poniedziałek

18. Szpital

Położył rękę na moim ramieniu i powiedział cicho "idziemy po nią". Wypowiedział to tak strasznie "psychicznie" że zacząłem się go bać. Po chwili się zaśmiał. Ghostt usłyszał to co powiedział .
-Ja tutaj zostaję. -Parsknął , opierając się karabinem o ziemi i przysiadając na jakieś ławeczce.
-Radzę ruszyć stąd dupska, chcę tylko przypomnieć że jedyne co nas dzieli od grupy zombie napalonych na nasze przepyszne mózgi to ten drewniany płot o który się opierasz Ghostt. No i raczej jak dalej będziemy sobie tutaj stać, to w końcu nas odwiedzą. -Mówił powoli Alex, obrazując dłońmi to co mówi i machając wszędzie pistoletem.
-Ta. -Pokiwał głową. Jak już skończycie, to będę tu czekał. Alex się na Niego spojrzał, po czym jego wzrok znów zawędrował na moją twarz i szepnął tylko "No to idziemy". Odwrócił się na pięcie i zaczął powoli maszerować jak na początku pomyślałem w stronę Ghostt'a, ale jego celem był płot.
-Pomożesz mi? - Powiedział stojąc pod płotem. Podszedłem szybko i przytaknąłem głową. Kucnął i splótł dłonie, dając mi znak żebym przeszedł przez płot. Położyłem stopę na jego dłoniach a on mnie lekko wybił, dzięki czemu mogłem przeskoczyć przez płot. Przeszły mnie dreszcze, gdy zobaczyłem że przede mną jest główna ulica pełna zarażonych.  Spojrzałem się przez ramię, i upewniłem się że Alex też już tu jest.
-Mówiłem Ci już, że mamy przesrane? -Powiedział klepiąc nie po ramieniu.
-Taa... -Szepnąłem rozglądając się.
-Dobra, chodź. - Ruszył przede mnie idąc na ugiętych kolanach trzymając pistolet obydwoma dłońmi i będąc gotowym w każdej chwili z niego skorzystać w razie gdyby nastała taka potrzeba. -Stój. -Szepnął -Za chwilę wejdziemy na główną; nie przejdziemy sobie przez nią tak po prostu. Narobię trochę hałasu, i ściągnę ich tylu ilu się da do jakieś małej alejki, a Ty dobiegniesz w tym czasie do szpitala, tam będzie Ci się łatwiej utrzymać przy życiu. -Mówił obserwując cały czas teren przed sobą, nie spojrzał się ani razu na mnie.Jego wzrok był wbity w szpital. Mój zresztą też. Żeby dam dojść, musiałem przebiec przez ulicę, wbiec do jakiegoś parku w którym zarażonych też było od groma, potem już tylko przez parę budynków , a dalej był szpital.
-A co z Tobą? -Spytałem.
-Ze mną? -Zaśmiał się, i wyjął coś z kieszeni. To była luneta. Przykręcił ją do karabinu i otworzył usta -Będę Cię osłaniać, a przynajmniej się postaram. Jak już ją znajdziesz, daj znać machając przez okno, dojdę do was. -Pokiwałem głową. -Dobra, gotowy?
-Jasne -Wziąłem głęboki oddech. "Biegnij!" krzyknął, tak też zrobiłem. Prawą ręką trzymałem karabin jakoś za środek, a on strzelał do przypadkowych zarażonych. Gdy wpadłem do parku, straciłem go ze swojego pola widzenia. "Oby mu nic się nie stało" pomyślałem. Przede mną nagle jak by znikąd pojawiło się koło trzydziestu/czterdziestu zombie. Podniosłem lufę, po czym zrezygnowany ją opuściłem; za mało naboi w magazynku.Poczekałem aż podejdą bliżej, i położyłem jedną nogę na ławce obok, mając zamiar po prostu ich ominąć gdy podejdą jak najbliżej. Kiedy najbliższy z nich był około dwa metry ode mnie, chcąc przeskoczyć przez ławkę moja stopa przebiła się przez starą deskę, i tam ugrzęzła. Cholera! Zacząłem nią przesuwać, próbując z niej wyjąć swoją nogę, niestety tylko sobie ją pokaleczyłem. Wykrzystałem drugą nogę aby połamać resztę desek, i udało mi się. Wyczołgałem się stamtąd, gdy jeden z zarażonych już padł aby się do mnie dobrać. Wstałem jak najszybciej i kontynuowałem bieg w stronę szpitala, mimo pokaleczonej nogi o której chwilę później już zupełnie zapomniałem. Stanąłem przed szeregiem niskich budynków, apteka, jakiś spożyczwczy i tak dalej. Udało mi się dostać do apteki; zatrzymałem się na chwilę, i rozejrzałem. Na półce leżało parę opakowań z lekami. Rzuciłem okiem przez ramię, nie wyglądało na to aby były blisko mnie. Zgarnąłem wszystkie opakowania do kieszeni, na wszelki wypadek. Tym razem rozjerzałem się w poszukiwaniu drzwi, aby przejść na drugą stronę, okrążęnie tego szeregu budynku zajęło by za długo. Cholera, nie ma przejścia. Kopnąłem w ścianę, wyciągając wnioski że ta ściana za wytrzymała nie jest, zresztą moja noga też. Dopiero teraz zauważyłem kogoś w ciemyn kącie. Wycelowałem w niego, ale na szczęście był już martwy. Przeszukałem jego kieszenie, nic nie znalazłem. Za to w plecaku miał jedzenie, i... granat. Zastanowiłem się przez chwilę, i podszedłem do ściany. "Oby to zadziałało" pomyślałem, po czym wyciągnąłem zawleczkę, podrzuciłem go pod ścianę i wybiegłem przyklejając się do ściany. Usłyszałem huk eksplozji, i wbiegłem do środka. W powietrzu zaczął unosić się pył, przez który przebijały się promienie światła. Udało się! "Dzięki koleś" rzuciłem, wybiegając stąd. Po paru sekundach biegu przez jakiś pusty plac dobiegłem do drzwi szpitalu. Rozejrzałem się oglądając budynki znajdujące się w okolicy, lecz nie zauważyłem Alexa. Trudno. Wszedłem do ciemnego budynku podnosząc lufę karabinu i rozglądając się po parterze. Na pierwszy rzut oka było pusto, oprócz setek ciał na podłodze. Przyglądałem się każdej twarzy z osobna, jak najdokładniej tak jak by z obawą, że którąś skojarzę.
-Alicja?-Krzyknąłem, lecz mój krzyk pozostał bez odpowiedzi, a jedyne co usłyszałem to gniecenie przez moje buty czyiś kości. Zacząłem zastanawiać się co tutaj się stało. Nagle przede mną z jakiegoś pomieszczenia przebiegła postać poruszająca się na czterech łapach, i zniknęła w innym pomieszczeniu aby za chwilę pojawić się za mną. Zdążyłem tylko zauważyć że całą ją pokrywa czarna sierść, a może włosy...  Gdzieś już taką widziałem... Tak! To ta sama która zraniła Ghostt'a. Rzeczywiście, Alex miał rację. Mam przesrane. Przyśpieszyłem kroku rozglądając się cały czas. Po chwili doszedłem do schodów. Rzuciłem okiem na cały ten budynek. Ściany na których farbę okryła zaschnięta, ciemna krew oraz dziury po pociskach. W powietrzu unosiła się woń którą powodowały rozkładające się powoli zwłoki leżące wszędzie, często podziurawione na wylot lub z paroma wygryzionymi miejscami. Lampy co jakiś czas oświetlały ciemne korytarze, aby znów zostawić nas na panującą wszędzie ciemność. Wszystkie okna były pozabijane na parterze, tak jak by ktoś za wszelką cenę próbował to miejsce utrzymać. Na ścianach było również pełno napisów, jedne wyryte czymś a drugie wymalowane krwią. Ten cały klimat, otoczenie dawały mi wrażenie że to całe truchło jest coraz bliżej mnie. Odwróciłem się w stronę popękanych schodów, i postawiłem swoją stopę na pierwszym schodku.

3 komentarze:

  1. *zostawiam kom dla motywacji*

    OdpowiedzUsuń
  2. tyle emocji i opisów, a Alice wciąż nie ma -.-

    <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. może opisów nie ma no ://
      zacząłem pisać coś jeszcze, zobacze czy to ma przyszlosc, bo jak na razie szkola w sumie strasznie mnie ogranicza i nie mam kiedy zajac sie czyms sensownym (tzw pisaniem) ale da się przeżyć
      tak więc.. No :/

      Usuń