Miłego weekendu! Zapraszam do komentowania, to strasznie jak widzicie motywuje!
---------------
Zrobiłem kolejne parę kroków bojąc się, że za chwilę to wszystko po czym się poruszam runie, nie wyglądało na wytrzymałe. Nagle przede mną pojawiła się szara, nie wyraźna postać. Tak po prostu, znikąd. Szła po schodach przedemną odwrócona plecami. W poszarpanej dłoni trzymała karabin. Idąc od przewrócenia dzieliła ją nie wielka granica, lecz starała się dojść jak najwyżej. Gdy weszła już, odwróciła się i podniosła karabin w moją stronę. Zaczęła strzelać, lecz nic mnie na szczęście nie trafiło... Kule tak jak by przenikały przeze mnie... Obejrzałem się za siebie, był tam ten sam potwór który przebiegł w korytarzu, lecz tych była masa, i również były strasznie nie wyraźne. Przebiegły dosłownie przeze mnie, rzucając się na żołnierza w kamizelce i masce gazowej. Zaczęły go gryźć, po czym usłyszały dźwięk którego mi nie było dane usłyszeć, i poleciały wyżej. Postać zaczęła się czołgać ledwo żyjąc do ściany, po czym po prostu odeszła; umarła. Poszedłem wyżej, i zobaczyłem martwe pogryzione ciało właśnie w tamtym miejscu. Na moje oko było martwe już od dawna.... Co to było? Wszedłem zastanawiając się nad tym na drugie piętro. Światło bijące z szyb które tutaj już nie były zabite, a przynajmniej takie się zdarzały zaczęły bić mnie po oczach. Przede mną stały jak by dwa cienie zarażonych.Podniosłem broń i wycelowałem w głowę z jednego z nich, lecz padł na ziemię jeszcze przed moim strzałem. Drugi chwilę potem,padając na mnie. "Alex" pomyślałem. Zepchnąłem go ze schodów, i wbiegłem na piętro.
-Alicja! - Krzyknąłem po raz drugi. Rozejrzałem się, pusto. Stwierdziłem że nie będę marnował czasu na to piętro. Wbiegłem od razu na kolejne piętro, słysząc za sobą strzały.Odwróciłem się, i zobaczyłem kolejnych dwóch żołnierzy, znów szarych i nie wyraźnych.Znikli za rogiem cały czas strzelając do czegoś. Złapałem się za głowę, i powstrzymałem się jakimś cudem od zemdlenia i wbiegłem na drugie piętro. Krzyknąłem znów, lecz tym razem dostałem odpowiedź. Niestety, to nie był głos Alicji. Odpowiedzią był jakiś głośny, męski jęk. Pobiegłem za nim, i znów go usłyszałem. Dochodził z jakiegoś zamkniętego pomieszczenia. Przyłożyłem ucho i zaczałem nasłuchiwać.
-Spokojnie, nic Ci nie będzie.. -Powiedział wolno jakaś osoba, głosem przypominająca Ghostt'a.
-Dasz radę mu pomóc? -Usłyszałem Alicję.
-Alicja?!? - Krzyknąłem. Nikt nie odpowiedział,a usłyszałem jedynie kolejny jęk. -Z kim jesteś? - Krzyknąłem jeszcze głośniej i "odkleiłem" ucho od drzwi namierzając celownikiem w stronę drzwi.
-Kim jesteś? - Odpowiedziała mówiąc normalnym głosem.
-To ja, Daniel... -Powiedziałem, po czym drzwi się otworzyły i wybiegła Alicja. Wyglądała inaczej, włosy miała ściete do szyji a na twarzy pojawił się wielki uśmiech na mój widok. Była ubrana w szare bojówki i lekko ciemniejszą bluzę. Przytuliła mnie mocno, a ja upuściłem karabin na ziemię aby ją objąć. Trzymałem ją tak jeszcze przez chwilę, dopóki nie wyszła druga osoba...
-Dbaj o broń, synu. -Zażartował... Ghostt! Skąd on się tutaj wziął? Podał mi rękę, a ja ją mocno uścisnąłem... Wydawał się zupełnie inny. Jak by "nie ten Ghostt". Spojrzałem przez szybę, i zobaczyłem postać schodzącą z jakiegoś dachu.Alex. Zaraz tu powinien wrócić. Szybko streściłem Ghostt'owi to co się działo przed chwilą a on się na mnie spojrzał ze zdziwieniem.. -Ale... To nie mogłem być ja. Od dłuższego czasu się stąd nie ruszałem.. Pogadamy o tym później, i zaprosił mnie do pokoju skąd wydał się kolejny jęk. Zobaczyłem żołnierza takiego samego, jak ten na schodach... Ale ten żył. I wyglądał realnie. Usiądź, ja muszę się nim zająć. Tak też zrobiłem, i opowiedziałem o wszystkim, oprócz tego co zobaczyłem w budynku, wolałem to zachować w tajemnicy. Uprzedziłem również o Alexie, i opowiedziałem dokładnie wszystko od kiedy ich "zgubiłem". Słuchali uważnie, wyłapując każde moje kolejne słowo. W tunelu usłyszałem kroki.
-To ten Alex pewnie idzie. -Uspokoił mnie Ghostt. Wsłuchałem się.
-Nie... -Zaprzeczyłem. -Alex jest sam, a ja słyszę więcej kroków. -Ghostt się na mnie spojrzał. Nagle poczułem dłoń na swoim ramieniu.
-Spokojnie ,to tylko ja. - Uff, to był Alex... -Słyszałeś kogoś jeszcze? -Spytał zdziwiony, patrząc się przy okazji na Ghostt'a i Alicję.-Chodź na chwilę, pogadamy -Powiedział po czym zachęcił mnie do wyjścia z pomieszczenia. Podszedł do mnie, i na szybko mu wyjaśniłem o co chodzi z Ghostt'em, ale jak by to jego nie interesowało, lub wcale nie słuchał.-Słyszałeś więcej kroków, zgadza się? -Spytał z wielką powagą.
-Tak, tak mi się zdawało... -Odpowiedziałem nie pewny.
-I pewnie widziałeś jakieś nie wyraźne postacie, co?
-No... Można tak powiedzieć. -Powiedziałem speszony
-Cholera, Ty też. Słuchaj, niektóre miejsca na świecie mają straszne historie, lub po prostu ciekawe; warte zachowania na dłuższy czas. -Mówił rozglądając się. -Ci, kogo widzisz to "duchy historii", a przynajmniej ja je tak nazywam. W zależności od miejsca możesz widzieć same prześwity ich, całych a czasami nawet możesz z nimi porozmawiać. Nie mogą Ci nic zrobić, nie musisz się ich obawiać... Można się od nich dowiedzieć sporo rzeczy, i zaciekawić co tu się takiego mogło stać, by to miejsce było warte zapamiętania. Dobra, wracajmy do reszty... -Powiedział, i wszedł zostawiając mnie na korytarzu. Mignął mi przed oczami obraz tego miejsca z zewnątrz, tyle że zupełnie zadbanego, nie zniszczonego... Głowa mnie rozbolała jeszcze bardziej, i nie potrafiłem powstrzymać się od jęku z bólu. Ghostt od razu po mnie przybiegł, pomógł mi wejść do pomieszczenia oraz usadowił pod ścianą.
-Daj mu po prostu odpocząć.-Powiedział Alex patrząc się na Ghostt'a. Patrzył na niego jak na starego przyjaciela. Nie wytrzymałem z pytaniem.
-Znacie się? - Zapytałem, lecz Alex puścił moje pytanie koło uszu. Patrzył się wciąż na Ghostt'a, po czym otworzył usta.
-Jacques? -Spytał z powagą Alex patrząc się na mojego towarzysza. Równie ciekawie przyglądała się temu Alicja.
-Ryan? -Odpowiedział kolejnym pytaniem, i rzucił się na Al... Ryan'a? Poklepał go po plecach, jak starego przyjaciela.
-Znacie się? -Powtórzyłem pytanie.
-Jasne. -Odpowiedzieli we dwójkę.
-Skąd? -Wtrąciła się Alicja ze swoim pytaniem.
-Francja, rok temu. -Mówił Jacques, znany mi jak Ghostt. -Ryan,czyli Alex był moim spotterem; obserwatorem. Mamy za sobą parę misji na różnych terenach. Nigdy o tym nikomu osobiście nie mówiłem, i szczerze mówiąc wątpiłem że się jeszcze kiedyś spotkałem. -Zaśmiał się.
-Co do tych "misji" -Uśmiech z twarzy Alex'a zszedł w tym momencie. Ghostt się na niego chwilę popatrzył, po czym na jego twarzy uśmiech również zniknął.-Do dzisiaj pamiętam tą w sektorze 18...
-Sektorze 18?-Spytałem z powagą. Ryan zakrył twarz dłońmi.
-Tak, sektorze 18. Przyjechaliśmy tam w dwanaście osób tylko na chwilę, dowieźć jakieś części. Wszystko było ściśle tajne, ale kiedy na świecie panuje apokalipsa zombie, to kogo to obchodzi? Służyliśmy razem w "BIA" , tajna organizacja wojskowa w ameryce. Na miejscu okazało się, że nie zastaliśmy naukowców, a nasze auto zniknęło. By się wydostać musieliśmy przejść przez linie wykopane przez kanibali. Można powiedzieć że nam się udało,a prznajmniej mi i Alexowi. Reszta nie miała tyle szczęścia...Kiedy widzisz jak jakiś skurwiel pożera twojego dowódcę a Ty masz pusty magazynek, i jesteś ciągnięty przez przyjaciela do wyjścia wszystko traci sens zamykając za sobą podziemia tak, aby nikt tam nigdy nie wszedł ani nie wyszedł... Dwanaście uzbrojonych oraz wyszkolonych żołnierzy, liny, karabiny, amunicja, pistolety, race, granaty, noktowizory przeciwko parunastu kanibalom oraz ich zębom i maczetom... Każdy na początku powie, jak mogło wrócić tylko dwóch ale...-Głos mu się zarwał.
-Ale nikt kto tego nie przeżył, nie zrozumie pod jaką byliśmy presją, i co mogliśmy czuć. -Dokończył Alex, a Ghostt pokiwał tylko głową. -Było,minęło. Żyjemy tym co jest tu, teraz.
-Może nie uwierzycie... -Ciągnął Ghostt strasznie cicho-Ale wtedy mimo że spędziliśmy tam parę dni, było tam milion razy gorzej niż jest tutaj... - Ryan tylko pokiwał głową, wstał i wyjrzał przez otwór w zabarykadowanym oknie. Nagle strzał przeszył drewno tworzące barykadę okna, i zgniótł się na ścianie po przeciwnej stronie.
-Snajper, na ziemię! -Krzyknął Ryan, i położył się na ziemi przy ścianie, tak jak reszta. Podniosłem głowę, i zobaczyłem przed sobą trzęsącą się Alicję. Cholera...
-Co robimy? -Krzyknąłem przytrzymując swój hełm na głowie. Dopiero teraz sobie o nim przypomniałem...
-Wynosimy się stąd! - Krzyknął Ryan. Gdy próbował wstać, więcej kul przeszyło ścianę wpuszczając więcej światła do pokoju.-Dobra, to był zły pomysł!-Padł znów na ziemię. Tynk, kawałki ścian oraz drewna zaczęły lecieć nam nad głowami, tak samo jak pociski z ciężkiego karabinu maszynowego.
Autor tego to niezrównoważony psychicznie dzieciak. W jednym ciele siedzą dwie osobowości, jedna jest miła, kocha nie wyobrażalnie swój kraj i się wszystkim przejmuje. Druga osobowość jest anarchistą, nie obchodzi go nic i ma ochotę wszystkich wyrżnąć w pień, przy okazji obalając system. Czy blog napisany przez takiego kogoś może być nudny?
piątek
poniedziałek
18. Szpital
Położył rękę na moim ramieniu i powiedział cicho "idziemy po nią". Wypowiedział to tak strasznie "psychicznie" że zacząłem się go bać. Po chwili się zaśmiał. Ghostt usłyszał to co powiedział .
-Ja tutaj zostaję. -Parsknął , opierając się karabinem o ziemi i przysiadając na jakieś ławeczce.
-Radzę ruszyć stąd dupska, chcę tylko przypomnieć że jedyne co nas dzieli od grupy zombie napalonych na nasze przepyszne mózgi to ten drewniany płot o który się opierasz Ghostt. No i raczej jak dalej będziemy sobie tutaj stać, to w końcu nas odwiedzą. -Mówił powoli Alex, obrazując dłońmi to co mówi i machając wszędzie pistoletem.
-Ta. -Pokiwał głową. Jak już skończycie, to będę tu czekał. Alex się na Niego spojrzał, po czym jego wzrok znów zawędrował na moją twarz i szepnął tylko "No to idziemy". Odwrócił się na pięcie i zaczął powoli maszerować jak na początku pomyślałem w stronę Ghostt'a, ale jego celem był płot.
-Pomożesz mi? - Powiedział stojąc pod płotem. Podszedłem szybko i przytaknąłem głową. Kucnął i splótł dłonie, dając mi znak żebym przeszedł przez płot. Położyłem stopę na jego dłoniach a on mnie lekko wybił, dzięki czemu mogłem przeskoczyć przez płot. Przeszły mnie dreszcze, gdy zobaczyłem że przede mną jest główna ulica pełna zarażonych. Spojrzałem się przez ramię, i upewniłem się że Alex też już tu jest.
-Mówiłem Ci już, że mamy przesrane? -Powiedział klepiąc nie po ramieniu.
-Taa... -Szepnąłem rozglądając się.
-Dobra, chodź. - Ruszył przede mnie idąc na ugiętych kolanach trzymając pistolet obydwoma dłońmi i będąc gotowym w każdej chwili z niego skorzystać w razie gdyby nastała taka potrzeba. -Stój. -Szepnął -Za chwilę wejdziemy na główną; nie przejdziemy sobie przez nią tak po prostu. Narobię trochę hałasu, i ściągnę ich tylu ilu się da do jakieś małej alejki, a Ty dobiegniesz w tym czasie do szpitala, tam będzie Ci się łatwiej utrzymać przy życiu. -Mówił obserwując cały czas teren przed sobą, nie spojrzał się ani razu na mnie.Jego wzrok był wbity w szpital. Mój zresztą też. Żeby dam dojść, musiałem przebiec przez ulicę, wbiec do jakiegoś parku w którym zarażonych też było od groma, potem już tylko przez parę budynków , a dalej był szpital.
-A co z Tobą? -Spytałem.
-Ze mną? -Zaśmiał się, i wyjął coś z kieszeni. To była luneta. Przykręcił ją do karabinu i otworzył usta -Będę Cię osłaniać, a przynajmniej się postaram. Jak już ją znajdziesz, daj znać machając przez okno, dojdę do was. -Pokiwałem głową. -Dobra, gotowy?
-Jasne -Wziąłem głęboki oddech. "Biegnij!" krzyknął, tak też zrobiłem. Prawą ręką trzymałem karabin jakoś za środek, a on strzelał do przypadkowych zarażonych. Gdy wpadłem do parku, straciłem go ze swojego pola widzenia. "Oby mu nic się nie stało" pomyślałem. Przede mną nagle jak by znikąd pojawiło się koło trzydziestu/czterdziestu zombie. Podniosłem lufę, po czym zrezygnowany ją opuściłem; za mało naboi w magazynku.Poczekałem aż podejdą bliżej, i położyłem jedną nogę na ławce obok, mając zamiar po prostu ich ominąć gdy podejdą jak najbliżej. Kiedy najbliższy z nich był około dwa metry ode mnie, chcąc przeskoczyć przez ławkę moja stopa przebiła się przez starą deskę, i tam ugrzęzła. Cholera! Zacząłem nią przesuwać, próbując z niej wyjąć swoją nogę, niestety tylko sobie ją pokaleczyłem. Wykrzystałem drugą nogę aby połamać resztę desek, i udało mi się. Wyczołgałem się stamtąd, gdy jeden z zarażonych już padł aby się do mnie dobrać. Wstałem jak najszybciej i kontynuowałem bieg w stronę szpitala, mimo pokaleczonej nogi o której chwilę później już zupełnie zapomniałem. Stanąłem przed szeregiem niskich budynków, apteka, jakiś spożyczwczy i tak dalej. Udało mi się dostać do apteki; zatrzymałem się na chwilę, i rozejrzałem. Na półce leżało parę opakowań z lekami. Rzuciłem okiem przez ramię, nie wyglądało na to aby były blisko mnie. Zgarnąłem wszystkie opakowania do kieszeni, na wszelki wypadek. Tym razem rozjerzałem się w poszukiwaniu drzwi, aby przejść na drugą stronę, okrążęnie tego szeregu budynku zajęło by za długo. Cholera, nie ma przejścia. Kopnąłem w ścianę, wyciągając wnioski że ta ściana za wytrzymała nie jest, zresztą moja noga też. Dopiero teraz zauważyłem kogoś w ciemyn kącie. Wycelowałem w niego, ale na szczęście był już martwy. Przeszukałem jego kieszenie, nic nie znalazłem. Za to w plecaku miał jedzenie, i... granat. Zastanowiłem się przez chwilę, i podszedłem do ściany. "Oby to zadziałało" pomyślałem, po czym wyciągnąłem zawleczkę, podrzuciłem go pod ścianę i wybiegłem przyklejając się do ściany. Usłyszałem huk eksplozji, i wbiegłem do środka. W powietrzu zaczął unosić się pył, przez który przebijały się promienie światła. Udało się! "Dzięki koleś" rzuciłem, wybiegając stąd. Po paru sekundach biegu przez jakiś pusty plac dobiegłem do drzwi szpitalu. Rozejrzałem się oglądając budynki znajdujące się w okolicy, lecz nie zauważyłem Alexa. Trudno. Wszedłem do ciemnego budynku podnosząc lufę karabinu i rozglądając się po parterze. Na pierwszy rzut oka było pusto, oprócz setek ciał na podłodze. Przyglądałem się każdej twarzy z osobna, jak najdokładniej tak jak by z obawą, że którąś skojarzę.
-Alicja?-Krzyknąłem, lecz mój krzyk pozostał bez odpowiedzi, a jedyne co usłyszałem to gniecenie przez moje buty czyiś kości. Zacząłem zastanawiać się co tutaj się stało. Nagle przede mną z jakiegoś pomieszczenia przebiegła postać poruszająca się na czterech łapach, i zniknęła w innym pomieszczeniu aby za chwilę pojawić się za mną. Zdążyłem tylko zauważyć że całą ją pokrywa czarna sierść, a może włosy... Gdzieś już taką widziałem... Tak! To ta sama która zraniła Ghostt'a. Rzeczywiście, Alex miał rację. Mam przesrane. Przyśpieszyłem kroku rozglądając się cały czas. Po chwili doszedłem do schodów. Rzuciłem okiem na cały ten budynek. Ściany na których farbę okryła zaschnięta, ciemna krew oraz dziury po pociskach. W powietrzu unosiła się woń którą powodowały rozkładające się powoli zwłoki leżące wszędzie, często podziurawione na wylot lub z paroma wygryzionymi miejscami. Lampy co jakiś czas oświetlały ciemne korytarze, aby znów zostawić nas na panującą wszędzie ciemność. Wszystkie okna były pozabijane na parterze, tak jak by ktoś za wszelką cenę próbował to miejsce utrzymać. Na ścianach było również pełno napisów, jedne wyryte czymś a drugie wymalowane krwią. Ten cały klimat, otoczenie dawały mi wrażenie że to całe truchło jest coraz bliżej mnie. Odwróciłem się w stronę popękanych schodów, i postawiłem swoją stopę na pierwszym schodku.
-Ja tutaj zostaję. -Parsknął , opierając się karabinem o ziemi i przysiadając na jakieś ławeczce.
-Radzę ruszyć stąd dupska, chcę tylko przypomnieć że jedyne co nas dzieli od grupy zombie napalonych na nasze przepyszne mózgi to ten drewniany płot o który się opierasz Ghostt. No i raczej jak dalej będziemy sobie tutaj stać, to w końcu nas odwiedzą. -Mówił powoli Alex, obrazując dłońmi to co mówi i machając wszędzie pistoletem.
-Ta. -Pokiwał głową. Jak już skończycie, to będę tu czekał. Alex się na Niego spojrzał, po czym jego wzrok znów zawędrował na moją twarz i szepnął tylko "No to idziemy". Odwrócił się na pięcie i zaczął powoli maszerować jak na początku pomyślałem w stronę Ghostt'a, ale jego celem był płot.
-Pomożesz mi? - Powiedział stojąc pod płotem. Podszedłem szybko i przytaknąłem głową. Kucnął i splótł dłonie, dając mi znak żebym przeszedł przez płot. Położyłem stopę na jego dłoniach a on mnie lekko wybił, dzięki czemu mogłem przeskoczyć przez płot. Przeszły mnie dreszcze, gdy zobaczyłem że przede mną jest główna ulica pełna zarażonych. Spojrzałem się przez ramię, i upewniłem się że Alex też już tu jest.
-Mówiłem Ci już, że mamy przesrane? -Powiedział klepiąc nie po ramieniu.
-Taa... -Szepnąłem rozglądając się.
-Dobra, chodź. - Ruszył przede mnie idąc na ugiętych kolanach trzymając pistolet obydwoma dłońmi i będąc gotowym w każdej chwili z niego skorzystać w razie gdyby nastała taka potrzeba. -Stój. -Szepnął -Za chwilę wejdziemy na główną; nie przejdziemy sobie przez nią tak po prostu. Narobię trochę hałasu, i ściągnę ich tylu ilu się da do jakieś małej alejki, a Ty dobiegniesz w tym czasie do szpitala, tam będzie Ci się łatwiej utrzymać przy życiu. -Mówił obserwując cały czas teren przed sobą, nie spojrzał się ani razu na mnie.Jego wzrok był wbity w szpital. Mój zresztą też. Żeby dam dojść, musiałem przebiec przez ulicę, wbiec do jakiegoś parku w którym zarażonych też było od groma, potem już tylko przez parę budynków , a dalej był szpital.
-A co z Tobą? -Spytałem.
-Ze mną? -Zaśmiał się, i wyjął coś z kieszeni. To była luneta. Przykręcił ją do karabinu i otworzył usta -Będę Cię osłaniać, a przynajmniej się postaram. Jak już ją znajdziesz, daj znać machając przez okno, dojdę do was. -Pokiwałem głową. -Dobra, gotowy?
-Jasne -Wziąłem głęboki oddech. "Biegnij!" krzyknął, tak też zrobiłem. Prawą ręką trzymałem karabin jakoś za środek, a on strzelał do przypadkowych zarażonych. Gdy wpadłem do parku, straciłem go ze swojego pola widzenia. "Oby mu nic się nie stało" pomyślałem. Przede mną nagle jak by znikąd pojawiło się koło trzydziestu/czterdziestu zombie. Podniosłem lufę, po czym zrezygnowany ją opuściłem; za mało naboi w magazynku.Poczekałem aż podejdą bliżej, i położyłem jedną nogę na ławce obok, mając zamiar po prostu ich ominąć gdy podejdą jak najbliżej. Kiedy najbliższy z nich był około dwa metry ode mnie, chcąc przeskoczyć przez ławkę moja stopa przebiła się przez starą deskę, i tam ugrzęzła. Cholera! Zacząłem nią przesuwać, próbując z niej wyjąć swoją nogę, niestety tylko sobie ją pokaleczyłem. Wykrzystałem drugą nogę aby połamać resztę desek, i udało mi się. Wyczołgałem się stamtąd, gdy jeden z zarażonych już padł aby się do mnie dobrać. Wstałem jak najszybciej i kontynuowałem bieg w stronę szpitala, mimo pokaleczonej nogi o której chwilę później już zupełnie zapomniałem. Stanąłem przed szeregiem niskich budynków, apteka, jakiś spożyczwczy i tak dalej. Udało mi się dostać do apteki; zatrzymałem się na chwilę, i rozejrzałem. Na półce leżało parę opakowań z lekami. Rzuciłem okiem przez ramię, nie wyglądało na to aby były blisko mnie. Zgarnąłem wszystkie opakowania do kieszeni, na wszelki wypadek. Tym razem rozjerzałem się w poszukiwaniu drzwi, aby przejść na drugą stronę, okrążęnie tego szeregu budynku zajęło by za długo. Cholera, nie ma przejścia. Kopnąłem w ścianę, wyciągając wnioski że ta ściana za wytrzymała nie jest, zresztą moja noga też. Dopiero teraz zauważyłem kogoś w ciemyn kącie. Wycelowałem w niego, ale na szczęście był już martwy. Przeszukałem jego kieszenie, nic nie znalazłem. Za to w plecaku miał jedzenie, i... granat. Zastanowiłem się przez chwilę, i podszedłem do ściany. "Oby to zadziałało" pomyślałem, po czym wyciągnąłem zawleczkę, podrzuciłem go pod ścianę i wybiegłem przyklejając się do ściany. Usłyszałem huk eksplozji, i wbiegłem do środka. W powietrzu zaczął unosić się pył, przez który przebijały się promienie światła. Udało się! "Dzięki koleś" rzuciłem, wybiegając stąd. Po paru sekundach biegu przez jakiś pusty plac dobiegłem do drzwi szpitalu. Rozejrzałem się oglądając budynki znajdujące się w okolicy, lecz nie zauważyłem Alexa. Trudno. Wszedłem do ciemnego budynku podnosząc lufę karabinu i rozglądając się po parterze. Na pierwszy rzut oka było pusto, oprócz setek ciał na podłodze. Przyglądałem się każdej twarzy z osobna, jak najdokładniej tak jak by z obawą, że którąś skojarzę.
-Alicja?-Krzyknąłem, lecz mój krzyk pozostał bez odpowiedzi, a jedyne co usłyszałem to gniecenie przez moje buty czyiś kości. Zacząłem zastanawiać się co tutaj się stało. Nagle przede mną z jakiegoś pomieszczenia przebiegła postać poruszająca się na czterech łapach, i zniknęła w innym pomieszczeniu aby za chwilę pojawić się za mną. Zdążyłem tylko zauważyć że całą ją pokrywa czarna sierść, a może włosy... Gdzieś już taką widziałem... Tak! To ta sama która zraniła Ghostt'a. Rzeczywiście, Alex miał rację. Mam przesrane. Przyśpieszyłem kroku rozglądając się cały czas. Po chwili doszedłem do schodów. Rzuciłem okiem na cały ten budynek. Ściany na których farbę okryła zaschnięta, ciemna krew oraz dziury po pociskach. W powietrzu unosiła się woń którą powodowały rozkładające się powoli zwłoki leżące wszędzie, często podziurawione na wylot lub z paroma wygryzionymi miejscami. Lampy co jakiś czas oświetlały ciemne korytarze, aby znów zostawić nas na panującą wszędzie ciemność. Wszystkie okna były pozabijane na parterze, tak jak by ktoś za wszelką cenę próbował to miejsce utrzymać. Na ścianach było również pełno napisów, jedne wyryte czymś a drugie wymalowane krwią. Ten cały klimat, otoczenie dawały mi wrażenie że to całe truchło jest coraz bliżej mnie. Odwróciłem się w stronę popękanych schodów, i postawiłem swoją stopę na pierwszym schodku.
1. Ogłoszenie parafialne.
Została założona Grupa!
Zawsze chciałem użyć nagłówka, nie ważne. Założyłem grupę w której po prostu będę pisał o tym, kiedy dodaję posta itd. Jeżęli czytasz mojego bloga bardzo proszę o dołączenie. Jeśli był by jakiś problem, piszcie w komentarzu lub na mail'a.https://www.facebook.com/groups/357130384473943/?fref=ts
17. "Jest źle..."
Wesołego nowego roku!
*2015, wciąż czekam na apokalipsę zombie*
--------------
W tej chwili przygniatał mnie ciężarem swojego ciała, a ja nie mogłem go podnieść. Brakowało mi siły. Byłem zmęczony, mimo że jeszcze przed chwilą miałem siłę na wszystko. Cholera, to takie wyczerpujące. Cały czas gdzie by nie pójść, wpadać w kłopoty i być pod presją. No i co chwila gubić broń... Zupełnie zapomniałem o napastniku który leżał na mnie, i miał mnie właśnie uderzyć. Odsunąłem głowę a on trafił w ziemię, to musiało boleć bo włożył w to dużo siły. Gdy lekko się uniósł, wykorzystałem to i podkurczyłem nogę wyprostowując ją już na jego klatce piersiowej. Odleciał ode mnie w przeciwną stronę. Momentalnie pocisk przeszył jego głowę, wędrując przez skroń. Cholera, to nie ja strzelałem. Spojrzałem przez swoje lewe ramię, na budynek... A dokładniej na okno. Coś tam zabłysło.Zobaczyłem odrobinę wyżej czyjeś oczy, i od razu tak jak by się zapadły w ciemności budynku. Cholera, kto to był? Jak na razie chyba jednak było to moje mniejsze zmartwienie, ponieważ usłyszałem jęki. Jęki zmarłych. Tak, to byli zimni, cholera. Spojrzałem przez swoje prawe ramię; zobaczyłem piątkę zapierdalających po mnie sztywnych. PIĄTKĘ PIERDOLONYCH SZTYWNYCH. Nie przejął bym się tym, gdyby nie to że nie miałem przy sobie pistoletu, a jedyne co mogłem użyć jako broń oprócz swoich kończyn, to nóż. I teraz pytanie... Spierdalać do budynku gdzie prawdopodobnie znajdę się pod ostrzałem i zginę. Mogę też tutaj zostać i z nimi walczyć, ale prawdopodobnie zginę. Um... Tyle sposobów by zginąć. Wyciągnąłem nóż, i stanąłem najsolidniej jak potrafiłem. Nie wiem czemu wybrałem śmierć poprzez pogryzienie. Z coraz bardziej zmniejszają się odległością moją od zarażonych, przychodziło mi do głowy coraz więcej pomysłów co zrobić. Może jednak uda mi się przeżyć? Były już jakieś pół metra ode mnie, brałem zamach nożem gdy... Coś ich wszystkich rozstrzelało. Przepraszam, co? Spojrzałem w prawo, stał tam jakiś mężczyzna. Nie rozpoznałem jego twarzy, było za ciemno i znajdował się za daleko. Rzucił w moją stronę karabin.
-Wróć po tamtego chłopaka, i czekaj tu na mnie. -Powiedział, skądś kojarzyłem ten głos... Chciałem zrobić tak jak mi kazał, więc odwróciłem się w stronę drzwi z których wyszedłem z budynku. Drogę zablokował mi... A raczej zablokowało to samo, co spotkałem w szkole. Wyszeptało tylko "Znajdź dziewczynę" i zniknęło... Głowa mnie rozbolała momentalnie, jak i momentalnie ból ustał. Cholera, to było serio dziwne. Wbiegłem do budynku, ostrzał minął już jakiś czas temu. Ale... Alexa nie było. Rozejrzałem się, wszędzie leżały łuski, kawałki ściany i mebli. W miejscu gdzie leżał Alex został jedynie ślad po nim. Cholera, gdzie on jest? Usłyszałem czyjeś kroki za mną, odwróciłem się momentalnie i wzniosłem karabin. Wycelowałem w sylwetkę i odbezpieczyłem karabin,osoba naprzeciw mnie podniosła ręce.
-Słuchaj-Powiedziała, to ta sama osoba od której dostałem karabin. Opuściłem swoją broń.A Ona próbowała złapać tchu.
-Kim jesteś? -Spytałem, nie opuszczając wzroku z tajemniczej postaci będąc na wszelki wypadek cały czas gotowy na zareagowanie,gdyby jednak nie okazała się dla mnie zbyt przyjazna. Otworzył usta by mi odpowiedzieć, lecz z zamkniętych drzwi przez które przeszedł by dostać się do mnie, wysypało się koło pięciu zarażonych. Lewą dłonią z największą siłą jaką miałem odepchnąłem go, przewracając go przy tym i uniosłem lufę w stronę sztywnych. Nacisnąłem spust, a z mojego karabinu wysypała się fala pocisków wymierzonych w zarażonych. Wszyscy padli na ziemię w tym samym momencie... Podałem rękę osobie która właśnie przyglądała się mojemu wyczynowi, i pomogłem jej wstać. Podziękowała, po czym zdjęła kominiarkę... To był Ghostt. Zatkało mnie, nie wiedziałem co powiedzieć.
-Wiem że się cieszysz - zaśmiał się -Ale musimy stąd spadać. -Kontynuował, sprawdzając magazynek i resztę osprzętu jaki posiadał.
-Ale dlaczego? -Spytałem rozglądając się czy nikt nie wszedł do budynku.
-Jest źle. Bardzo źle. Parę naście wielkich hord zimnych po prostu wydostała się z największego więzienia i skierowało w stronę tego miasta. A dokładniej od jakiegoś czasu już jest. -Odwrócił się,i pokazał palcem żebym zachował ciszę. Usłyszałem jakieś jęki które się nasilały. -Tak, to właśnie one -Potwierdził.
-Nie możemy stąd iść, zostawiłem tutaj kogoś. Zresztą, gdzie jest Alicja?
-To go lepiej szybko znajdź -Odpowiedział pozostawiając moje pytanie bez odpowiedzi. Ktoś wbiegł, zatrzaskując za sobą drzwi i przygniatając je plecami aby nikt się nie dostał przez nie. To był Alex.
-Mówiliście o mnie? -Zaśmiał się. Pokiwałem głową. "Wynosimy się stąd" krzyknął Ghostt. Alex chyba dopiero teraz zauważył że nie zastał mnie tu samego. Musiał domyśleć się prawdopodobnie, że skoro do mnie nie strzela to jest nastawiony przyjaźnie. -Dobra, pomoglibyście mi -Powiedział zaczynając dawać znać, że traci z każdą chwilą siłę. Ghostt jak najszybciej przebiegł przez przejście prowadzące do pokoju gdzie Alex przytrzymywał drzwi służąc za barykadę. Oparł się ramieniem o dużą szafę obok wejścia, i próbował ją popchnąć w stronę drzwi.
-Aż tyle siły nie mam, Daniel, rusz dupę! -Krzyknął w moją stronę patrząc się na mnie. Podbiegłem i pomogłem mu przesunąć szafę. Alex odskoczył od drzwi, a my dopchaliśmy szafę do końca. Otarł rękawem pot z czoła i odetchnął z ulgą.
-Musimy stąd spierdalać. -Stwierdził stanowczo Alex.
-Nie znamy się,ale masz rację. -Potwierdził Ghostt.
-Nie, musimy znaleźć Alicję. -Zaprzeczyłem. Obydwaj przytaknęli, lecz Ghostt wyglądał jak by mu to niezbyt pasowało. Cóż, przynajmniej tak mi się zdawało. "Tędy" powiedział do nas Ghostt, wskazując palcem przez szybę. -No dobra, tam. Ale którędy? -Spytałem. Pokazał jeszcze raz na okno.
-Przez okno. -Zaśmiał się. Spojrzałem się na niego jak szaleńca, a on tylko się uśmiechnął.
-Mi tam się podoba. -Powiedział Alex. Wziął wdech, i wyskoczył oknem tucząc przy tym szybę i lądując na ziemi na zewnątrz.
-To był żart... Tam są drzwi. -Powiedział Ghostt śmiejąc się pod nosem. Alex trochę się zawstydził.
-Było fajnie. -Uśmiechnął się. Ghostt podał mu swój karabin przytrzymując go jeszcze przez chwilę w swojej dłoni i dając znać wzrokiem, że jak mu go nie odda to będzie z nim źle. Po chwili jednak puścił go, i wyszedł z budynku. Teraz moja kolej. Podałem swoją broń Ghostt'owi, i wyszedłem tuż za nim. Moim oczom ukazał się wielki budynek z dużym, czerwonym krzyżem na dachu. "Szpital" stwierdziłem. Budynek z strasznie dużą ilością okien, niektóre pozabijane dechami a niektóre powybijane. Zdarzały się też jakby nie naruszone, lecz z plamami krwi lub czegoś innego, z takiej odległości nie mogłem nic dokładnie stwierdzić.
-To gdzie jest Alicja? -Powiedziałem cicho obserwując budynek stojąc obok Ghostt'a.
-Nie ma jej. -Parsknął. Chciałem coś powiedzieć,ale gdy otworzyłem usta Alex podszedł do niego, przystawił mu pistolet pod brodę i przycisnął do drewnianego płotu.
-Gdzie-jest-Alicja? -Spytał powoli mówiąc do Ghostt'a, i przyciskając coraz mocniej lufę do jego szczęki oraz odbezpieczając broń. -Coo, zaniemówiłeś, hę? -Ciągnął dalej, czekając na odpowiedź kopnął mocno kolanem go w brzuch. Cholera, co jest?
-Dobra, kurwa! -Krzyknął.Alex puścił go, odpychając się od niego. -Jest gdzieś w tym szpitalu na który przed chwilą patrzył się Ghostt.
-Tak się zadaje pytania ludziom. -Szepnął do mnie Alex patrząc się psychicznie w dal za moimi plecami.
---------------------------------
Jeśli Ci się spodobało, proszę, zaloguj się, napisz komentarz, ponieważ jest to straszna motywacja dla mnie i widzę, że jedyną osobą która czyta jest moja siostra (lovki). I możecie pisać, jak myślicie co będzie w następnym roździale.
*2015, wciąż czekam na apokalipsę zombie*
--------------
W tej chwili przygniatał mnie ciężarem swojego ciała, a ja nie mogłem go podnieść. Brakowało mi siły. Byłem zmęczony, mimo że jeszcze przed chwilą miałem siłę na wszystko. Cholera, to takie wyczerpujące. Cały czas gdzie by nie pójść, wpadać w kłopoty i być pod presją. No i co chwila gubić broń... Zupełnie zapomniałem o napastniku który leżał na mnie, i miał mnie właśnie uderzyć. Odsunąłem głowę a on trafił w ziemię, to musiało boleć bo włożył w to dużo siły. Gdy lekko się uniósł, wykorzystałem to i podkurczyłem nogę wyprostowując ją już na jego klatce piersiowej. Odleciał ode mnie w przeciwną stronę. Momentalnie pocisk przeszył jego głowę, wędrując przez skroń. Cholera, to nie ja strzelałem. Spojrzałem przez swoje lewe ramię, na budynek... A dokładniej na okno. Coś tam zabłysło.Zobaczyłem odrobinę wyżej czyjeś oczy, i od razu tak jak by się zapadły w ciemności budynku. Cholera, kto to był? Jak na razie chyba jednak było to moje mniejsze zmartwienie, ponieważ usłyszałem jęki. Jęki zmarłych. Tak, to byli zimni, cholera. Spojrzałem przez swoje prawe ramię; zobaczyłem piątkę zapierdalających po mnie sztywnych. PIĄTKĘ PIERDOLONYCH SZTYWNYCH. Nie przejął bym się tym, gdyby nie to że nie miałem przy sobie pistoletu, a jedyne co mogłem użyć jako broń oprócz swoich kończyn, to nóż. I teraz pytanie... Spierdalać do budynku gdzie prawdopodobnie znajdę się pod ostrzałem i zginę. Mogę też tutaj zostać i z nimi walczyć, ale prawdopodobnie zginę. Um... Tyle sposobów by zginąć. Wyciągnąłem nóż, i stanąłem najsolidniej jak potrafiłem. Nie wiem czemu wybrałem śmierć poprzez pogryzienie. Z coraz bardziej zmniejszają się odległością moją od zarażonych, przychodziło mi do głowy coraz więcej pomysłów co zrobić. Może jednak uda mi się przeżyć? Były już jakieś pół metra ode mnie, brałem zamach nożem gdy... Coś ich wszystkich rozstrzelało. Przepraszam, co? Spojrzałem w prawo, stał tam jakiś mężczyzna. Nie rozpoznałem jego twarzy, było za ciemno i znajdował się za daleko. Rzucił w moją stronę karabin.
-Wróć po tamtego chłopaka, i czekaj tu na mnie. -Powiedział, skądś kojarzyłem ten głos... Chciałem zrobić tak jak mi kazał, więc odwróciłem się w stronę drzwi z których wyszedłem z budynku. Drogę zablokował mi... A raczej zablokowało to samo, co spotkałem w szkole. Wyszeptało tylko "Znajdź dziewczynę" i zniknęło... Głowa mnie rozbolała momentalnie, jak i momentalnie ból ustał. Cholera, to było serio dziwne. Wbiegłem do budynku, ostrzał minął już jakiś czas temu. Ale... Alexa nie było. Rozejrzałem się, wszędzie leżały łuski, kawałki ściany i mebli. W miejscu gdzie leżał Alex został jedynie ślad po nim. Cholera, gdzie on jest? Usłyszałem czyjeś kroki za mną, odwróciłem się momentalnie i wzniosłem karabin. Wycelowałem w sylwetkę i odbezpieczyłem karabin,osoba naprzeciw mnie podniosła ręce.
-Słuchaj-Powiedziała, to ta sama osoba od której dostałem karabin. Opuściłem swoją broń.A Ona próbowała złapać tchu.
-Kim jesteś? -Spytałem, nie opuszczając wzroku z tajemniczej postaci będąc na wszelki wypadek cały czas gotowy na zareagowanie,gdyby jednak nie okazała się dla mnie zbyt przyjazna. Otworzył usta by mi odpowiedzieć, lecz z zamkniętych drzwi przez które przeszedł by dostać się do mnie, wysypało się koło pięciu zarażonych. Lewą dłonią z największą siłą jaką miałem odepchnąłem go, przewracając go przy tym i uniosłem lufę w stronę sztywnych. Nacisnąłem spust, a z mojego karabinu wysypała się fala pocisków wymierzonych w zarażonych. Wszyscy padli na ziemię w tym samym momencie... Podałem rękę osobie która właśnie przyglądała się mojemu wyczynowi, i pomogłem jej wstać. Podziękowała, po czym zdjęła kominiarkę... To był Ghostt. Zatkało mnie, nie wiedziałem co powiedzieć.
-Wiem że się cieszysz - zaśmiał się -Ale musimy stąd spadać. -Kontynuował, sprawdzając magazynek i resztę osprzętu jaki posiadał.
-Ale dlaczego? -Spytałem rozglądając się czy nikt nie wszedł do budynku.
-Jest źle. Bardzo źle. Parę naście wielkich hord zimnych po prostu wydostała się z największego więzienia i skierowało w stronę tego miasta. A dokładniej od jakiegoś czasu już jest. -Odwrócił się,i pokazał palcem żebym zachował ciszę. Usłyszałem jakieś jęki które się nasilały. -Tak, to właśnie one -Potwierdził.
-Nie możemy stąd iść, zostawiłem tutaj kogoś. Zresztą, gdzie jest Alicja?
-To go lepiej szybko znajdź -Odpowiedział pozostawiając moje pytanie bez odpowiedzi. Ktoś wbiegł, zatrzaskując za sobą drzwi i przygniatając je plecami aby nikt się nie dostał przez nie. To był Alex.
-Mówiliście o mnie? -Zaśmiał się. Pokiwałem głową. "Wynosimy się stąd" krzyknął Ghostt. Alex chyba dopiero teraz zauważył że nie zastał mnie tu samego. Musiał domyśleć się prawdopodobnie, że skoro do mnie nie strzela to jest nastawiony przyjaźnie. -Dobra, pomoglibyście mi -Powiedział zaczynając dawać znać, że traci z każdą chwilą siłę. Ghostt jak najszybciej przebiegł przez przejście prowadzące do pokoju gdzie Alex przytrzymywał drzwi służąc za barykadę. Oparł się ramieniem o dużą szafę obok wejścia, i próbował ją popchnąć w stronę drzwi.
-Aż tyle siły nie mam, Daniel, rusz dupę! -Krzyknął w moją stronę patrząc się na mnie. Podbiegłem i pomogłem mu przesunąć szafę. Alex odskoczył od drzwi, a my dopchaliśmy szafę do końca. Otarł rękawem pot z czoła i odetchnął z ulgą.
-Musimy stąd spierdalać. -Stwierdził stanowczo Alex.
-Nie znamy się,ale masz rację. -Potwierdził Ghostt.
-Nie, musimy znaleźć Alicję. -Zaprzeczyłem. Obydwaj przytaknęli, lecz Ghostt wyglądał jak by mu to niezbyt pasowało. Cóż, przynajmniej tak mi się zdawało. "Tędy" powiedział do nas Ghostt, wskazując palcem przez szybę. -No dobra, tam. Ale którędy? -Spytałem. Pokazał jeszcze raz na okno.
-Przez okno. -Zaśmiał się. Spojrzałem się na niego jak szaleńca, a on tylko się uśmiechnął.
-Mi tam się podoba. -Powiedział Alex. Wziął wdech, i wyskoczył oknem tucząc przy tym szybę i lądując na ziemi na zewnątrz.
-To był żart... Tam są drzwi. -Powiedział Ghostt śmiejąc się pod nosem. Alex trochę się zawstydził.
-Było fajnie. -Uśmiechnął się. Ghostt podał mu swój karabin przytrzymując go jeszcze przez chwilę w swojej dłoni i dając znać wzrokiem, że jak mu go nie odda to będzie z nim źle. Po chwili jednak puścił go, i wyszedł z budynku. Teraz moja kolej. Podałem swoją broń Ghostt'owi, i wyszedłem tuż za nim. Moim oczom ukazał się wielki budynek z dużym, czerwonym krzyżem na dachu. "Szpital" stwierdziłem. Budynek z strasznie dużą ilością okien, niektóre pozabijane dechami a niektóre powybijane. Zdarzały się też jakby nie naruszone, lecz z plamami krwi lub czegoś innego, z takiej odległości nie mogłem nic dokładnie stwierdzić.
-To gdzie jest Alicja? -Powiedziałem cicho obserwując budynek stojąc obok Ghostt'a.
-Nie ma jej. -Parsknął. Chciałem coś powiedzieć,ale gdy otworzyłem usta Alex podszedł do niego, przystawił mu pistolet pod brodę i przycisnął do drewnianego płotu.
-Gdzie-jest-Alicja? -Spytał powoli mówiąc do Ghostt'a, i przyciskając coraz mocniej lufę do jego szczęki oraz odbezpieczając broń. -Coo, zaniemówiłeś, hę? -Ciągnął dalej, czekając na odpowiedź kopnął mocno kolanem go w brzuch. Cholera, co jest?
-Dobra, kurwa! -Krzyknął.Alex puścił go, odpychając się od niego. -Jest gdzieś w tym szpitalu na który przed chwilą patrzył się Ghostt.
-Tak się zadaje pytania ludziom. -Szepnął do mnie Alex patrząc się psychicznie w dal za moimi plecami.
---------------------------------
Jeśli Ci się spodobało, proszę, zaloguj się, napisz komentarz, ponieważ jest to straszna motywacja dla mnie i widzę, że jedyną osobą która czyta jest moja siostra (lovki). I możecie pisać, jak myślicie co będzie w następnym roździale.
wtorek
16. Znów kłopoty
Oczywiście zapraszam do komentowania, i wyrażania swojej opinij. To strasznie motywuje c:
------
Lekko otworzyłem swoje oczy, lecz obraz jaki widziałem był rozmazany. Przetarłem oczy, i zauważyłem że leżę na miękkim, wygodnym łóżku przykryty przyjemną białą kołdrą, a pod głową miałem poduszkę. Ściany pomieszczenia w którym się znajdowałem, były bardzo jasno zielone. Przetarłem raz jeszcze oczy, zrzuciłem z siebie kołdrę i wstałem na nogi. Byłem ubrany w jakąś piżamę, co cholera? Spojrzałem się przez okno które zajmowało całą część ściany. Na biurku przy łóżku znajdował się laptop, i jakieś parę mniejszych szczegółów które były strasznie nie wyraźne. Wszystko co widziałem. Było nie wyraźne, nie mam pojęcia czemu. Podszedłem do drewnianych drzwi z srebrną klamką, i je spróbowałem otworzyć. Nie mogłem. Spróbowałem je wyważyć, ale ani drgnęły. Westchnąłem, po czym odpuściłem. Usiadłem na krześle przy biurku i otworzyłem laptopa. Wcisnąłem guzik Q na górze klawiatury, i spokojnie czekałem. W między czasie chciałem wyjrzeć przez okno lecz wszystko za nim było zamazane, cholera no. Moment po tym usłyszałem dźwięk włączenia się laptopa. Wyświetlił się ekran logowania. Profil użytkownika... Daniel Ronestly. Skąd mogą mnie znać? Wszystko w jednej chwili mi się rozmazał, i bach! Nagle poczułem ból w klatce piersiowej, tak jak bym wcześniej zapomniał. Dopiero teraz sobie uświadomiłem że nade mną stoi Alex.
-ja pierdole, wstawaj! -Krzyknął na mnie. Obraz który widziałem zaczął się wyostrzać; zauważyłem rysy płomieni za plecami mojego przyjaciela. Było wciąż ciemno, lecz nie tak bardzo jak ostatnio. Szybko otrząsnąłem się, i wstałem. -Jak dobrze że żyjesz, myślałem że już nie żyjesz...-Powiedział głęboko oddychając z dłońmi na swoich udach. Coś na niego wskoczyło, wbijając w niego pazury po czym odskoczyło na dach jakiegoś budynku. Podbiegłem do niego, i spojrzałem się na niego.
-Żyjesz, stary? -Spytałem z lekkim przerażeniem w głosie. Bałem się, że coś mu się stało.
-Nie no, nic mi nie jest. Tylko co to był... -Dźwięk wybuchu mu przerwał. Przycisnąłem szczękę do klatki piersiowej odruchowo, poczułem strasznie mocny powiew wiatru i jakieś malutkie odłamki budynku oraz pył na sobie. Na szczęście Alex zdążył zasłonić twarz. Spojrzałem na jego ramię, miał wbity tam jakiś kieł czy coś, a w okół rozszarpane... Ta, rzeczywiście nic mu nie jest.
-Wstawaj, musimy się stąd wynosić -Powiedziałem zdecydowany. Nie wiedziałem gdzie, ani co tu się dzieje ale było tu źle.
-Zgadzam się, całkowicie -Wysapał. Spróbował podnieść się wspomagając się jedną ręką lecz skończył znów na ziemi. -Ee... Głupio mi o to prosić, ale... Pomożesz? -Spytał zawstydzony.
-Jasne -Odpowiedziałem po krótkim zastanowieniu. Podniosłem go, jedną z jego rąk wziąłem za swoją szyję i wyprostowałem nogi. Nie było tak ciężko. Rozejrzałem się szybko po miejscu gdy moglibyśmy pójść, wszystko w okół było zawalone, jedyne miejsce gdzie była luka to jakieś drzwi w okół których wzbijały się płomienie. Zaczęły po mnie spływać krople potu przez gorąco spowodowane ogniem. Tak, jak by ktoś chciał koniecznie żebyśmy przeszli akurat TYMI drzwiami. Nie chciałem tam iść, ale nie miałem wyboru. Poza tym, znów zgubiłem pistolet. Cholera, który to już raz? Przeklnąłem pod nosem i ruszyłem z Alexem w stronę przejścia. Dopiero teraz poczułem obciążenie jakim był On i jego sprzęt. Podszedłem do drzwi, i kopnąłem je. Wbiliśmy do budynku razem z drzwiami. Przed nami pojawiły się światła z latarek, oraz było można dostrzec rysy luf. Chciałem się spytać kim są, ale otworzyli ogień. Padliśmy na ziemię za jakiś blat. Ja opadłem na ręce, ale Alex uderzył z hukiem głową o posadzkę. Potrząsnąłem nim, nie odpowiadał. Alex, cholera! krzyknąłem. Przyłożyłem głowę do jego klatki piersiowej, biło. Żył. Będziesz żył, stary. Nie mam zamiaru go tutaj zostawić. Po paru sekundach ogień ucichł. chwyciłem dłonią towarzysza za ramię i powoli czołgałem się w stronę jakiś drzwi, trzymając się jak najbliżej blatu. Znów zaczęli strzelać. Kawałki szkła, drewna i wszystkiego co było w pomieszczeniu zaczęło mi latać nad głową. Jeden nabój nawet przebił się przez moją osłonę, na szczęście nas nie trafił. Gdy dociągnąłem się do drzwi, czekałem aż chociaż na chwilę przestaną do mnie strzelać, i po chwili ten moment nastąpił. Wstawłem zostawiając Alexa i wbiegając przez drzwi rpzede mną. Nie były zbyt wytrzymałe; po wbiegnięciu się rozkruszyły. Przede mną stał jakiś nastolatek trochę młodszy ode mnie z pistoletem wycelowanym w moją twarz. Ręce mu się trzęsły, myślę że gdyby strzelił to trafił by prędzej Alexa na ziemi niż mnie. Lufa pistoletu znajdowała się jakieś pół metra ode mnie.
-Stój... Bo s.. strzelam! -Krzyknął jąkając się chłopak. Do oczu napłynęły mu łzy. Cholera, nie wiedziałem co robić. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, które było w kształcie prostokąta.Nie było centymetra przy ścianie żeby nie było żadnego mebla. Szafki, łóżko, lampy itd. Tylko drzwi były nie obłożone meblami. Znajdowały się one na prawo ode mnie. Były lekko uchylone.
-Spokojnie, nie mam zamiaru Ci zrobić krzywdy -Mówiłem najwolniej jak tylko potrafiłem. Grałem na czas, chociaż nie wiem na co liczyłem.
-Nie wiem czy mogę Ci wierzyć -Mówił roztrzęsionym głosem. Otworzyłem usta i miałem dalej ciągnąć rozmowę ale stwierdziłem ze to nie miało by sensu. Bez namysłu wykrzyknąłem na cały głos "Zarażony!" a on się odwrócił. Po kopnięciu go w plecy z całej siły uderzył głową o komodę. Podniosłem jego pistolet który upuścił, i sprawdziłem magazynek. Był pusty. Cholera. Przeszukałem go, i znalazłem jakiś nóż kuchenny. W każdym bądź razie wyglądał na ostry. Spojrzałem przez sekundę na Alexa żeby sprawdzić czy tam dalej jest. Nie ruszył się nigdzie, w sumie było można się tego spodziewać. Ludzie którzy strzelali, na szczęście już przestali. Uznali nas za martwych? Może.
-Dobra, idziemy dalej chłopcy -Powiedział znajomy mi głos. Cholera, nie mogłem sobie przypomnieć skąd go kojarzyłem. Podszedłem do uchylonych drzwi które prowadziły na zewnątrz. Powoli je otwierałem, rozglądając się wszędzie. Przede mną stał ustawiony do mnie tyłem człowiek. Palił papierosa i przeklinał po cichu. Podszedłem najwolniej i najciszej jak mogłem, żeby mnie nie usłyszał. Nóż trzymałem przed sobą. Miał pistolet w kaburze zaczepionej do paska. Dźgnąłem go najpierw w kolano, a on wydał głośny krzyk. Cholera, mam nadzieje że nikt tego nie słyszał. Gdy obalił się na ziemię, wbiłem mu nóż w oko. Po paru sekundach próby wyjęcia broni białej z jego głowy, udało mi się. Wyciągając pistolet z jego kabury, i sprawdzając magazynek usłyszałem jak ktoś za mną idzie. Albo raczej biegnie. Upuściłem pistolet chowając magazynek do kieszeni i odwróciłem się błyskawicznie. Ktoś się na mnie rzucił, przewracając mnie.
------
Lekko otworzyłem swoje oczy, lecz obraz jaki widziałem był rozmazany. Przetarłem oczy, i zauważyłem że leżę na miękkim, wygodnym łóżku przykryty przyjemną białą kołdrą, a pod głową miałem poduszkę. Ściany pomieszczenia w którym się znajdowałem, były bardzo jasno zielone. Przetarłem raz jeszcze oczy, zrzuciłem z siebie kołdrę i wstałem na nogi. Byłem ubrany w jakąś piżamę, co cholera? Spojrzałem się przez okno które zajmowało całą część ściany. Na biurku przy łóżku znajdował się laptop, i jakieś parę mniejszych szczegółów które były strasznie nie wyraźne. Wszystko co widziałem. Było nie wyraźne, nie mam pojęcia czemu. Podszedłem do drewnianych drzwi z srebrną klamką, i je spróbowałem otworzyć. Nie mogłem. Spróbowałem je wyważyć, ale ani drgnęły. Westchnąłem, po czym odpuściłem. Usiadłem na krześle przy biurku i otworzyłem laptopa. Wcisnąłem guzik Q na górze klawiatury, i spokojnie czekałem. W między czasie chciałem wyjrzeć przez okno lecz wszystko za nim było zamazane, cholera no. Moment po tym usłyszałem dźwięk włączenia się laptopa. Wyświetlił się ekran logowania. Profil użytkownika... Daniel Ronestly. Skąd mogą mnie znać? Wszystko w jednej chwili mi się rozmazał, i bach! Nagle poczułem ból w klatce piersiowej, tak jak bym wcześniej zapomniał. Dopiero teraz sobie uświadomiłem że nade mną stoi Alex.
-ja pierdole, wstawaj! -Krzyknął na mnie. Obraz który widziałem zaczął się wyostrzać; zauważyłem rysy płomieni za plecami mojego przyjaciela. Było wciąż ciemno, lecz nie tak bardzo jak ostatnio. Szybko otrząsnąłem się, i wstałem. -Jak dobrze że żyjesz, myślałem że już nie żyjesz...-Powiedział głęboko oddychając z dłońmi na swoich udach. Coś na niego wskoczyło, wbijając w niego pazury po czym odskoczyło na dach jakiegoś budynku. Podbiegłem do niego, i spojrzałem się na niego.
-Żyjesz, stary? -Spytałem z lekkim przerażeniem w głosie. Bałem się, że coś mu się stało.
-Nie no, nic mi nie jest. Tylko co to był... -Dźwięk wybuchu mu przerwał. Przycisnąłem szczękę do klatki piersiowej odruchowo, poczułem strasznie mocny powiew wiatru i jakieś malutkie odłamki budynku oraz pył na sobie. Na szczęście Alex zdążył zasłonić twarz. Spojrzałem na jego ramię, miał wbity tam jakiś kieł czy coś, a w okół rozszarpane... Ta, rzeczywiście nic mu nie jest.
-Wstawaj, musimy się stąd wynosić -Powiedziałem zdecydowany. Nie wiedziałem gdzie, ani co tu się dzieje ale było tu źle.
-Zgadzam się, całkowicie -Wysapał. Spróbował podnieść się wspomagając się jedną ręką lecz skończył znów na ziemi. -Ee... Głupio mi o to prosić, ale... Pomożesz? -Spytał zawstydzony.
-Jasne -Odpowiedziałem po krótkim zastanowieniu. Podniosłem go, jedną z jego rąk wziąłem za swoją szyję i wyprostowałem nogi. Nie było tak ciężko. Rozejrzałem się szybko po miejscu gdy moglibyśmy pójść, wszystko w okół było zawalone, jedyne miejsce gdzie była luka to jakieś drzwi w okół których wzbijały się płomienie. Zaczęły po mnie spływać krople potu przez gorąco spowodowane ogniem. Tak, jak by ktoś chciał koniecznie żebyśmy przeszli akurat TYMI drzwiami. Nie chciałem tam iść, ale nie miałem wyboru. Poza tym, znów zgubiłem pistolet. Cholera, który to już raz? Przeklnąłem pod nosem i ruszyłem z Alexem w stronę przejścia. Dopiero teraz poczułem obciążenie jakim był On i jego sprzęt. Podszedłem do drzwi, i kopnąłem je. Wbiliśmy do budynku razem z drzwiami. Przed nami pojawiły się światła z latarek, oraz było można dostrzec rysy luf. Chciałem się spytać kim są, ale otworzyli ogień. Padliśmy na ziemię za jakiś blat. Ja opadłem na ręce, ale Alex uderzył z hukiem głową o posadzkę. Potrząsnąłem nim, nie odpowiadał. Alex, cholera! krzyknąłem. Przyłożyłem głowę do jego klatki piersiowej, biło. Żył. Będziesz żył, stary. Nie mam zamiaru go tutaj zostawić. Po paru sekundach ogień ucichł. chwyciłem dłonią towarzysza za ramię i powoli czołgałem się w stronę jakiś drzwi, trzymając się jak najbliżej blatu. Znów zaczęli strzelać. Kawałki szkła, drewna i wszystkiego co było w pomieszczeniu zaczęło mi latać nad głową. Jeden nabój nawet przebił się przez moją osłonę, na szczęście nas nie trafił. Gdy dociągnąłem się do drzwi, czekałem aż chociaż na chwilę przestaną do mnie strzelać, i po chwili ten moment nastąpił. Wstawłem zostawiając Alexa i wbiegając przez drzwi rpzede mną. Nie były zbyt wytrzymałe; po wbiegnięciu się rozkruszyły. Przede mną stał jakiś nastolatek trochę młodszy ode mnie z pistoletem wycelowanym w moją twarz. Ręce mu się trzęsły, myślę że gdyby strzelił to trafił by prędzej Alexa na ziemi niż mnie. Lufa pistoletu znajdowała się jakieś pół metra ode mnie.
-Stój... Bo s.. strzelam! -Krzyknął jąkając się chłopak. Do oczu napłynęły mu łzy. Cholera, nie wiedziałem co robić. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, które było w kształcie prostokąta.Nie było centymetra przy ścianie żeby nie było żadnego mebla. Szafki, łóżko, lampy itd. Tylko drzwi były nie obłożone meblami. Znajdowały się one na prawo ode mnie. Były lekko uchylone.
-Spokojnie, nie mam zamiaru Ci zrobić krzywdy -Mówiłem najwolniej jak tylko potrafiłem. Grałem na czas, chociaż nie wiem na co liczyłem.
-Nie wiem czy mogę Ci wierzyć -Mówił roztrzęsionym głosem. Otworzyłem usta i miałem dalej ciągnąć rozmowę ale stwierdziłem ze to nie miało by sensu. Bez namysłu wykrzyknąłem na cały głos "Zarażony!" a on się odwrócił. Po kopnięciu go w plecy z całej siły uderzył głową o komodę. Podniosłem jego pistolet który upuścił, i sprawdziłem magazynek. Był pusty. Cholera. Przeszukałem go, i znalazłem jakiś nóż kuchenny. W każdym bądź razie wyglądał na ostry. Spojrzałem przez sekundę na Alexa żeby sprawdzić czy tam dalej jest. Nie ruszył się nigdzie, w sumie było można się tego spodziewać. Ludzie którzy strzelali, na szczęście już przestali. Uznali nas za martwych? Może.
-Dobra, idziemy dalej chłopcy -Powiedział znajomy mi głos. Cholera, nie mogłem sobie przypomnieć skąd go kojarzyłem. Podszedłem do uchylonych drzwi które prowadziły na zewnątrz. Powoli je otwierałem, rozglądając się wszędzie. Przede mną stał ustawiony do mnie tyłem człowiek. Palił papierosa i przeklinał po cichu. Podszedłem najwolniej i najciszej jak mogłem, żeby mnie nie usłyszał. Nóż trzymałem przed sobą. Miał pistolet w kaburze zaczepionej do paska. Dźgnąłem go najpierw w kolano, a on wydał głośny krzyk. Cholera, mam nadzieje że nikt tego nie słyszał. Gdy obalił się na ziemię, wbiłem mu nóż w oko. Po paru sekundach próby wyjęcia broni białej z jego głowy, udało mi się. Wyciągając pistolet z jego kabury, i sprawdzając magazynek usłyszałem jak ktoś za mną idzie. Albo raczej biegnie. Upuściłem pistolet chowając magazynek do kieszeni i odwróciłem się błyskawicznie. Ktoś się na mnie rzucił, przewracając mnie.
sobota
15. Samotny spacer.
Tak, tak wiem że mnie długo nie było, ale obiecuję się że będę się starał pisać. Ten rozdział choć krótki piszę od tygodnia, albo dwóch,eh...
--------------------------------------------
Na zewnątrz usłyszałem strzały, a dokładniej jeden strzał. Pięć sekund później kolejny, z karabinu samopowtarzalnego. Zerwałem się podnosząc swój karabin, lecz Alex złapał mnie za nadgarstek i przywrócił do wcześniejszej pozycji.
-Siedź... Próbują wybawić z budynków zimnych, i ludzi którzy z nimi nie współpracują. Jak byś wybiegł, to tak jak byś odpowiedział na ich wołanie. -Powiedział cicho Alex patrząc na mnie.
-Wybawić... Kto próbuje? - Spytałem lekko zdezorientowany.
-Rebelianci, albo ludzie Declan'a. W sumie to stoją po tej samej stronie barykady. Na pewno nie FS, bo oni nie stosują takich sposobów.
-Fs? -Spojrzałem pytająco.
-Future soldiers, żołnierze przyszłości. Ci jak by to powiedzieć... Dobrzy. -Mówił powoli.
-Dobrzy? -Powtórzyłem kiwając głową.
-Ta, dobrzy. W sensie, że jak im powiemy, że chcemy uderzyć na jakiś posterunek Evans'a, to się przyłączą. -Uśmiechnął się, ja również nie wiem czemu. -No,a teraz serio idźmy spać. -Pokiwałem głową. Znów usłyszałem strzały, tym razem nei co parę sekund. Teraz to była seria. Ale było dosyć cicho słychać, więc były dalej. Spojrzałem na Aleksa, chyba już spał... Wstałem powoli, zostawiając karabin na ziemi. Powolutku podszedłem do okna zasłoniętego poszarpaną żaluzją. Rozsunąłem zasłony, i wyjrzałem za szybę. Ciemno, i pusto. Uchyliłem lekko okno, wiatr rozbił się na mojej twarzy, przygasił lekko ognisko aby mogło po chwili znów się zregenerować. Przełożyłem jedną nogę a potem drugą, aby wyjść z budynku. Do ziemi dzieliły mnie jakieś... Trzy metry? Nie tak dużo... Skoczyłem i przewróciłem się na beton barkiem. Szybko wstałem, i obejrzałem się, czy nigdzie nie ma zarażonego. Szedłem powoli przed siebie. Usłyszałem serię z jakiegoś karabinu, padłem szybko na ziemię. Po chwili dźwięk wystrzeliwania pocisków z karabinu się ulotnił. Wstałem, i wkroczyłem w ciemną ciasną szczelinię. Nie mogłem rozłożyć nawet w niej rąk. Szedłem strasznie wolno przed siebie, było cholernie ciemno.Mimo narastającego lęku, szedłem przez te cholerne ciemności. Minęły może z trzy minuty, a ja miałem wrażenie że już idę trzy godziny. Po paruset krokach ujrzałem koniec, wyjście. Przyśpieszyłem kroku aby jak najszybciej się tam znaleźć, biegłem jak by z nowymi siłami. Dopiero metr przed wyjściem zauważyłem jakieś światełko, kurwa. A przy niej broń. Położyłem ręce za głowę i tylko coś powiedziałem. Postać trzymająca pistolet nie odpowiadała, widziałem tylko rękę. Mieła minuta. Ruszyłem nie pewnie w jej stronę, lecz bardzo ostrożnie. Dopiero gdy doszedłem do końca zobaczyłem że ta ręka zwisa z pistoletem w ręku, i zamocowaną latarką. Jezu, ale ze mnie debil.Stalem przez minutę posrany bojąc się że strzeli do mnie trup... W sumie, to by nie miało sensu gdyby nie to że trupy chodzą to było by serio zabawnie. Dopiero później doszło do mnie że przecież coś go musiało zabić, więc zaczałem macać po swoich bojówkach w celach znalezienia pistoletu. Spojrzałem się za siebie - o nie, nie ma mowy żebym tam wrócił. Chwyciłem pistolet który trzymał trup nabity na jakiś płot który wcześniej myślałem że chciał do mnie strzelić, i wyjąłem magazynek. 10 naboi załadowanych na jakieś 16. Spojrzalem jeszcze na zwisającego żołnierza, i od razu stwierdziłem że to nie był rebeliant. Ani też zwykły cywil, przypominał mi bardziej kogoś z Future Soldier. Usłyszałem dziewczęcy krzyk jakoś za moimi plecami , i czyjeś szepty. Od razu po tym poczułem czyiś oddech na plecach. Serce zaczęło mi szybciej bić, a ja nie mogłem się ruszyć. Komuś za mną oddech też przyśpieszył. Nabrałem powietrza oraz odwagi, i odwróciłem się gwałtownie, za mną stał manekin. Skąd on się kurwa tu wziął? Nie ważne, może go nie zauważyłem wcześniej... Poszedłem w jakąś stronę nie wiedziałem nawet jaką. Ale chwila... Jakim cudem on oddychał? To nie mógł być on. Odwróciłem się aby się na niego spojrzeć. Maniekin z narysowanymi oczami, ustami wklejonymi czmyś i ubraniem wyglądał strasznie realnie, szczególnie że znów patrzyłem się w jego namalowane oczy z paru centymetrów. Nie no kurwa, przecież się nie teleportował. Spojrzałem na jego długie włosy, który wyglądały jak prawdziwe. Nie wiadomo czemu naszła mnie chęć dotknięcia ich. Musknąłem włosy dłonią. Ku*wa mać, one były prawdziwe. Wmurowało mnie. Manekin się lekko uśmiechnął, a wcześniej oczy uważane za namalowane skierował w moje. Chłodną i twardą dłoń skierował na mój bark, po czym jego uśmiech rozszerzył się jeszce bardziej. Tak bardzo, że zobaczyłem coś w srodku, zęby. Ostre, długie białe kły zakończone jak groty strzał. Zamknąłem oczy ze strachu, po czym po raz kolejny nabrałem odwagi i je otworzyłem. Manekin, zniknął... Trzasnąłem się lekko w głowę z otwartej dłoni, rozejrzałem się, nie było go.Dobra moja. Skierwoałem swój pistolet w stronę moich spodni aby go schować, ale nie nie nie. Tym razem go nie zgubię. Mimo że panowała straszna, można nawet określić ją egipską ciemnością, zacząłem przyglądać się pistoletowi który wyjąłem żołnierzowi. Nie mam pojęcia dlaczego, spodobał mi się. Przyglądająć się tak zobaczyłem obok mojego cienia drugi cień obok.
-Alex, chłopie -Odrzekłem z ulgą i odwróciłem się w stronę cienia. Stał tam znowu tamten manekin...
-Akuku - Wyszeptał uśmiechając sie po czym mnie ogłuszył...
--------------------------------------------
Na zewnątrz usłyszałem strzały, a dokładniej jeden strzał. Pięć sekund później kolejny, z karabinu samopowtarzalnego. Zerwałem się podnosząc swój karabin, lecz Alex złapał mnie za nadgarstek i przywrócił do wcześniejszej pozycji.
-Siedź... Próbują wybawić z budynków zimnych, i ludzi którzy z nimi nie współpracują. Jak byś wybiegł, to tak jak byś odpowiedział na ich wołanie. -Powiedział cicho Alex patrząc na mnie.
-Wybawić... Kto próbuje? - Spytałem lekko zdezorientowany.
-Rebelianci, albo ludzie Declan'a. W sumie to stoją po tej samej stronie barykady. Na pewno nie FS, bo oni nie stosują takich sposobów.
-Fs? -Spojrzałem pytająco.
-Future soldiers, żołnierze przyszłości. Ci jak by to powiedzieć... Dobrzy. -Mówił powoli.
-Dobrzy? -Powtórzyłem kiwając głową.
-Ta, dobrzy. W sensie, że jak im powiemy, że chcemy uderzyć na jakiś posterunek Evans'a, to się przyłączą. -Uśmiechnął się, ja również nie wiem czemu. -No,a teraz serio idźmy spać. -Pokiwałem głową. Znów usłyszałem strzały, tym razem nei co parę sekund. Teraz to była seria. Ale było dosyć cicho słychać, więc były dalej. Spojrzałem na Aleksa, chyba już spał... Wstałem powoli, zostawiając karabin na ziemi. Powolutku podszedłem do okna zasłoniętego poszarpaną żaluzją. Rozsunąłem zasłony, i wyjrzałem za szybę. Ciemno, i pusto. Uchyliłem lekko okno, wiatr rozbił się na mojej twarzy, przygasił lekko ognisko aby mogło po chwili znów się zregenerować. Przełożyłem jedną nogę a potem drugą, aby wyjść z budynku. Do ziemi dzieliły mnie jakieś... Trzy metry? Nie tak dużo... Skoczyłem i przewróciłem się na beton barkiem. Szybko wstałem, i obejrzałem się, czy nigdzie nie ma zarażonego. Szedłem powoli przed siebie. Usłyszałem serię z jakiegoś karabinu, padłem szybko na ziemię. Po chwili dźwięk wystrzeliwania pocisków z karabinu się ulotnił. Wstałem, i wkroczyłem w ciemną ciasną szczelinię. Nie mogłem rozłożyć nawet w niej rąk. Szedłem strasznie wolno przed siebie, było cholernie ciemno.Mimo narastającego lęku, szedłem przez te cholerne ciemności. Minęły może z trzy minuty, a ja miałem wrażenie że już idę trzy godziny. Po paruset krokach ujrzałem koniec, wyjście. Przyśpieszyłem kroku aby jak najszybciej się tam znaleźć, biegłem jak by z nowymi siłami. Dopiero metr przed wyjściem zauważyłem jakieś światełko, kurwa. A przy niej broń. Położyłem ręce za głowę i tylko coś powiedziałem. Postać trzymająca pistolet nie odpowiadała, widziałem tylko rękę. Mieła minuta. Ruszyłem nie pewnie w jej stronę, lecz bardzo ostrożnie. Dopiero gdy doszedłem do końca zobaczyłem że ta ręka zwisa z pistoletem w ręku, i zamocowaną latarką. Jezu, ale ze mnie debil.Stalem przez minutę posrany bojąc się że strzeli do mnie trup... W sumie, to by nie miało sensu gdyby nie to że trupy chodzą to było by serio zabawnie. Dopiero później doszło do mnie że przecież coś go musiało zabić, więc zaczałem macać po swoich bojówkach w celach znalezienia pistoletu. Spojrzałem się za siebie - o nie, nie ma mowy żebym tam wrócił. Chwyciłem pistolet który trzymał trup nabity na jakiś płot który wcześniej myślałem że chciał do mnie strzelić, i wyjąłem magazynek. 10 naboi załadowanych na jakieś 16. Spojrzalem jeszcze na zwisającego żołnierza, i od razu stwierdziłem że to nie był rebeliant. Ani też zwykły cywil, przypominał mi bardziej kogoś z Future Soldier. Usłyszałem dziewczęcy krzyk jakoś za moimi plecami , i czyjeś szepty. Od razu po tym poczułem czyiś oddech na plecach. Serce zaczęło mi szybciej bić, a ja nie mogłem się ruszyć. Komuś za mną oddech też przyśpieszył. Nabrałem powietrza oraz odwagi, i odwróciłem się gwałtownie, za mną stał manekin. Skąd on się kurwa tu wziął? Nie ważne, może go nie zauważyłem wcześniej... Poszedłem w jakąś stronę nie wiedziałem nawet jaką. Ale chwila... Jakim cudem on oddychał? To nie mógł być on. Odwróciłem się aby się na niego spojrzeć. Maniekin z narysowanymi oczami, ustami wklejonymi czmyś i ubraniem wyglądał strasznie realnie, szczególnie że znów patrzyłem się w jego namalowane oczy z paru centymetrów. Nie no kurwa, przecież się nie teleportował. Spojrzałem na jego długie włosy, który wyglądały jak prawdziwe. Nie wiadomo czemu naszła mnie chęć dotknięcia ich. Musknąłem włosy dłonią. Ku*wa mać, one były prawdziwe. Wmurowało mnie. Manekin się lekko uśmiechnął, a wcześniej oczy uważane za namalowane skierował w moje. Chłodną i twardą dłoń skierował na mój bark, po czym jego uśmiech rozszerzył się jeszce bardziej. Tak bardzo, że zobaczyłem coś w srodku, zęby. Ostre, długie białe kły zakończone jak groty strzał. Zamknąłem oczy ze strachu, po czym po raz kolejny nabrałem odwagi i je otworzyłem. Manekin, zniknął... Trzasnąłem się lekko w głowę z otwartej dłoni, rozejrzałem się, nie było go.Dobra moja. Skierwoałem swój pistolet w stronę moich spodni aby go schować, ale nie nie nie. Tym razem go nie zgubię. Mimo że panowała straszna, można nawet określić ją egipską ciemnością, zacząłem przyglądać się pistoletowi który wyjąłem żołnierzowi. Nie mam pojęcia dlaczego, spodobał mi się. Przyglądająć się tak zobaczyłem obok mojego cienia drugi cień obok.
-Alex, chłopie -Odrzekłem z ulgą i odwróciłem się w stronę cienia. Stał tam znowu tamten manekin...
-Akuku - Wyszeptał uśmiechając sie po czym mnie ogłuszył...
piątek
14. Declan Evaans...
Sprawdziłem czy na pewno nic mi nie zrobił, na szczęście byłem cały. Jeśli coś by mi zrobił, to spowolniło by naszą wyprawę. Nie wiem na jak długo. A może zakażenie wdarło by mi się do organizmu, i bym umarł? Wtedy bym ich nie odnalazł... Moje rozmyślania przerwał Alex , rzucił okiem na trupa obok mnie, i rzucił tylko zdaniem "Szybko Ci poszło" po czym wszedł do środka. Cholera, przecież nie sprawdziłem całej bibloteki... Wbiegłem do budynku prawie przewracając się o zimnego na ziemi. Zaświeciłem latarką która była przymontowana pod lufą karabinu, rozglądałem się po całym budynku, przechodziłem między regałami z książkami próbując być jak najciszej, i nie wywrócić regałów które były tak nie stabilne. Książki wystawały z półek tak bardzo, ze wystarczyło by dotknięcie regału, żeby spadła wystarczająca ilość książek do zrobienia strasznego hałasu. Po pięciu minutach chodzenia po małym budynku nie znalazłem go. Kurwa, gdzie on mógł pójść? Stanąłem w rogu przed żelaznymi drzwiami pomazanymi krwią, i odciskami rąk. Było tam napisane "Pomocy! W środku zdrowi ludzie". Spojrzałem na klamkę do drzwi, a potem na swoją broń. Obejrzałem ją całą, bez wiadomej przyczyny. Chciałem robić co kolwiek, byle by tam nie wchodzić... Ale tam był Alex. A Alex wie jak dojść do Alicji. Kurde. Złapałem za klamkę, wcisnąłem mocno i pociągnąłem do siebie. Drzwi uderzyły się o futrynę, lecz nie otworzyły. Cholera, w złą stronę... Tym razem pchnąłem wejście przed siebie, a metalowe wrota się otworzyły.Natychmiast gdy drzwi sięuchyliły, podniosłem swój karabin w gotowości.Miałem idealnie ustawiony celownik względem mojego oka, karabinem celował przed siebie. Kiedy drzwi otworzyły sie wystarczająco abym się zmieścił, wbiegłem do środka. Rozejrzałem się. Na prawo ode mnie ktoś stał tyłem. Nie był to Alex. Nie był w mundurze.
-Przepraszam... -Wyszeptałem, i chciałem go dotknąc, ale się zawachałem. -Proszę pana... -Stwór rzucił się na mnie,na szczęście w tym samym momencie bokiem wbiegł ktoś z pistoletem trzymanym jedną ręką, i strzelił mu prosto w twarz. Był to oczywiście Alex.
-Gdzie Ty kurwa byłeś? -Spytałem zdenerwowany stojąc naprzeciw jego.
-Poszedłem się odlać na zewnątrz, nie ma tu żadnych zarażonych? -Spytał zupełnie spokojny rozglądając się po pomieszczeniu i żując coś. -A, znalazłem gumy do żucia, chcesz jedną, hę? -Powiedział wyciągając z kieszeni paczkę gum.
-Wiesz, że mogłem przez Ciebie zginąć? -Mówiłem próbując samemu się uspokoić.
-Taa...-Powiedział lekko zdezorientowany. -Ale nie zginąłeś! -Uśmiechnął się szeroko. Wyluzowany gość, czasami chyba też chciałbymtaki być. -Przepraszam -Powiedział.
-Ja również. -Przyznałem. Podałem mu dłoń, spojrzał sie na mnie, po czym również złapał moją dłoń. Pogodziliśmy się, jak małe dzieci. Musiało to wyglądać prze komicznie. Wyszedłem z pokoju, a on za mną.
-Trzeba rozpalić ognisko. Zamknij drzwi, żeby nic nie weszło. -Powiedział. Zmierzyłem wzrokiem regał z książkami. "Tak, to się nada" pomysłałem. Podszedłem, i zsunąłem go na drzwi. Raczej nikt ich nie otworzy. Odwróciłem się i spojrzałem się na Alex'a. Robił miejsce na samym środku pomieszczenia. Odsuwał wszystkie regały, książki z ziemi najpierw wyrywał strony i układał na środku, a potem przykrywałksiążkami. Wyjął zapałkę z kieszeni, i ją zapalił. Podłożył ją pod stos książek i kartek a one się ładnie rozpaliły.
-Nie udusimy się? -Spytałem.
-Hm... Zobaczymy, o tym nie pomyślałem tak szczerze. -Odpowiedział spokojnie. "Dobra, pewnie jest tu jakaś wentylacja" pomyślałem. -Jesteś śpiący?
-Nie, średnio. A co? -Odpowiedziałem.
-Nie, nic. Popilnuj ogniska żeby się tliło, wieczorem może zrobić się zimno w tym budynku. A ja się prześpię. Powiedział, położył sobie 3 książki podgłowę, odłożył karabin obok i zamknął oczy.
*3 godziny później*
-Nie mogę usnąć. -Powiedział Alex, i spojrzał na ognisko, a potem na mnie. Wyglądał na strasznie zmęcznego. -Masz jakiś temat do rozmowy?
-Hm... -Zastanowiłem się. -Jak myślisz, skąd jest ta cała zaraza? Bo ja nie mam żadnego pomysłu.
-Nie wiesz? -Spojrzał się na mnie robiąc duże oczy. -Declan. Declan Evaans. -Wypowiedział te słowa z wyjątkowym obrzydzeniem, z pogardą. -Trzydziesto, albo czterdziesto letni naukowiec, w sumie psychol. Stworzył tą chorobę, bo jacyś terroryści mu zapłacili. Podobno powiedzieli że wykorzystają ją w dobrym celu.
-Skąd to wszystko wiesz?
-Rozmawiałem z nim. -Odpowiedział bez wzruszenia.
-On żyje? I nie może wyprodukować antybiotyku, czy coś?
-Żyje. Ma swoją fortecę, wojsko. Czołgi, piechotę, może nawet samoloty. Ma antybiotyk, który działa przez drogi oddechowe. Ma pełno butli z tym antybiotykiem, szczepionką, nie wiem co to jest. W każdym bądź razie jeżeli dostaniesz to jakoś w ciągu 48h po ugryzieniu , nic Ci nie będzie. Jeżeli zarażonemu dostanie się to do dróg oddechowych, ginie. Tak jak by dostał kulkę w łeb.
-I nie może pomóc? Przecież mógł by tylu ludzi uratować... -Toczyłem dalej temat.
-Może, może. Ale jemu jest tak wygodnie. Zobacz, ma swoje własne wojsko, i ma szczepionke. Jest dla ludzi którzy są w tej fortecy jak król. Jemu to pasuje... Dobra, koniec tematu, kiedyśo tym pogadamy -Powiedział Alex zaspany. Przygaś ognisko trochę, i też sie połóż. Oparłem się o kredens, i zamknąłem oczy. Na prawdę było zimno.
-Przepraszam... -Wyszeptałem, i chciałem go dotknąc, ale się zawachałem. -Proszę pana... -Stwór rzucił się na mnie,na szczęście w tym samym momencie bokiem wbiegł ktoś z pistoletem trzymanym jedną ręką, i strzelił mu prosto w twarz. Był to oczywiście Alex.
-Gdzie Ty kurwa byłeś? -Spytałem zdenerwowany stojąc naprzeciw jego.
-Poszedłem się odlać na zewnątrz, nie ma tu żadnych zarażonych? -Spytał zupełnie spokojny rozglądając się po pomieszczeniu i żując coś. -A, znalazłem gumy do żucia, chcesz jedną, hę? -Powiedział wyciągając z kieszeni paczkę gum.
-Wiesz, że mogłem przez Ciebie zginąć? -Mówiłem próbując samemu się uspokoić.
-Taa...-Powiedział lekko zdezorientowany. -Ale nie zginąłeś! -Uśmiechnął się szeroko. Wyluzowany gość, czasami chyba też chciałbymtaki być. -Przepraszam -Powiedział.
-Ja również. -Przyznałem. Podałem mu dłoń, spojrzał sie na mnie, po czym również złapał moją dłoń. Pogodziliśmy się, jak małe dzieci. Musiało to wyglądać prze komicznie. Wyszedłem z pokoju, a on za mną.
-Trzeba rozpalić ognisko. Zamknij drzwi, żeby nic nie weszło. -Powiedział. Zmierzyłem wzrokiem regał z książkami. "Tak, to się nada" pomysłałem. Podszedłem, i zsunąłem go na drzwi. Raczej nikt ich nie otworzy. Odwróciłem się i spojrzałem się na Alex'a. Robił miejsce na samym środku pomieszczenia. Odsuwał wszystkie regały, książki z ziemi najpierw wyrywał strony i układał na środku, a potem przykrywałksiążkami. Wyjął zapałkę z kieszeni, i ją zapalił. Podłożył ją pod stos książek i kartek a one się ładnie rozpaliły.
-Nie udusimy się? -Spytałem.
-Hm... Zobaczymy, o tym nie pomyślałem tak szczerze. -Odpowiedział spokojnie. "Dobra, pewnie jest tu jakaś wentylacja" pomyślałem. -Jesteś śpiący?
-Nie, średnio. A co? -Odpowiedziałem.
-Nie, nic. Popilnuj ogniska żeby się tliło, wieczorem może zrobić się zimno w tym budynku. A ja się prześpię. Powiedział, położył sobie 3 książki podgłowę, odłożył karabin obok i zamknął oczy.
*3 godziny później*
-Nie mogę usnąć. -Powiedział Alex, i spojrzał na ognisko, a potem na mnie. Wyglądał na strasznie zmęcznego. -Masz jakiś temat do rozmowy?
-Hm... -Zastanowiłem się. -Jak myślisz, skąd jest ta cała zaraza? Bo ja nie mam żadnego pomysłu.
-Nie wiesz? -Spojrzał się na mnie robiąc duże oczy. -Declan. Declan Evaans. -Wypowiedział te słowa z wyjątkowym obrzydzeniem, z pogardą. -Trzydziesto, albo czterdziesto letni naukowiec, w sumie psychol. Stworzył tą chorobę, bo jacyś terroryści mu zapłacili. Podobno powiedzieli że wykorzystają ją w dobrym celu.
-Skąd to wszystko wiesz?
-Rozmawiałem z nim. -Odpowiedział bez wzruszenia.
-On żyje? I nie może wyprodukować antybiotyku, czy coś?
-Żyje. Ma swoją fortecę, wojsko. Czołgi, piechotę, może nawet samoloty. Ma antybiotyk, który działa przez drogi oddechowe. Ma pełno butli z tym antybiotykiem, szczepionką, nie wiem co to jest. W każdym bądź razie jeżeli dostaniesz to jakoś w ciągu 48h po ugryzieniu , nic Ci nie będzie. Jeżeli zarażonemu dostanie się to do dróg oddechowych, ginie. Tak jak by dostał kulkę w łeb.
-I nie może pomóc? Przecież mógł by tylu ludzi uratować... -Toczyłem dalej temat.
-Może, może. Ale jemu jest tak wygodnie. Zobacz, ma swoje własne wojsko, i ma szczepionke. Jest dla ludzi którzy są w tej fortecy jak król. Jemu to pasuje... Dobra, koniec tematu, kiedyśo tym pogadamy -Powiedział Alex zaspany. Przygaś ognisko trochę, i też sie połóż. Oparłem się o kredens, i zamknąłem oczy. Na prawdę było zimno.
Subskrybuj:
Posty (Atom)