem się szybko, i bez namysłu kopnąłem z całej siły w drzwi. Noga się odbiła, a ja znów wylądowalem na posadzce. Z pomieszczenia dobiegł mnie cichy śmiech. Przerażający śmiech. Nie miałem zamiaru się poddawać, ten śmiech tylko mnie zmotywował żeby tam wejść. Zezłoszczony uderzałem w drzwi kawałem metalu. W końcu wybiłem mała dziurę. Włożyłem w środek moje narzędzie, i zaczałem nim tak ruszać, aby połamać drzwi. W prawdzie, nie udalo mi sie to tak jak zamierzałem, czyli drzwi nie padły przed potęgą mojego narzędzia, ale popękały. Odsunąłem się, i szepnąłem „Oby teraz mi się udało”. Kopnąłem w kawał drewna, a On wypadł z zawiasów. Szybko przyjąłem bojową postawę, lecz w środku było pusto. Wszedłem/weszłem powolutku dalej trzymając moje wielo funkcyjne narzędzie którym była rama od łóżka. W środku było zupełnie pusto. A przedmiot który wydawał się karabinem, to tylko sam szkielet jakiegoś starego karabinu. Szybko spojrzałem się pod drzwi które leżały na podłodze. Nie, tam też nie było tego czegoś. Pomieszczenie bodajże ochrony. Ciemne, zupełny kontrast tamtego. Monitoring, wygodny zakrwawiony fotel, i parę szafek. Zacząłem wszystkie przeszukiwać. Otworzyłem pierwszą. Zaskrzypiała jak by nie była otwierana od wieków. Pusto. W drugiej znalazłem jakieś małe pudełeczko. Nawet pięć takich samych. Brałem każdą do ręki, i sprawdzałem zawartość. Z ostatniej wypadło mi na ręce pare naście naboi. Na pudełku pisało „9mm”. Otworzyłem trzecią szafeczkę z nadzieją, że znajdę tam jakiś karabin. W części moje marzenie się spełniło. Znajdywał się tam pistolet, z powiększonym magazynkiem. Miał wygrawerowany dziwny okrąg na lufie. Sprawdziłem czy naboje pasują do magazynka. Weszły bez problemu.Zostało mi jeszcze pięć kul w zapasie. Wyjrzałem przez okno; znajdywała się tam postać z zielonymi oczami. Szkielet człowieka w mundurze policjanta, z czapką i krawatem. Zaczęła się śmiać, i pobiegła dalej. Wszedłem na parapet z zamiarem rzucenia się w pościg za tym czymś, lecz dostrzegłem że na dół jest jakieś 30 metrów. Dopeiro teraz do mnie dotarło że to nie był zwykły człowiek. Rozejrzałem się oglądając miasto. Wysokie, często zniszczone budynki, wieżowce z powybijanymi szybami, domy bez dachów, wszędzie ruiny. Na dole na zaśmieconej ulicy dostrzegłem coś brązowego. Ciemnego. Wyglądało jak drewno. Drewno na środku ulicy? Zszedłem z parapetu. Usiadłem na fotelu, odwróciłem się w strone wejscia, przed tem zamknąłem okno,i  wpatrując się w monitoring i myśląc o tym co dzisiaj widziałem. Doszedłem do wniosku, że to tylko głupi sen, zaraz się pewnie obudzę. I patrząc tak w ten monitoring, coś tam zaczęło się rusząć. Spojrzałem na ekran podpisany „Cam09 – Wejscie”. Przez drzwi weszła trójka uzbrojonych ludzi z karabinami, gotowi do strzału gdyby coś im wskoczyło na celownik. I chwilę później tak sie stało. To coś, co przed chwilą widziałem, również znalazła się na ekranie małego „Telewizora”. Przyglądałem się jak małe dziecko ulubionej bajce z ciekawością. Żołnierz coś krzyknął i... obraz się... zepsuł? Ekran zaczął mieć jakieś zakłócenia, po czym się wyłączył. Może któryś z nich przypadkiem strzelił w kamerę? Chwilę po tej myśli, wszystkie światła zgasły. Jedyne żródło światła to to okno, z którego widać zruinowane miasto. Włożyłem rękę pod biurko, i wymacałem latarkę. Odpiąłem z jakiegoś uchwytu, i włączyłem. Na szczęście działała. Wstałem, i wróciłem do poprzedniego pomieszczenia. Podbiegłem cicho do drzwi, przez ktore jeszcze nie przechodziłem. Pociągnąłem za klamkę. Zamknięte... Wycelowałem pistoletem w zamek, i strzeliłem. Dźwięk był tak głośny, że dudniło mi przez chwilę w uszach, a odłamek naboju bardzo mały wbił mi się gdzieś w okolice brzucha. Ryknąłem z bólu, i złapałem się odruchowo za miejsce w które wpadł kawałek naboju.. Przeklnąłem pare razy w duchu, i uchyliłem drzwi. Prawa strona korytarza, zupełnie ciemna, ściany były również białe, jak w poprzednim pomieszczeniu, lecz było więcej krwi. Po dłuższej chwili przylądania się pomieszczeniu, dostrzegłem łuski naboi. Bardzo dużo łusek. Uchyliłem bardziej drzwi, i spojrzałem w prawą stronę podłużnego korytarza. Zobaczyłem szare postacje pod ścianami, i ludzi z karabinami wycelowanymi w ludzi pod ścianą. Wszyscy byli tacy jacyś rozmazani, szarzy. Schowałem się za drzwiami, żeby mnie nie zauważyli. Wyjrzałem przez dziurę którą zrobiła moja kula. Było tam.. Pusto. Przewidziało mi się, dosyć dużo rzeczy dzisiaj widziałem.. Poświeciłem latarką na podłużny tunel który wydawał się być bez końca. Nie wiem czemu, ale poszedłem w tą ciemniejszą stronę korytarza; prawą. Latarka świeciła coraz słabiej, bałem się że zaraz bateryjki się wyczerpią, a nie miałem zapasowych. Trzmyjąc w lewej ręce latarkę przed siebie, a w prawej ręce która była opuszczona pistolet, zszedłem po schodkach które zauważyłem już przy wyjściu z pokoju. Wydawało mi się, jak bym schodził z godzinę, albo dwie, a klatka schodowa się cały czas pomniejszała. W końcu zszedłem do miejsca z wyjściem. Lampa wisiała na jednym kablu jak by miała zaraz spaść. Rozejrzałem się po pokoju. To było to pomieszczenie , które widziałem na monitoringu... W środku leżała trójka żołnierzy, a raczej to co z nich zostało, czyli mięso. Wokół nich był namazany jakiś wzór z krwi, nie zdążyłem się przyjrzeć, bo usłyszałem jakiś hałas. Pobiegłem do jakiegoś kąta, i próbowałem wyłączyć latarkę, ale wypuściłem Ją z rąk, i upuściłem. Chwilę później latarka rozbiła płytkę, robiąc straszny hałas. Przypomniałem sobie o moim odłamku naboju w brzuchu, Wybiegłem z budynku dociskając sobie dłoń do rany, otworzyłem drzwi i zobaczyłem... Ruiny, mało który budynek nie był uszkodzony. Spojrzałem się w niebo, słońce mnie oślepiło. Zasłoniłem oczy. Usłyszałem znowu jakieś szepty. Przeklnąłem w duchu, i wyciągnąłem pistolet przed siebie. Pusto... na ulicy leżało jakieś ognisko. Podszedłem bliżej, i dotknąłem drewna. Poparzyło mi palce. Po chwili zauważyłem, że ogień jeszcze się tlił. Zza pleców usłyszałem czyjeś szybkie kroki. Odwróciłem się, i patrzyłem w drzwi. Nie wiedziałem co robić. Z budynku wybiegł jakiś człowiek z odciętą (A może odgryzioną?) wątrobą, który miał w twarzy jakieś mięso. Wyciągnąłem pistolet przed siebie, a On zatrzymał sie dokładnie przed lufą, która była idealnie na wysokości jego... twarzy? Stanął, i patrzył się w moją lufę. Nie miałem odwagi nacisnąć spustu. Nagle coś usłyszałem głośny huk, i coś rozsadziło głowę temu człowiekowi... Spanikowałem, i wbiegłem gdzieś w ruiny. Na ziemi leżały kamienie, cegły, puszki, deski, opakowania, wszystko. Nie zwracałem na to uwagi, i biegłem przed siebie. Gdy się zmęczyłem, przycisnąłem się mocno do ściany, i odetchnąłem z ulgą. Spojrzałem w miejsce, gdzie przed chwilą biegłem, pusto. Przykucnąłem , i spojrzałem w lewo. Siedział tam jakiś człowiek odwrócony w przeciwną stronę.
-Ej chłopie, żyjesz? Jakaś paranoja... –Westchnąłem, i spojrzałem jeszcze raz w miejsce gdzie biegłem, sprawdzić czy mnie nikt nie goni. Nagle poczułem zaciśnięte ręce ma nojej kostce, odwróciłem się gwałtownie w strone gdzie wcześniej siedział nieznajomy, teraz to coś ciągnęlo mnie za kostkę. Nie miało połowy twarzy, a oczy miało wydłubane. Wycelowałem pistolet  w twarz tego czegoś,przyłożyłem lufę między oczy, zamknąłem oczy, i strzeliłem.. Prawie natychmiastowo krew oblała mi twarz. Usłyszałem głos jakieś dziewczyny „Stamtąd ktoś strzelał!” po czym straciłem przytomność...