Cześć, na wstępie chciałbym przeprosić że postów nie było. Nie wiem ile, ale długo. Za długo. Tak na prawdę ten rozdział jest napisany od dawna - tyle że chciałem napisać w nim więcej, uznałem go za zbyt krótki. No ale w tym pliku nie mogłem napisać słowa więcej, nie wiem czemu. Na pustym mi pójdzie z pewnością łatwiej. Miłego czytania przez parę minutek.
----------------------------------------------------------------------
"No dalej" pomyślałem patrząc się na NASZEGO strzelca. "Strzelaj". Po chwili kula wyleciała z lufy. Przeszyła jego pierś na wylot. Padł na ziemię.
-Zdjęty! - Krzyknął Ghostt po chwili. Spojrzał się i uśmiech z jego twarzy zszedł gdy zobaczył leżącego Alexa na ziemi w plamie krwi, jego krwi. To nasz padł na ziemię. Podbiegł najszybciej jak tylko mógł, i uklęknął przy swoim przyjacielu który właśnie się wykrwawiał.
-Jezu, podajcie bandaż! -Krzyknął Ghostt. Stałem jak słup, nie potrafiłem nic odpowiedzieć. Byłem drewnem. Złapałem za rękaw munduru i chciałem zerwać kawałek, ale był zbyt wytrzymały. Boże, serio? Uklęknąłem przed Ghostt'em, między tym rannym (Charlie), i Alex'em. Zerwałem Charliemu kawałek rękawa, ten poszedł jakoś wyjątkowo łatwo i wręczyłem opatrunek Ghostt'owi.
-Mamy alkohol? -Spytał odwracając się w naszą stronę.
-To nie za dobry moment... -Syknął Charlie.
-Do odkażenia, idioto! -Krzyknął rozwścieczony. Alicja podała jakąs mała butelkę a Ghostt wylał jej zawartość na mocno prowizoryczny opatrunek. "To będzie bolało" pomyśleliśmy chyba wszyscy. zdjął kamizelkę z jego torsu, i rozpiął mundur rozrywając podkoszulkę. Chciał owinąć jego tors, ale opatrunek był za mały. Kula trafiła trochę ponad serce. Krew wylewała się z jego ust. Nie wiem co czuł. Nikt z nas nie mógł tego wiedzieć.
-Chwila, mam bandaż... -Powiedział Charlie. -Chyba jednak wam się przyda. - Wszyscy go zmierzyliśmy wzrokiem.
-Ciesz się, że mnie ręka boska chroni , żeby ci nie jebnąć... -Skomentowałem jego zachowanie. Resztki z butelki Ghostt rozlał na środku opatrunku i owinął w okół jego rany.
-Trzymaj się... -Powiedział lekko rozpaczony Ghostt. Nigdy nie widziałem go w takim stanie. Alex złapał się za wystającą płytę betonu.
-Trzymam. -Spróbował zaśmiać się, lecz jedynie zakasłał i wypluł sporą ilość krwi. Zobaczyliśmy falę zarażonych za wyłomem w ścianie. "Będą tu za jakieś dwie minuty..." pomyślałem. Nie było sensu nikogo powiadamiać, wszyscy już wiedzieli. Nawet Alex ich zauważył.
-Wstawaj, idziemy! -Skierował się do Alexa Ghostt i chciał wziąć go na ramię, lecz ten krzyknął z bólu. To nie miało sensu... -Ile mamy amunicji? -Odwrócił się w naszą stronę. Charlie wyjrzał jeszcze raz na zarażonych.
-Nie wystarczająco. -Cały czas spoglądał się w wyłom w ścianie. Ghostt chciał zaprzeczyć, ale wtrąciła się Alicja.
-Charlie ma tym razem Rację... -Rozejrzeliśmy się po sobie. Alex nie śmiale podniósł rękę jak uczeń w podstawówce pierwszy raz aby spytać się o coś nauczyciela.
-Ja mogę ich zająć, kiedyś zajmowałem się dziećmi... -Wydusił z siebie, każdy chciał coś wtrącić i powiedzieć że to nie czas na żarty, ale nie dał sobie przerwać. -A zresztą, nawet zarażeni są lepsi od bachorów... -I znowu chcieliśmy coś powiedzieć, ale znaleźliśmy się pod ostrzałem z km'a. Niefortunnie żaden pocisk nie trafił zarażonego. Wszyscy zdążyliśmy schować się pod murkiem, ale seria pocisków trafiła w nogi rannego... Zawył z bólu. Nie zważając na zarażonych, nas, świat, zarażonych, ostrzał z km'a, i zarażonych Ghostt podbiegł do swojego przyjaciela i odciągnął go trochę dalej. Niestety kule tak podziurawiły mu nogę, że część od kolana w dół trzymała się jedynie na kości, bez żadnego mięsa... Już chyba nawet Ghostt zwątpił...
-Musimy iść! -Krzyknąłem. Trudno było mi to wydusić z siebie, ale wiedziałem że dla Niego nie ma już szansy... Sprawilibyśmy mu tylko więcej bólu. Ghostt jakby mnie nie słyszał, mówił coś do przyjaciela, lecz nie dochodziło to do mnie. Nie słyszałem ich rozmowy. Pokiwał głową z lekkim opóźnieniem, zarażeni zaczęli się wlewać do budynku. Wstał, i wbiegł w jakiś korytarz... Oni chyba już się pożegnali. Za nim pobiegła Alicja z rannym pod ramieniem , pożegnali się jedynie wzrokiem. To było takie... puste. Chciałem odbiec, ale coś mnie powstrzymało. Tak jakby mnie przyciągnął do siebie, czułem że jestem mu coś winny. Wyjąłem pistolet i jeden nabój z magazynka. wręczyłem mu osobno pistolet, prawie pełny magazynek i... podając nabój chyba zobaczyłem w jego oczach łzę.
-Dziękujemy... -Poklepałem go po ramieniu. Wiedziałem, że wrócę tutaj. Żeby zabrać i pochować jego ciało, jeśli coś z niego zostanie... To nie było wcale łatwe. Mimo paru dni razem spędzonych zawiązaliśmy między sobą taką więź...
-No spieprzaj, młody. -Wykrztusił z siebie. Odbiegłem mimo jakby liny przymocowanej do mnie i do Niego zarazem. Niestety ta lina nie ciągnęła go za mną, a jakby jedynie zaciskała coraz to mocniejszą pętlę na jego szyi...
Autor tego to niezrównoważony psychicznie dzieciak. W jednym ciele siedzą dwie osobowości, jedna jest miła, kocha nie wyobrażalnie swój kraj i się wszystkim przejmuje. Druga osobowość jest anarchistą, nie obchodzi go nic i ma ochotę wszystkich wyrżnąć w pień, przy okazji obalając system. Czy blog napisany przez takiego kogoś może być nudny?
poniedziałek
niedziela
20. Strzelania ciąg dalszy.
-Niby jak? -Zapytała Alicja najgłośniej jak potrafiła. Każdy się przez chwilę zastanawiał, próbując nie dostać kulki w łeb.Pierwszy odezwał się Alex.
-Mam pomysł! -Krzyknął. -Każdy karabin, a szczególnie takie bydle musi być kiedyś przeładowane. Zyskamy wtedy kilka sekund. Wybiegnie pierwsza dwójka; Alex i Alicja. Zbiegniecie na dół i poczekacie na nas. Jeśli coś nie wypali, spotykamy się wszyscy w największym, najbliższym budynku jaki znajdziemy. Miejmy nadzieję, że nikogo w budynku nie ma. -Spojrzał się kolejno na wszystkich, jak by pytając czy nie mamy nic przeciw.
-A co z tym rannym? -Spytała Alicja. -Nie zostawimy go. -Rozejrzałem się zdziwiony po pomieszczeniu. No tak, ktoś musiał wcześniej te jęki wydawać. Najprawdopodobniej się nim opiekowali. Nie mam pojęcia kto to...
-Ja go wezmę -Powiedziałem po chwili namysłu.
-Wszystko jasne? -Wszyscy potwierdzili. Chwilę później nastąpiła przerwa. Alex na mnie spojrzał. -No już!-Krzyknął mi do ucha. Zerwałem się, pomagając Alicji wstać najszybciej jak się dało. Podbiegłem do mężczyzny przy ścianie, i wziąłem go na ramię. Był ciężki. Wydał z siebie jęk, niestety nie mogłem nic na to poradzić. Chciał czy nie chciał, musiał iść ze mną. Ledwo zniknąłem za rogiem już usłyszałem kolejne strzały. Lekko przyśpieszyłem, i poprosiłem żeby Alicja szła za mną. Lewą ręką przytrzymywałem rannego tak aby musiał włożyć jak najmniej siły której nie ma w to aby dojść na dół. Doszliśmy do schodów, spojrzałem się na nie a on razem ze mną.
-Najłatwiej było by Cię zrzucić na dół. -Powiedziałem patrząc się na schody. Spojrzał się na mnie strasznie poważnie. -Żartowałem... -Westchnąłem. Odetchnął z ulgą. Chociaż, kto wie czy to byłby taki zły pomysł? Zacząłem zbiegać po schodach uważając aby nie zrobić mu krzywdy. Alicja szła tuż za mną, a ja pokonywałem kolejne stopnie prowadzące coraz niżej, i niżej. W końcu bez większych problemów nie licząc... Właśnie, jak on ma na imię?
-Jak się nazywasz? -Spytałem pokonując kolejny schodek.
-Charlie - Wydusił z siebie po krótkim czasie. ...nie licząc Charliego dostaliśmy się na parter. Nie było żadnych problemów... A przynajmniej tak mi się zdawało. Na końcu korytarza zobaczyłem to samo gdy wchodziłem. "Wybacz" szepnąłem do rannego, i położyłem go powoli i cicho na ziemię oraz zsunąłem karabin z swoich pleców wprost do swoich dłoni. Wycelowałem prosto w głowę, i nacisnąłem na spust aby się go pozbyć. Usłyszałem tylko brzdęknięcie. Cholera, zaciął się!
-Rozejrzyj się przez dziury w ścianie i okna po największym budynku... -Szepnąłem do Alicji. Odsunęła się lekko, a ja wyjąłem nóż skądś tam. Nawet nie wiem skąd. Podniosłem go ku górze w celu wyrządzenia temu stworzeniu jak najwięcej szkód. Dziewczyna podniosła dłoń w moim kierunku jak by chciała mnie zatrzymać.
-Nie zgrywaj bohatera... -Odezwał się Charlie. Spojrzałem się na niego, może miał rację. Schowałem nóż do kabury przyczepionej do pasa, oparłem się o ścianę i spojrzałem na Alicję. Uśmiechnęła się. Tak ślicznie się uśmiechała... Zaraz potem po schodach zbiegł Alex z Ghostt'em. Rzucili okiem na stwora na korytarzu, poczym oddali parę strzałów w niego. Spojrzeli się na mnie jak by pytając czemu ja nie zrobiłem tego.
-Zaciął się. -Stwierdziłem wzdychając. Ryan wziął mój karabin do ręki i spojrzał na niego. Odciągnął coś przy kolbie a z komory wypadł pocisk uderzając o ziemię.
-Po kłopocie. -Odparł spokojnie. -Wynośmy się stąd. -Powiedział po czym rozejrzał się. Wydawał się jakiś dziwny, jakby ukrywał coś. Albo był przerażony, i chciał za wszelką cenę stąd się wynieść... Co jest? Chciałem go zapytać ale przeszkodziły mi kolejne strzały. Znów padliśmy na ziemię jakby oszołomieni. Alex znajdował się najbliżej przerwy w ścianie. Na tej części podpory budynku która nie była zniszczona wisiało lustro. Alex spojrzał się na nie.
-Mam pomysł. -Szepnął i rozbił odbicie kolbą karabinu, po czym podniósł jego mały kawałek. -Wiesz co robić. -Skierował te słowa do Ghostt'a. Ten tylko pokiwał głową i wybiegł z budynku. Co on do cholery robi? wyjrzałem zza ściany; strzelec nie trafił go a on schował się za jakimś autem. Alex w tym czasie wyciągnął lusterko i skierował je w stronę skąd strzelał snajper.
-Coś w lusterku się zabłyszczało. -Stwierdziłem.
-Tak , mamy go. -Uśmiechnął się. Wyrzucił lusterko, a przeciwnik zmiażdżył je swoim pociskiem. W tym samym czasie wychylił się najszybciej jak mógł i wycelował w strzelca...
-Mam pomysł! -Krzyknął. -Każdy karabin, a szczególnie takie bydle musi być kiedyś przeładowane. Zyskamy wtedy kilka sekund. Wybiegnie pierwsza dwójka; Alex i Alicja. Zbiegniecie na dół i poczekacie na nas. Jeśli coś nie wypali, spotykamy się wszyscy w największym, najbliższym budynku jaki znajdziemy. Miejmy nadzieję, że nikogo w budynku nie ma. -Spojrzał się kolejno na wszystkich, jak by pytając czy nie mamy nic przeciw.
-A co z tym rannym? -Spytała Alicja. -Nie zostawimy go. -Rozejrzałem się zdziwiony po pomieszczeniu. No tak, ktoś musiał wcześniej te jęki wydawać. Najprawdopodobniej się nim opiekowali. Nie mam pojęcia kto to...
-Ja go wezmę -Powiedziałem po chwili namysłu.
-Wszystko jasne? -Wszyscy potwierdzili. Chwilę później nastąpiła przerwa. Alex na mnie spojrzał. -No już!-Krzyknął mi do ucha. Zerwałem się, pomagając Alicji wstać najszybciej jak się dało. Podbiegłem do mężczyzny przy ścianie, i wziąłem go na ramię. Był ciężki. Wydał z siebie jęk, niestety nie mogłem nic na to poradzić. Chciał czy nie chciał, musiał iść ze mną. Ledwo zniknąłem za rogiem już usłyszałem kolejne strzały. Lekko przyśpieszyłem, i poprosiłem żeby Alicja szła za mną. Lewą ręką przytrzymywałem rannego tak aby musiał włożyć jak najmniej siły której nie ma w to aby dojść na dół. Doszliśmy do schodów, spojrzałem się na nie a on razem ze mną.
-Najłatwiej było by Cię zrzucić na dół. -Powiedziałem patrząc się na schody. Spojrzał się na mnie strasznie poważnie. -Żartowałem... -Westchnąłem. Odetchnął z ulgą. Chociaż, kto wie czy to byłby taki zły pomysł? Zacząłem zbiegać po schodach uważając aby nie zrobić mu krzywdy. Alicja szła tuż za mną, a ja pokonywałem kolejne stopnie prowadzące coraz niżej, i niżej. W końcu bez większych problemów nie licząc... Właśnie, jak on ma na imię?
-Jak się nazywasz? -Spytałem pokonując kolejny schodek.
-Charlie - Wydusił z siebie po krótkim czasie. ...nie licząc Charliego dostaliśmy się na parter. Nie było żadnych problemów... A przynajmniej tak mi się zdawało. Na końcu korytarza zobaczyłem to samo gdy wchodziłem. "Wybacz" szepnąłem do rannego, i położyłem go powoli i cicho na ziemię oraz zsunąłem karabin z swoich pleców wprost do swoich dłoni. Wycelowałem prosto w głowę, i nacisnąłem na spust aby się go pozbyć. Usłyszałem tylko brzdęknięcie. Cholera, zaciął się!
-Rozejrzyj się przez dziury w ścianie i okna po największym budynku... -Szepnąłem do Alicji. Odsunęła się lekko, a ja wyjąłem nóż skądś tam. Nawet nie wiem skąd. Podniosłem go ku górze w celu wyrządzenia temu stworzeniu jak najwięcej szkód. Dziewczyna podniosła dłoń w moim kierunku jak by chciała mnie zatrzymać.
-Nie zgrywaj bohatera... -Odezwał się Charlie. Spojrzałem się na niego, może miał rację. Schowałem nóż do kabury przyczepionej do pasa, oparłem się o ścianę i spojrzałem na Alicję. Uśmiechnęła się. Tak ślicznie się uśmiechała... Zaraz potem po schodach zbiegł Alex z Ghostt'em. Rzucili okiem na stwora na korytarzu, poczym oddali parę strzałów w niego. Spojrzeli się na mnie jak by pytając czemu ja nie zrobiłem tego.
-Zaciął się. -Stwierdziłem wzdychając. Ryan wziął mój karabin do ręki i spojrzał na niego. Odciągnął coś przy kolbie a z komory wypadł pocisk uderzając o ziemię.
-Po kłopocie. -Odparł spokojnie. -Wynośmy się stąd. -Powiedział po czym rozejrzał się. Wydawał się jakiś dziwny, jakby ukrywał coś. Albo był przerażony, i chciał za wszelką cenę stąd się wynieść... Co jest? Chciałem go zapytać ale przeszkodziły mi kolejne strzały. Znów padliśmy na ziemię jakby oszołomieni. Alex znajdował się najbliżej przerwy w ścianie. Na tej części podpory budynku która nie była zniszczona wisiało lustro. Alex spojrzał się na nie.
-Mam pomysł. -Szepnął i rozbił odbicie kolbą karabinu, po czym podniósł jego mały kawałek. -Wiesz co robić. -Skierował te słowa do Ghostt'a. Ten tylko pokiwał głową i wybiegł z budynku. Co on do cholery robi? wyjrzałem zza ściany; strzelec nie trafił go a on schował się za jakimś autem. Alex w tym czasie wyciągnął lusterko i skierował je w stronę skąd strzelał snajper.
-Coś w lusterku się zabłyszczało. -Stwierdziłem.
-Tak , mamy go. -Uśmiechnął się. Wyrzucił lusterko, a przeciwnik zmiażdżył je swoim pociskiem. W tym samym czasie wychylił się najszybciej jak mógł i wycelował w strzelca...
piątek
19. ,,Ghosts of history"
Miłego weekendu! Zapraszam do komentowania, to strasznie jak widzicie motywuje!
---------------
Zrobiłem kolejne parę kroków bojąc się, że za chwilę to wszystko po czym się poruszam runie, nie wyglądało na wytrzymałe. Nagle przede mną pojawiła się szara, nie wyraźna postać. Tak po prostu, znikąd. Szła po schodach przedemną odwrócona plecami. W poszarpanej dłoni trzymała karabin. Idąc od przewrócenia dzieliła ją nie wielka granica, lecz starała się dojść jak najwyżej. Gdy weszła już, odwróciła się i podniosła karabin w moją stronę. Zaczęła strzelać, lecz nic mnie na szczęście nie trafiło... Kule tak jak by przenikały przeze mnie... Obejrzałem się za siebie, był tam ten sam potwór który przebiegł w korytarzu, lecz tych była masa, i również były strasznie nie wyraźne. Przebiegły dosłownie przeze mnie, rzucając się na żołnierza w kamizelce i masce gazowej. Zaczęły go gryźć, po czym usłyszały dźwięk którego mi nie było dane usłyszeć, i poleciały wyżej. Postać zaczęła się czołgać ledwo żyjąc do ściany, po czym po prostu odeszła; umarła. Poszedłem wyżej, i zobaczyłem martwe pogryzione ciało właśnie w tamtym miejscu. Na moje oko było martwe już od dawna.... Co to było? Wszedłem zastanawiając się nad tym na drugie piętro. Światło bijące z szyb które tutaj już nie były zabite, a przynajmniej takie się zdarzały zaczęły bić mnie po oczach. Przede mną stały jak by dwa cienie zarażonych.Podniosłem broń i wycelowałem w głowę z jednego z nich, lecz padł na ziemię jeszcze przed moim strzałem. Drugi chwilę potem,padając na mnie. "Alex" pomyślałem. Zepchnąłem go ze schodów, i wbiegłem na piętro.
-Alicja! - Krzyknąłem po raz drugi. Rozejrzałem się, pusto. Stwierdziłem że nie będę marnował czasu na to piętro. Wbiegłem od razu na kolejne piętro, słysząc za sobą strzały.Odwróciłem się, i zobaczyłem kolejnych dwóch żołnierzy, znów szarych i nie wyraźnych.Znikli za rogiem cały czas strzelając do czegoś. Złapałem się za głowę, i powstrzymałem się jakimś cudem od zemdlenia i wbiegłem na drugie piętro. Krzyknąłem znów, lecz tym razem dostałem odpowiedź. Niestety, to nie był głos Alicji. Odpowiedzią był jakiś głośny, męski jęk. Pobiegłem za nim, i znów go usłyszałem. Dochodził z jakiegoś zamkniętego pomieszczenia. Przyłożyłem ucho i zaczałem nasłuchiwać.
-Spokojnie, nic Ci nie będzie.. -Powiedział wolno jakaś osoba, głosem przypominająca Ghostt'a.
-Dasz radę mu pomóc? -Usłyszałem Alicję.
-Alicja?!? - Krzyknąłem. Nikt nie odpowiedział,a usłyszałem jedynie kolejny jęk. -Z kim jesteś? - Krzyknąłem jeszcze głośniej i "odkleiłem" ucho od drzwi namierzając celownikiem w stronę drzwi.
-Kim jesteś? - Odpowiedziała mówiąc normalnym głosem.
-To ja, Daniel... -Powiedziałem, po czym drzwi się otworzyły i wybiegła Alicja. Wyglądała inaczej, włosy miała ściete do szyji a na twarzy pojawił się wielki uśmiech na mój widok. Była ubrana w szare bojówki i lekko ciemniejszą bluzę. Przytuliła mnie mocno, a ja upuściłem karabin na ziemię aby ją objąć. Trzymałem ją tak jeszcze przez chwilę, dopóki nie wyszła druga osoba...
-Dbaj o broń, synu. -Zażartował... Ghostt! Skąd on się tutaj wziął? Podał mi rękę, a ja ją mocno uścisnąłem... Wydawał się zupełnie inny. Jak by "nie ten Ghostt". Spojrzałem przez szybę, i zobaczyłem postać schodzącą z jakiegoś dachu.Alex. Zaraz tu powinien wrócić. Szybko streściłem Ghostt'owi to co się działo przed chwilą a on się na mnie spojrzał ze zdziwieniem.. -Ale... To nie mogłem być ja. Od dłuższego czasu się stąd nie ruszałem.. Pogadamy o tym później, i zaprosił mnie do pokoju skąd wydał się kolejny jęk. Zobaczyłem żołnierza takiego samego, jak ten na schodach... Ale ten żył. I wyglądał realnie. Usiądź, ja muszę się nim zająć. Tak też zrobiłem, i opowiedziałem o wszystkim, oprócz tego co zobaczyłem w budynku, wolałem to zachować w tajemnicy. Uprzedziłem również o Alexie, i opowiedziałem dokładnie wszystko od kiedy ich "zgubiłem". Słuchali uważnie, wyłapując każde moje kolejne słowo. W tunelu usłyszałem kroki.
-To ten Alex pewnie idzie. -Uspokoił mnie Ghostt. Wsłuchałem się.
-Nie... -Zaprzeczyłem. -Alex jest sam, a ja słyszę więcej kroków. -Ghostt się na mnie spojrzał. Nagle poczułem dłoń na swoim ramieniu.
-Spokojnie ,to tylko ja. - Uff, to był Alex... -Słyszałeś kogoś jeszcze? -Spytał zdziwiony, patrząc się przy okazji na Ghostt'a i Alicję.-Chodź na chwilę, pogadamy -Powiedział po czym zachęcił mnie do wyjścia z pomieszczenia. Podszedł do mnie, i na szybko mu wyjaśniłem o co chodzi z Ghostt'em, ale jak by to jego nie interesowało, lub wcale nie słuchał.-Słyszałeś więcej kroków, zgadza się? -Spytał z wielką powagą.
-Tak, tak mi się zdawało... -Odpowiedziałem nie pewny.
-I pewnie widziałeś jakieś nie wyraźne postacie, co?
-No... Można tak powiedzieć. -Powiedziałem speszony
-Cholera, Ty też. Słuchaj, niektóre miejsca na świecie mają straszne historie, lub po prostu ciekawe; warte zachowania na dłuższy czas. -Mówił rozglądając się. -Ci, kogo widzisz to "duchy historii", a przynajmniej ja je tak nazywam. W zależności od miejsca możesz widzieć same prześwity ich, całych a czasami nawet możesz z nimi porozmawiać. Nie mogą Ci nic zrobić, nie musisz się ich obawiać... Można się od nich dowiedzieć sporo rzeczy, i zaciekawić co tu się takiego mogło stać, by to miejsce było warte zapamiętania. Dobra, wracajmy do reszty... -Powiedział, i wszedł zostawiając mnie na korytarzu. Mignął mi przed oczami obraz tego miejsca z zewnątrz, tyle że zupełnie zadbanego, nie zniszczonego... Głowa mnie rozbolała jeszcze bardziej, i nie potrafiłem powstrzymać się od jęku z bólu. Ghostt od razu po mnie przybiegł, pomógł mi wejść do pomieszczenia oraz usadowił pod ścianą.
-Daj mu po prostu odpocząć.-Powiedział Alex patrząc się na Ghostt'a. Patrzył na niego jak na starego przyjaciela. Nie wytrzymałem z pytaniem.
-Znacie się? - Zapytałem, lecz Alex puścił moje pytanie koło uszu. Patrzył się wciąż na Ghostt'a, po czym otworzył usta.
-Jacques? -Spytał z powagą Alex patrząc się na mojego towarzysza. Równie ciekawie przyglądała się temu Alicja.
-Ryan? -Odpowiedział kolejnym pytaniem, i rzucił się na Al... Ryan'a? Poklepał go po plecach, jak starego przyjaciela.
-Znacie się? -Powtórzyłem pytanie.
-Jasne. -Odpowiedzieli we dwójkę.
-Skąd? -Wtrąciła się Alicja ze swoim pytaniem.
-Francja, rok temu. -Mówił Jacques, znany mi jak Ghostt. -Ryan,czyli Alex był moim spotterem; obserwatorem. Mamy za sobą parę misji na różnych terenach. Nigdy o tym nikomu osobiście nie mówiłem, i szczerze mówiąc wątpiłem że się jeszcze kiedyś spotkałem. -Zaśmiał się.
-Co do tych "misji" -Uśmiech z twarzy Alex'a zszedł w tym momencie. Ghostt się na niego chwilę popatrzył, po czym na jego twarzy uśmiech również zniknął.-Do dzisiaj pamiętam tą w sektorze 18...
-Sektorze 18?-Spytałem z powagą. Ryan zakrył twarz dłońmi.
-Tak, sektorze 18. Przyjechaliśmy tam w dwanaście osób tylko na chwilę, dowieźć jakieś części. Wszystko było ściśle tajne, ale kiedy na świecie panuje apokalipsa zombie, to kogo to obchodzi? Służyliśmy razem w "BIA" , tajna organizacja wojskowa w ameryce. Na miejscu okazało się, że nie zastaliśmy naukowców, a nasze auto zniknęło. By się wydostać musieliśmy przejść przez linie wykopane przez kanibali. Można powiedzieć że nam się udało,a prznajmniej mi i Alexowi. Reszta nie miała tyle szczęścia...Kiedy widzisz jak jakiś skurwiel pożera twojego dowódcę a Ty masz pusty magazynek, i jesteś ciągnięty przez przyjaciela do wyjścia wszystko traci sens zamykając za sobą podziemia tak, aby nikt tam nigdy nie wszedł ani nie wyszedł... Dwanaście uzbrojonych oraz wyszkolonych żołnierzy, liny, karabiny, amunicja, pistolety, race, granaty, noktowizory przeciwko parunastu kanibalom oraz ich zębom i maczetom... Każdy na początku powie, jak mogło wrócić tylko dwóch ale...-Głos mu się zarwał.
-Ale nikt kto tego nie przeżył, nie zrozumie pod jaką byliśmy presją, i co mogliśmy czuć. -Dokończył Alex, a Ghostt pokiwał tylko głową. -Było,minęło. Żyjemy tym co jest tu, teraz.
-Może nie uwierzycie... -Ciągnął Ghostt strasznie cicho-Ale wtedy mimo że spędziliśmy tam parę dni, było tam milion razy gorzej niż jest tutaj... - Ryan tylko pokiwał głową, wstał i wyjrzał przez otwór w zabarykadowanym oknie. Nagle strzał przeszył drewno tworzące barykadę okna, i zgniótł się na ścianie po przeciwnej stronie.
-Snajper, na ziemię! -Krzyknął Ryan, i położył się na ziemi przy ścianie, tak jak reszta. Podniosłem głowę, i zobaczyłem przed sobą trzęsącą się Alicję. Cholera...
-Co robimy? -Krzyknąłem przytrzymując swój hełm na głowie. Dopiero teraz sobie o nim przypomniałem...
-Wynosimy się stąd! - Krzyknął Ryan. Gdy próbował wstać, więcej kul przeszyło ścianę wpuszczając więcej światła do pokoju.-Dobra, to był zły pomysł!-Padł znów na ziemię. Tynk, kawałki ścian oraz drewna zaczęły lecieć nam nad głowami, tak samo jak pociski z ciężkiego karabinu maszynowego.
---------------
Zrobiłem kolejne parę kroków bojąc się, że za chwilę to wszystko po czym się poruszam runie, nie wyglądało na wytrzymałe. Nagle przede mną pojawiła się szara, nie wyraźna postać. Tak po prostu, znikąd. Szła po schodach przedemną odwrócona plecami. W poszarpanej dłoni trzymała karabin. Idąc od przewrócenia dzieliła ją nie wielka granica, lecz starała się dojść jak najwyżej. Gdy weszła już, odwróciła się i podniosła karabin w moją stronę. Zaczęła strzelać, lecz nic mnie na szczęście nie trafiło... Kule tak jak by przenikały przeze mnie... Obejrzałem się za siebie, był tam ten sam potwór który przebiegł w korytarzu, lecz tych była masa, i również były strasznie nie wyraźne. Przebiegły dosłownie przeze mnie, rzucając się na żołnierza w kamizelce i masce gazowej. Zaczęły go gryźć, po czym usłyszały dźwięk którego mi nie było dane usłyszeć, i poleciały wyżej. Postać zaczęła się czołgać ledwo żyjąc do ściany, po czym po prostu odeszła; umarła. Poszedłem wyżej, i zobaczyłem martwe pogryzione ciało właśnie w tamtym miejscu. Na moje oko było martwe już od dawna.... Co to było? Wszedłem zastanawiając się nad tym na drugie piętro. Światło bijące z szyb które tutaj już nie były zabite, a przynajmniej takie się zdarzały zaczęły bić mnie po oczach. Przede mną stały jak by dwa cienie zarażonych.Podniosłem broń i wycelowałem w głowę z jednego z nich, lecz padł na ziemię jeszcze przed moim strzałem. Drugi chwilę potem,padając na mnie. "Alex" pomyślałem. Zepchnąłem go ze schodów, i wbiegłem na piętro.
-Alicja! - Krzyknąłem po raz drugi. Rozejrzałem się, pusto. Stwierdziłem że nie będę marnował czasu na to piętro. Wbiegłem od razu na kolejne piętro, słysząc za sobą strzały.Odwróciłem się, i zobaczyłem kolejnych dwóch żołnierzy, znów szarych i nie wyraźnych.Znikli za rogiem cały czas strzelając do czegoś. Złapałem się za głowę, i powstrzymałem się jakimś cudem od zemdlenia i wbiegłem na drugie piętro. Krzyknąłem znów, lecz tym razem dostałem odpowiedź. Niestety, to nie był głos Alicji. Odpowiedzią był jakiś głośny, męski jęk. Pobiegłem za nim, i znów go usłyszałem. Dochodził z jakiegoś zamkniętego pomieszczenia. Przyłożyłem ucho i zaczałem nasłuchiwać.
-Spokojnie, nic Ci nie będzie.. -Powiedział wolno jakaś osoba, głosem przypominająca Ghostt'a.
-Dasz radę mu pomóc? -Usłyszałem Alicję.
-Alicja?!? - Krzyknąłem. Nikt nie odpowiedział,a usłyszałem jedynie kolejny jęk. -Z kim jesteś? - Krzyknąłem jeszcze głośniej i "odkleiłem" ucho od drzwi namierzając celownikiem w stronę drzwi.
-Kim jesteś? - Odpowiedziała mówiąc normalnym głosem.
-To ja, Daniel... -Powiedziałem, po czym drzwi się otworzyły i wybiegła Alicja. Wyglądała inaczej, włosy miała ściete do szyji a na twarzy pojawił się wielki uśmiech na mój widok. Była ubrana w szare bojówki i lekko ciemniejszą bluzę. Przytuliła mnie mocno, a ja upuściłem karabin na ziemię aby ją objąć. Trzymałem ją tak jeszcze przez chwilę, dopóki nie wyszła druga osoba...
-Dbaj o broń, synu. -Zażartował... Ghostt! Skąd on się tutaj wziął? Podał mi rękę, a ja ją mocno uścisnąłem... Wydawał się zupełnie inny. Jak by "nie ten Ghostt". Spojrzałem przez szybę, i zobaczyłem postać schodzącą z jakiegoś dachu.Alex. Zaraz tu powinien wrócić. Szybko streściłem Ghostt'owi to co się działo przed chwilą a on się na mnie spojrzał ze zdziwieniem.. -Ale... To nie mogłem być ja. Od dłuższego czasu się stąd nie ruszałem.. Pogadamy o tym później, i zaprosił mnie do pokoju skąd wydał się kolejny jęk. Zobaczyłem żołnierza takiego samego, jak ten na schodach... Ale ten żył. I wyglądał realnie. Usiądź, ja muszę się nim zająć. Tak też zrobiłem, i opowiedziałem o wszystkim, oprócz tego co zobaczyłem w budynku, wolałem to zachować w tajemnicy. Uprzedziłem również o Alexie, i opowiedziałem dokładnie wszystko od kiedy ich "zgubiłem". Słuchali uważnie, wyłapując każde moje kolejne słowo. W tunelu usłyszałem kroki.
-To ten Alex pewnie idzie. -Uspokoił mnie Ghostt. Wsłuchałem się.
-Nie... -Zaprzeczyłem. -Alex jest sam, a ja słyszę więcej kroków. -Ghostt się na mnie spojrzał. Nagle poczułem dłoń na swoim ramieniu.
-Spokojnie ,to tylko ja. - Uff, to był Alex... -Słyszałeś kogoś jeszcze? -Spytał zdziwiony, patrząc się przy okazji na Ghostt'a i Alicję.-Chodź na chwilę, pogadamy -Powiedział po czym zachęcił mnie do wyjścia z pomieszczenia. Podszedł do mnie, i na szybko mu wyjaśniłem o co chodzi z Ghostt'em, ale jak by to jego nie interesowało, lub wcale nie słuchał.-Słyszałeś więcej kroków, zgadza się? -Spytał z wielką powagą.
-Tak, tak mi się zdawało... -Odpowiedziałem nie pewny.
-I pewnie widziałeś jakieś nie wyraźne postacie, co?
-No... Można tak powiedzieć. -Powiedziałem speszony
-Cholera, Ty też. Słuchaj, niektóre miejsca na świecie mają straszne historie, lub po prostu ciekawe; warte zachowania na dłuższy czas. -Mówił rozglądając się. -Ci, kogo widzisz to "duchy historii", a przynajmniej ja je tak nazywam. W zależności od miejsca możesz widzieć same prześwity ich, całych a czasami nawet możesz z nimi porozmawiać. Nie mogą Ci nic zrobić, nie musisz się ich obawiać... Można się od nich dowiedzieć sporo rzeczy, i zaciekawić co tu się takiego mogło stać, by to miejsce było warte zapamiętania. Dobra, wracajmy do reszty... -Powiedział, i wszedł zostawiając mnie na korytarzu. Mignął mi przed oczami obraz tego miejsca z zewnątrz, tyle że zupełnie zadbanego, nie zniszczonego... Głowa mnie rozbolała jeszcze bardziej, i nie potrafiłem powstrzymać się od jęku z bólu. Ghostt od razu po mnie przybiegł, pomógł mi wejść do pomieszczenia oraz usadowił pod ścianą.
-Daj mu po prostu odpocząć.-Powiedział Alex patrząc się na Ghostt'a. Patrzył na niego jak na starego przyjaciela. Nie wytrzymałem z pytaniem.
-Znacie się? - Zapytałem, lecz Alex puścił moje pytanie koło uszu. Patrzył się wciąż na Ghostt'a, po czym otworzył usta.
-Jacques? -Spytał z powagą Alex patrząc się na mojego towarzysza. Równie ciekawie przyglądała się temu Alicja.
-Ryan? -Odpowiedział kolejnym pytaniem, i rzucił się na Al... Ryan'a? Poklepał go po plecach, jak starego przyjaciela.
-Znacie się? -Powtórzyłem pytanie.
-Jasne. -Odpowiedzieli we dwójkę.
-Skąd? -Wtrąciła się Alicja ze swoim pytaniem.
-Francja, rok temu. -Mówił Jacques, znany mi jak Ghostt. -Ryan,czyli Alex był moim spotterem; obserwatorem. Mamy za sobą parę misji na różnych terenach. Nigdy o tym nikomu osobiście nie mówiłem, i szczerze mówiąc wątpiłem że się jeszcze kiedyś spotkałem. -Zaśmiał się.
-Co do tych "misji" -Uśmiech z twarzy Alex'a zszedł w tym momencie. Ghostt się na niego chwilę popatrzył, po czym na jego twarzy uśmiech również zniknął.-Do dzisiaj pamiętam tą w sektorze 18...
-Sektorze 18?-Spytałem z powagą. Ryan zakrył twarz dłońmi.
-Tak, sektorze 18. Przyjechaliśmy tam w dwanaście osób tylko na chwilę, dowieźć jakieś części. Wszystko było ściśle tajne, ale kiedy na świecie panuje apokalipsa zombie, to kogo to obchodzi? Służyliśmy razem w "BIA" , tajna organizacja wojskowa w ameryce. Na miejscu okazało się, że nie zastaliśmy naukowców, a nasze auto zniknęło. By się wydostać musieliśmy przejść przez linie wykopane przez kanibali. Można powiedzieć że nam się udało,a prznajmniej mi i Alexowi. Reszta nie miała tyle szczęścia...Kiedy widzisz jak jakiś skurwiel pożera twojego dowódcę a Ty masz pusty magazynek, i jesteś ciągnięty przez przyjaciela do wyjścia wszystko traci sens zamykając za sobą podziemia tak, aby nikt tam nigdy nie wszedł ani nie wyszedł... Dwanaście uzbrojonych oraz wyszkolonych żołnierzy, liny, karabiny, amunicja, pistolety, race, granaty, noktowizory przeciwko parunastu kanibalom oraz ich zębom i maczetom... Każdy na początku powie, jak mogło wrócić tylko dwóch ale...-Głos mu się zarwał.
-Ale nikt kto tego nie przeżył, nie zrozumie pod jaką byliśmy presją, i co mogliśmy czuć. -Dokończył Alex, a Ghostt pokiwał tylko głową. -Było,minęło. Żyjemy tym co jest tu, teraz.
-Może nie uwierzycie... -Ciągnął Ghostt strasznie cicho-Ale wtedy mimo że spędziliśmy tam parę dni, było tam milion razy gorzej niż jest tutaj... - Ryan tylko pokiwał głową, wstał i wyjrzał przez otwór w zabarykadowanym oknie. Nagle strzał przeszył drewno tworzące barykadę okna, i zgniótł się na ścianie po przeciwnej stronie.
-Snajper, na ziemię! -Krzyknął Ryan, i położył się na ziemi przy ścianie, tak jak reszta. Podniosłem głowę, i zobaczyłem przed sobą trzęsącą się Alicję. Cholera...
-Co robimy? -Krzyknąłem przytrzymując swój hełm na głowie. Dopiero teraz sobie o nim przypomniałem...
-Wynosimy się stąd! - Krzyknął Ryan. Gdy próbował wstać, więcej kul przeszyło ścianę wpuszczając więcej światła do pokoju.-Dobra, to był zły pomysł!-Padł znów na ziemię. Tynk, kawałki ścian oraz drewna zaczęły lecieć nam nad głowami, tak samo jak pociski z ciężkiego karabinu maszynowego.
poniedziałek
18. Szpital
Położył rękę na moim ramieniu i powiedział cicho "idziemy po nią". Wypowiedział to tak strasznie "psychicznie" że zacząłem się go bać. Po chwili się zaśmiał. Ghostt usłyszał to co powiedział .
-Ja tutaj zostaję. -Parsknął , opierając się karabinem o ziemi i przysiadając na jakieś ławeczce.
-Radzę ruszyć stąd dupska, chcę tylko przypomnieć że jedyne co nas dzieli od grupy zombie napalonych na nasze przepyszne mózgi to ten drewniany płot o który się opierasz Ghostt. No i raczej jak dalej będziemy sobie tutaj stać, to w końcu nas odwiedzą. -Mówił powoli Alex, obrazując dłońmi to co mówi i machając wszędzie pistoletem.
-Ta. -Pokiwał głową. Jak już skończycie, to będę tu czekał. Alex się na Niego spojrzał, po czym jego wzrok znów zawędrował na moją twarz i szepnął tylko "No to idziemy". Odwrócił się na pięcie i zaczął powoli maszerować jak na początku pomyślałem w stronę Ghostt'a, ale jego celem był płot.
-Pomożesz mi? - Powiedział stojąc pod płotem. Podszedłem szybko i przytaknąłem głową. Kucnął i splótł dłonie, dając mi znak żebym przeszedł przez płot. Położyłem stopę na jego dłoniach a on mnie lekko wybił, dzięki czemu mogłem przeskoczyć przez płot. Przeszły mnie dreszcze, gdy zobaczyłem że przede mną jest główna ulica pełna zarażonych. Spojrzałem się przez ramię, i upewniłem się że Alex też już tu jest.
-Mówiłem Ci już, że mamy przesrane? -Powiedział klepiąc nie po ramieniu.
-Taa... -Szepnąłem rozglądając się.
-Dobra, chodź. - Ruszył przede mnie idąc na ugiętych kolanach trzymając pistolet obydwoma dłońmi i będąc gotowym w każdej chwili z niego skorzystać w razie gdyby nastała taka potrzeba. -Stój. -Szepnął -Za chwilę wejdziemy na główną; nie przejdziemy sobie przez nią tak po prostu. Narobię trochę hałasu, i ściągnę ich tylu ilu się da do jakieś małej alejki, a Ty dobiegniesz w tym czasie do szpitala, tam będzie Ci się łatwiej utrzymać przy życiu. -Mówił obserwując cały czas teren przed sobą, nie spojrzał się ani razu na mnie.Jego wzrok był wbity w szpital. Mój zresztą też. Żeby dam dojść, musiałem przebiec przez ulicę, wbiec do jakiegoś parku w którym zarażonych też było od groma, potem już tylko przez parę budynków , a dalej był szpital.
-A co z Tobą? -Spytałem.
-Ze mną? -Zaśmiał się, i wyjął coś z kieszeni. To była luneta. Przykręcił ją do karabinu i otworzył usta -Będę Cię osłaniać, a przynajmniej się postaram. Jak już ją znajdziesz, daj znać machając przez okno, dojdę do was. -Pokiwałem głową. -Dobra, gotowy?
-Jasne -Wziąłem głęboki oddech. "Biegnij!" krzyknął, tak też zrobiłem. Prawą ręką trzymałem karabin jakoś za środek, a on strzelał do przypadkowych zarażonych. Gdy wpadłem do parku, straciłem go ze swojego pola widzenia. "Oby mu nic się nie stało" pomyślałem. Przede mną nagle jak by znikąd pojawiło się koło trzydziestu/czterdziestu zombie. Podniosłem lufę, po czym zrezygnowany ją opuściłem; za mało naboi w magazynku.Poczekałem aż podejdą bliżej, i położyłem jedną nogę na ławce obok, mając zamiar po prostu ich ominąć gdy podejdą jak najbliżej. Kiedy najbliższy z nich był około dwa metry ode mnie, chcąc przeskoczyć przez ławkę moja stopa przebiła się przez starą deskę, i tam ugrzęzła. Cholera! Zacząłem nią przesuwać, próbując z niej wyjąć swoją nogę, niestety tylko sobie ją pokaleczyłem. Wykrzystałem drugą nogę aby połamać resztę desek, i udało mi się. Wyczołgałem się stamtąd, gdy jeden z zarażonych już padł aby się do mnie dobrać. Wstałem jak najszybciej i kontynuowałem bieg w stronę szpitala, mimo pokaleczonej nogi o której chwilę później już zupełnie zapomniałem. Stanąłem przed szeregiem niskich budynków, apteka, jakiś spożyczwczy i tak dalej. Udało mi się dostać do apteki; zatrzymałem się na chwilę, i rozejrzałem. Na półce leżało parę opakowań z lekami. Rzuciłem okiem przez ramię, nie wyglądało na to aby były blisko mnie. Zgarnąłem wszystkie opakowania do kieszeni, na wszelki wypadek. Tym razem rozjerzałem się w poszukiwaniu drzwi, aby przejść na drugą stronę, okrążęnie tego szeregu budynku zajęło by za długo. Cholera, nie ma przejścia. Kopnąłem w ścianę, wyciągając wnioski że ta ściana za wytrzymała nie jest, zresztą moja noga też. Dopiero teraz zauważyłem kogoś w ciemyn kącie. Wycelowałem w niego, ale na szczęście był już martwy. Przeszukałem jego kieszenie, nic nie znalazłem. Za to w plecaku miał jedzenie, i... granat. Zastanowiłem się przez chwilę, i podszedłem do ściany. "Oby to zadziałało" pomyślałem, po czym wyciągnąłem zawleczkę, podrzuciłem go pod ścianę i wybiegłem przyklejając się do ściany. Usłyszałem huk eksplozji, i wbiegłem do środka. W powietrzu zaczął unosić się pył, przez który przebijały się promienie światła. Udało się! "Dzięki koleś" rzuciłem, wybiegając stąd. Po paru sekundach biegu przez jakiś pusty plac dobiegłem do drzwi szpitalu. Rozejrzałem się oglądając budynki znajdujące się w okolicy, lecz nie zauważyłem Alexa. Trudno. Wszedłem do ciemnego budynku podnosząc lufę karabinu i rozglądając się po parterze. Na pierwszy rzut oka było pusto, oprócz setek ciał na podłodze. Przyglądałem się każdej twarzy z osobna, jak najdokładniej tak jak by z obawą, że którąś skojarzę.
-Alicja?-Krzyknąłem, lecz mój krzyk pozostał bez odpowiedzi, a jedyne co usłyszałem to gniecenie przez moje buty czyiś kości. Zacząłem zastanawiać się co tutaj się stało. Nagle przede mną z jakiegoś pomieszczenia przebiegła postać poruszająca się na czterech łapach, i zniknęła w innym pomieszczeniu aby za chwilę pojawić się za mną. Zdążyłem tylko zauważyć że całą ją pokrywa czarna sierść, a może włosy... Gdzieś już taką widziałem... Tak! To ta sama która zraniła Ghostt'a. Rzeczywiście, Alex miał rację. Mam przesrane. Przyśpieszyłem kroku rozglądając się cały czas. Po chwili doszedłem do schodów. Rzuciłem okiem na cały ten budynek. Ściany na których farbę okryła zaschnięta, ciemna krew oraz dziury po pociskach. W powietrzu unosiła się woń którą powodowały rozkładające się powoli zwłoki leżące wszędzie, często podziurawione na wylot lub z paroma wygryzionymi miejscami. Lampy co jakiś czas oświetlały ciemne korytarze, aby znów zostawić nas na panującą wszędzie ciemność. Wszystkie okna były pozabijane na parterze, tak jak by ktoś za wszelką cenę próbował to miejsce utrzymać. Na ścianach było również pełno napisów, jedne wyryte czymś a drugie wymalowane krwią. Ten cały klimat, otoczenie dawały mi wrażenie że to całe truchło jest coraz bliżej mnie. Odwróciłem się w stronę popękanych schodów, i postawiłem swoją stopę na pierwszym schodku.
-Ja tutaj zostaję. -Parsknął , opierając się karabinem o ziemi i przysiadając na jakieś ławeczce.
-Radzę ruszyć stąd dupska, chcę tylko przypomnieć że jedyne co nas dzieli od grupy zombie napalonych na nasze przepyszne mózgi to ten drewniany płot o który się opierasz Ghostt. No i raczej jak dalej będziemy sobie tutaj stać, to w końcu nas odwiedzą. -Mówił powoli Alex, obrazując dłońmi to co mówi i machając wszędzie pistoletem.
-Ta. -Pokiwał głową. Jak już skończycie, to będę tu czekał. Alex się na Niego spojrzał, po czym jego wzrok znów zawędrował na moją twarz i szepnął tylko "No to idziemy". Odwrócił się na pięcie i zaczął powoli maszerować jak na początku pomyślałem w stronę Ghostt'a, ale jego celem był płot.
-Pomożesz mi? - Powiedział stojąc pod płotem. Podszedłem szybko i przytaknąłem głową. Kucnął i splótł dłonie, dając mi znak żebym przeszedł przez płot. Położyłem stopę na jego dłoniach a on mnie lekko wybił, dzięki czemu mogłem przeskoczyć przez płot. Przeszły mnie dreszcze, gdy zobaczyłem że przede mną jest główna ulica pełna zarażonych. Spojrzałem się przez ramię, i upewniłem się że Alex też już tu jest.
-Mówiłem Ci już, że mamy przesrane? -Powiedział klepiąc nie po ramieniu.
-Taa... -Szepnąłem rozglądając się.
-Dobra, chodź. - Ruszył przede mnie idąc na ugiętych kolanach trzymając pistolet obydwoma dłońmi i będąc gotowym w każdej chwili z niego skorzystać w razie gdyby nastała taka potrzeba. -Stój. -Szepnął -Za chwilę wejdziemy na główną; nie przejdziemy sobie przez nią tak po prostu. Narobię trochę hałasu, i ściągnę ich tylu ilu się da do jakieś małej alejki, a Ty dobiegniesz w tym czasie do szpitala, tam będzie Ci się łatwiej utrzymać przy życiu. -Mówił obserwując cały czas teren przed sobą, nie spojrzał się ani razu na mnie.Jego wzrok był wbity w szpital. Mój zresztą też. Żeby dam dojść, musiałem przebiec przez ulicę, wbiec do jakiegoś parku w którym zarażonych też było od groma, potem już tylko przez parę budynków , a dalej był szpital.
-A co z Tobą? -Spytałem.
-Ze mną? -Zaśmiał się, i wyjął coś z kieszeni. To była luneta. Przykręcił ją do karabinu i otworzył usta -Będę Cię osłaniać, a przynajmniej się postaram. Jak już ją znajdziesz, daj znać machając przez okno, dojdę do was. -Pokiwałem głową. -Dobra, gotowy?
-Jasne -Wziąłem głęboki oddech. "Biegnij!" krzyknął, tak też zrobiłem. Prawą ręką trzymałem karabin jakoś za środek, a on strzelał do przypadkowych zarażonych. Gdy wpadłem do parku, straciłem go ze swojego pola widzenia. "Oby mu nic się nie stało" pomyślałem. Przede mną nagle jak by znikąd pojawiło się koło trzydziestu/czterdziestu zombie. Podniosłem lufę, po czym zrezygnowany ją opuściłem; za mało naboi w magazynku.Poczekałem aż podejdą bliżej, i położyłem jedną nogę na ławce obok, mając zamiar po prostu ich ominąć gdy podejdą jak najbliżej. Kiedy najbliższy z nich był około dwa metry ode mnie, chcąc przeskoczyć przez ławkę moja stopa przebiła się przez starą deskę, i tam ugrzęzła. Cholera! Zacząłem nią przesuwać, próbując z niej wyjąć swoją nogę, niestety tylko sobie ją pokaleczyłem. Wykrzystałem drugą nogę aby połamać resztę desek, i udało mi się. Wyczołgałem się stamtąd, gdy jeden z zarażonych już padł aby się do mnie dobrać. Wstałem jak najszybciej i kontynuowałem bieg w stronę szpitala, mimo pokaleczonej nogi o której chwilę później już zupełnie zapomniałem. Stanąłem przed szeregiem niskich budynków, apteka, jakiś spożyczwczy i tak dalej. Udało mi się dostać do apteki; zatrzymałem się na chwilę, i rozejrzałem. Na półce leżało parę opakowań z lekami. Rzuciłem okiem przez ramię, nie wyglądało na to aby były blisko mnie. Zgarnąłem wszystkie opakowania do kieszeni, na wszelki wypadek. Tym razem rozjerzałem się w poszukiwaniu drzwi, aby przejść na drugą stronę, okrążęnie tego szeregu budynku zajęło by za długo. Cholera, nie ma przejścia. Kopnąłem w ścianę, wyciągając wnioski że ta ściana za wytrzymała nie jest, zresztą moja noga też. Dopiero teraz zauważyłem kogoś w ciemyn kącie. Wycelowałem w niego, ale na szczęście był już martwy. Przeszukałem jego kieszenie, nic nie znalazłem. Za to w plecaku miał jedzenie, i... granat. Zastanowiłem się przez chwilę, i podszedłem do ściany. "Oby to zadziałało" pomyślałem, po czym wyciągnąłem zawleczkę, podrzuciłem go pod ścianę i wybiegłem przyklejając się do ściany. Usłyszałem huk eksplozji, i wbiegłem do środka. W powietrzu zaczął unosić się pył, przez który przebijały się promienie światła. Udało się! "Dzięki koleś" rzuciłem, wybiegając stąd. Po paru sekundach biegu przez jakiś pusty plac dobiegłem do drzwi szpitalu. Rozejrzałem się oglądając budynki znajdujące się w okolicy, lecz nie zauważyłem Alexa. Trudno. Wszedłem do ciemnego budynku podnosząc lufę karabinu i rozglądając się po parterze. Na pierwszy rzut oka było pusto, oprócz setek ciał na podłodze. Przyglądałem się każdej twarzy z osobna, jak najdokładniej tak jak by z obawą, że którąś skojarzę.
-Alicja?-Krzyknąłem, lecz mój krzyk pozostał bez odpowiedzi, a jedyne co usłyszałem to gniecenie przez moje buty czyiś kości. Zacząłem zastanawiać się co tutaj się stało. Nagle przede mną z jakiegoś pomieszczenia przebiegła postać poruszająca się na czterech łapach, i zniknęła w innym pomieszczeniu aby za chwilę pojawić się za mną. Zdążyłem tylko zauważyć że całą ją pokrywa czarna sierść, a może włosy... Gdzieś już taką widziałem... Tak! To ta sama która zraniła Ghostt'a. Rzeczywiście, Alex miał rację. Mam przesrane. Przyśpieszyłem kroku rozglądając się cały czas. Po chwili doszedłem do schodów. Rzuciłem okiem na cały ten budynek. Ściany na których farbę okryła zaschnięta, ciemna krew oraz dziury po pociskach. W powietrzu unosiła się woń którą powodowały rozkładające się powoli zwłoki leżące wszędzie, często podziurawione na wylot lub z paroma wygryzionymi miejscami. Lampy co jakiś czas oświetlały ciemne korytarze, aby znów zostawić nas na panującą wszędzie ciemność. Wszystkie okna były pozabijane na parterze, tak jak by ktoś za wszelką cenę próbował to miejsce utrzymać. Na ścianach było również pełno napisów, jedne wyryte czymś a drugie wymalowane krwią. Ten cały klimat, otoczenie dawały mi wrażenie że to całe truchło jest coraz bliżej mnie. Odwróciłem się w stronę popękanych schodów, i postawiłem swoją stopę na pierwszym schodku.
1. Ogłoszenie parafialne.
Została założona Grupa!
Zawsze chciałem użyć nagłówka, nie ważne. Założyłem grupę w której po prostu będę pisał o tym, kiedy dodaję posta itd. Jeżęli czytasz mojego bloga bardzo proszę o dołączenie. Jeśli był by jakiś problem, piszcie w komentarzu lub na mail'a.https://www.facebook.com/groups/357130384473943/?fref=ts
17. "Jest źle..."
Wesołego nowego roku!
*2015, wciąż czekam na apokalipsę zombie*
--------------
W tej chwili przygniatał mnie ciężarem swojego ciała, a ja nie mogłem go podnieść. Brakowało mi siły. Byłem zmęczony, mimo że jeszcze przed chwilą miałem siłę na wszystko. Cholera, to takie wyczerpujące. Cały czas gdzie by nie pójść, wpadać w kłopoty i być pod presją. No i co chwila gubić broń... Zupełnie zapomniałem o napastniku który leżał na mnie, i miał mnie właśnie uderzyć. Odsunąłem głowę a on trafił w ziemię, to musiało boleć bo włożył w to dużo siły. Gdy lekko się uniósł, wykorzystałem to i podkurczyłem nogę wyprostowując ją już na jego klatce piersiowej. Odleciał ode mnie w przeciwną stronę. Momentalnie pocisk przeszył jego głowę, wędrując przez skroń. Cholera, to nie ja strzelałem. Spojrzałem przez swoje lewe ramię, na budynek... A dokładniej na okno. Coś tam zabłysło.Zobaczyłem odrobinę wyżej czyjeś oczy, i od razu tak jak by się zapadły w ciemności budynku. Cholera, kto to był? Jak na razie chyba jednak było to moje mniejsze zmartwienie, ponieważ usłyszałem jęki. Jęki zmarłych. Tak, to byli zimni, cholera. Spojrzałem przez swoje prawe ramię; zobaczyłem piątkę zapierdalających po mnie sztywnych. PIĄTKĘ PIERDOLONYCH SZTYWNYCH. Nie przejął bym się tym, gdyby nie to że nie miałem przy sobie pistoletu, a jedyne co mogłem użyć jako broń oprócz swoich kończyn, to nóż. I teraz pytanie... Spierdalać do budynku gdzie prawdopodobnie znajdę się pod ostrzałem i zginę. Mogę też tutaj zostać i z nimi walczyć, ale prawdopodobnie zginę. Um... Tyle sposobów by zginąć. Wyciągnąłem nóż, i stanąłem najsolidniej jak potrafiłem. Nie wiem czemu wybrałem śmierć poprzez pogryzienie. Z coraz bardziej zmniejszają się odległością moją od zarażonych, przychodziło mi do głowy coraz więcej pomysłów co zrobić. Może jednak uda mi się przeżyć? Były już jakieś pół metra ode mnie, brałem zamach nożem gdy... Coś ich wszystkich rozstrzelało. Przepraszam, co? Spojrzałem w prawo, stał tam jakiś mężczyzna. Nie rozpoznałem jego twarzy, było za ciemno i znajdował się za daleko. Rzucił w moją stronę karabin.
-Wróć po tamtego chłopaka, i czekaj tu na mnie. -Powiedział, skądś kojarzyłem ten głos... Chciałem zrobić tak jak mi kazał, więc odwróciłem się w stronę drzwi z których wyszedłem z budynku. Drogę zablokował mi... A raczej zablokowało to samo, co spotkałem w szkole. Wyszeptało tylko "Znajdź dziewczynę" i zniknęło... Głowa mnie rozbolała momentalnie, jak i momentalnie ból ustał. Cholera, to było serio dziwne. Wbiegłem do budynku, ostrzał minął już jakiś czas temu. Ale... Alexa nie było. Rozejrzałem się, wszędzie leżały łuski, kawałki ściany i mebli. W miejscu gdzie leżał Alex został jedynie ślad po nim. Cholera, gdzie on jest? Usłyszałem czyjeś kroki za mną, odwróciłem się momentalnie i wzniosłem karabin. Wycelowałem w sylwetkę i odbezpieczyłem karabin,osoba naprzeciw mnie podniosła ręce.
-Słuchaj-Powiedziała, to ta sama osoba od której dostałem karabin. Opuściłem swoją broń.A Ona próbowała złapać tchu.
-Kim jesteś? -Spytałem, nie opuszczając wzroku z tajemniczej postaci będąc na wszelki wypadek cały czas gotowy na zareagowanie,gdyby jednak nie okazała się dla mnie zbyt przyjazna. Otworzył usta by mi odpowiedzieć, lecz z zamkniętych drzwi przez które przeszedł by dostać się do mnie, wysypało się koło pięciu zarażonych. Lewą dłonią z największą siłą jaką miałem odepchnąłem go, przewracając go przy tym i uniosłem lufę w stronę sztywnych. Nacisnąłem spust, a z mojego karabinu wysypała się fala pocisków wymierzonych w zarażonych. Wszyscy padli na ziemię w tym samym momencie... Podałem rękę osobie która właśnie przyglądała się mojemu wyczynowi, i pomogłem jej wstać. Podziękowała, po czym zdjęła kominiarkę... To był Ghostt. Zatkało mnie, nie wiedziałem co powiedzieć.
-Wiem że się cieszysz - zaśmiał się -Ale musimy stąd spadać. -Kontynuował, sprawdzając magazynek i resztę osprzętu jaki posiadał.
-Ale dlaczego? -Spytałem rozglądając się czy nikt nie wszedł do budynku.
-Jest źle. Bardzo źle. Parę naście wielkich hord zimnych po prostu wydostała się z największego więzienia i skierowało w stronę tego miasta. A dokładniej od jakiegoś czasu już jest. -Odwrócił się,i pokazał palcem żebym zachował ciszę. Usłyszałem jakieś jęki które się nasilały. -Tak, to właśnie one -Potwierdził.
-Nie możemy stąd iść, zostawiłem tutaj kogoś. Zresztą, gdzie jest Alicja?
-To go lepiej szybko znajdź -Odpowiedział pozostawiając moje pytanie bez odpowiedzi. Ktoś wbiegł, zatrzaskując za sobą drzwi i przygniatając je plecami aby nikt się nie dostał przez nie. To był Alex.
-Mówiliście o mnie? -Zaśmiał się. Pokiwałem głową. "Wynosimy się stąd" krzyknął Ghostt. Alex chyba dopiero teraz zauważył że nie zastał mnie tu samego. Musiał domyśleć się prawdopodobnie, że skoro do mnie nie strzela to jest nastawiony przyjaźnie. -Dobra, pomoglibyście mi -Powiedział zaczynając dawać znać, że traci z każdą chwilą siłę. Ghostt jak najszybciej przebiegł przez przejście prowadzące do pokoju gdzie Alex przytrzymywał drzwi służąc za barykadę. Oparł się ramieniem o dużą szafę obok wejścia, i próbował ją popchnąć w stronę drzwi.
-Aż tyle siły nie mam, Daniel, rusz dupę! -Krzyknął w moją stronę patrząc się na mnie. Podbiegłem i pomogłem mu przesunąć szafę. Alex odskoczył od drzwi, a my dopchaliśmy szafę do końca. Otarł rękawem pot z czoła i odetchnął z ulgą.
-Musimy stąd spierdalać. -Stwierdził stanowczo Alex.
-Nie znamy się,ale masz rację. -Potwierdził Ghostt.
-Nie, musimy znaleźć Alicję. -Zaprzeczyłem. Obydwaj przytaknęli, lecz Ghostt wyglądał jak by mu to niezbyt pasowało. Cóż, przynajmniej tak mi się zdawało. "Tędy" powiedział do nas Ghostt, wskazując palcem przez szybę. -No dobra, tam. Ale którędy? -Spytałem. Pokazał jeszcze raz na okno.
-Przez okno. -Zaśmiał się. Spojrzałem się na niego jak szaleńca, a on tylko się uśmiechnął.
-Mi tam się podoba. -Powiedział Alex. Wziął wdech, i wyskoczył oknem tucząc przy tym szybę i lądując na ziemi na zewnątrz.
-To był żart... Tam są drzwi. -Powiedział Ghostt śmiejąc się pod nosem. Alex trochę się zawstydził.
-Było fajnie. -Uśmiechnął się. Ghostt podał mu swój karabin przytrzymując go jeszcze przez chwilę w swojej dłoni i dając znać wzrokiem, że jak mu go nie odda to będzie z nim źle. Po chwili jednak puścił go, i wyszedł z budynku. Teraz moja kolej. Podałem swoją broń Ghostt'owi, i wyszedłem tuż za nim. Moim oczom ukazał się wielki budynek z dużym, czerwonym krzyżem na dachu. "Szpital" stwierdziłem. Budynek z strasznie dużą ilością okien, niektóre pozabijane dechami a niektóre powybijane. Zdarzały się też jakby nie naruszone, lecz z plamami krwi lub czegoś innego, z takiej odległości nie mogłem nic dokładnie stwierdzić.
-To gdzie jest Alicja? -Powiedziałem cicho obserwując budynek stojąc obok Ghostt'a.
-Nie ma jej. -Parsknął. Chciałem coś powiedzieć,ale gdy otworzyłem usta Alex podszedł do niego, przystawił mu pistolet pod brodę i przycisnął do drewnianego płotu.
-Gdzie-jest-Alicja? -Spytał powoli mówiąc do Ghostt'a, i przyciskając coraz mocniej lufę do jego szczęki oraz odbezpieczając broń. -Coo, zaniemówiłeś, hę? -Ciągnął dalej, czekając na odpowiedź kopnął mocno kolanem go w brzuch. Cholera, co jest?
-Dobra, kurwa! -Krzyknął.Alex puścił go, odpychając się od niego. -Jest gdzieś w tym szpitalu na który przed chwilą patrzył się Ghostt.
-Tak się zadaje pytania ludziom. -Szepnął do mnie Alex patrząc się psychicznie w dal za moimi plecami.
---------------------------------
Jeśli Ci się spodobało, proszę, zaloguj się, napisz komentarz, ponieważ jest to straszna motywacja dla mnie i widzę, że jedyną osobą która czyta jest moja siostra (lovki). I możecie pisać, jak myślicie co będzie w następnym roździale.
*2015, wciąż czekam na apokalipsę zombie*
--------------
W tej chwili przygniatał mnie ciężarem swojego ciała, a ja nie mogłem go podnieść. Brakowało mi siły. Byłem zmęczony, mimo że jeszcze przed chwilą miałem siłę na wszystko. Cholera, to takie wyczerpujące. Cały czas gdzie by nie pójść, wpadać w kłopoty i być pod presją. No i co chwila gubić broń... Zupełnie zapomniałem o napastniku który leżał na mnie, i miał mnie właśnie uderzyć. Odsunąłem głowę a on trafił w ziemię, to musiało boleć bo włożył w to dużo siły. Gdy lekko się uniósł, wykorzystałem to i podkurczyłem nogę wyprostowując ją już na jego klatce piersiowej. Odleciał ode mnie w przeciwną stronę. Momentalnie pocisk przeszył jego głowę, wędrując przez skroń. Cholera, to nie ja strzelałem. Spojrzałem przez swoje lewe ramię, na budynek... A dokładniej na okno. Coś tam zabłysło.Zobaczyłem odrobinę wyżej czyjeś oczy, i od razu tak jak by się zapadły w ciemności budynku. Cholera, kto to był? Jak na razie chyba jednak było to moje mniejsze zmartwienie, ponieważ usłyszałem jęki. Jęki zmarłych. Tak, to byli zimni, cholera. Spojrzałem przez swoje prawe ramię; zobaczyłem piątkę zapierdalających po mnie sztywnych. PIĄTKĘ PIERDOLONYCH SZTYWNYCH. Nie przejął bym się tym, gdyby nie to że nie miałem przy sobie pistoletu, a jedyne co mogłem użyć jako broń oprócz swoich kończyn, to nóż. I teraz pytanie... Spierdalać do budynku gdzie prawdopodobnie znajdę się pod ostrzałem i zginę. Mogę też tutaj zostać i z nimi walczyć, ale prawdopodobnie zginę. Um... Tyle sposobów by zginąć. Wyciągnąłem nóż, i stanąłem najsolidniej jak potrafiłem. Nie wiem czemu wybrałem śmierć poprzez pogryzienie. Z coraz bardziej zmniejszają się odległością moją od zarażonych, przychodziło mi do głowy coraz więcej pomysłów co zrobić. Może jednak uda mi się przeżyć? Były już jakieś pół metra ode mnie, brałem zamach nożem gdy... Coś ich wszystkich rozstrzelało. Przepraszam, co? Spojrzałem w prawo, stał tam jakiś mężczyzna. Nie rozpoznałem jego twarzy, było za ciemno i znajdował się za daleko. Rzucił w moją stronę karabin.
-Wróć po tamtego chłopaka, i czekaj tu na mnie. -Powiedział, skądś kojarzyłem ten głos... Chciałem zrobić tak jak mi kazał, więc odwróciłem się w stronę drzwi z których wyszedłem z budynku. Drogę zablokował mi... A raczej zablokowało to samo, co spotkałem w szkole. Wyszeptało tylko "Znajdź dziewczynę" i zniknęło... Głowa mnie rozbolała momentalnie, jak i momentalnie ból ustał. Cholera, to było serio dziwne. Wbiegłem do budynku, ostrzał minął już jakiś czas temu. Ale... Alexa nie było. Rozejrzałem się, wszędzie leżały łuski, kawałki ściany i mebli. W miejscu gdzie leżał Alex został jedynie ślad po nim. Cholera, gdzie on jest? Usłyszałem czyjeś kroki za mną, odwróciłem się momentalnie i wzniosłem karabin. Wycelowałem w sylwetkę i odbezpieczyłem karabin,osoba naprzeciw mnie podniosła ręce.
-Słuchaj-Powiedziała, to ta sama osoba od której dostałem karabin. Opuściłem swoją broń.A Ona próbowała złapać tchu.
-Kim jesteś? -Spytałem, nie opuszczając wzroku z tajemniczej postaci będąc na wszelki wypadek cały czas gotowy na zareagowanie,gdyby jednak nie okazała się dla mnie zbyt przyjazna. Otworzył usta by mi odpowiedzieć, lecz z zamkniętych drzwi przez które przeszedł by dostać się do mnie, wysypało się koło pięciu zarażonych. Lewą dłonią z największą siłą jaką miałem odepchnąłem go, przewracając go przy tym i uniosłem lufę w stronę sztywnych. Nacisnąłem spust, a z mojego karabinu wysypała się fala pocisków wymierzonych w zarażonych. Wszyscy padli na ziemię w tym samym momencie... Podałem rękę osobie która właśnie przyglądała się mojemu wyczynowi, i pomogłem jej wstać. Podziękowała, po czym zdjęła kominiarkę... To był Ghostt. Zatkało mnie, nie wiedziałem co powiedzieć.
-Wiem że się cieszysz - zaśmiał się -Ale musimy stąd spadać. -Kontynuował, sprawdzając magazynek i resztę osprzętu jaki posiadał.
-Ale dlaczego? -Spytałem rozglądając się czy nikt nie wszedł do budynku.
-Jest źle. Bardzo źle. Parę naście wielkich hord zimnych po prostu wydostała się z największego więzienia i skierowało w stronę tego miasta. A dokładniej od jakiegoś czasu już jest. -Odwrócił się,i pokazał palcem żebym zachował ciszę. Usłyszałem jakieś jęki które się nasilały. -Tak, to właśnie one -Potwierdził.
-Nie możemy stąd iść, zostawiłem tutaj kogoś. Zresztą, gdzie jest Alicja?
-To go lepiej szybko znajdź -Odpowiedział pozostawiając moje pytanie bez odpowiedzi. Ktoś wbiegł, zatrzaskując za sobą drzwi i przygniatając je plecami aby nikt się nie dostał przez nie. To był Alex.
-Mówiliście o mnie? -Zaśmiał się. Pokiwałem głową. "Wynosimy się stąd" krzyknął Ghostt. Alex chyba dopiero teraz zauważył że nie zastał mnie tu samego. Musiał domyśleć się prawdopodobnie, że skoro do mnie nie strzela to jest nastawiony przyjaźnie. -Dobra, pomoglibyście mi -Powiedział zaczynając dawać znać, że traci z każdą chwilą siłę. Ghostt jak najszybciej przebiegł przez przejście prowadzące do pokoju gdzie Alex przytrzymywał drzwi służąc za barykadę. Oparł się ramieniem o dużą szafę obok wejścia, i próbował ją popchnąć w stronę drzwi.
-Aż tyle siły nie mam, Daniel, rusz dupę! -Krzyknął w moją stronę patrząc się na mnie. Podbiegłem i pomogłem mu przesunąć szafę. Alex odskoczył od drzwi, a my dopchaliśmy szafę do końca. Otarł rękawem pot z czoła i odetchnął z ulgą.
-Musimy stąd spierdalać. -Stwierdził stanowczo Alex.
-Nie znamy się,ale masz rację. -Potwierdził Ghostt.
-Nie, musimy znaleźć Alicję. -Zaprzeczyłem. Obydwaj przytaknęli, lecz Ghostt wyglądał jak by mu to niezbyt pasowało. Cóż, przynajmniej tak mi się zdawało. "Tędy" powiedział do nas Ghostt, wskazując palcem przez szybę. -No dobra, tam. Ale którędy? -Spytałem. Pokazał jeszcze raz na okno.
-Przez okno. -Zaśmiał się. Spojrzałem się na niego jak szaleńca, a on tylko się uśmiechnął.
-Mi tam się podoba. -Powiedział Alex. Wziął wdech, i wyskoczył oknem tucząc przy tym szybę i lądując na ziemi na zewnątrz.
-To był żart... Tam są drzwi. -Powiedział Ghostt śmiejąc się pod nosem. Alex trochę się zawstydził.
-Było fajnie. -Uśmiechnął się. Ghostt podał mu swój karabin przytrzymując go jeszcze przez chwilę w swojej dłoni i dając znać wzrokiem, że jak mu go nie odda to będzie z nim źle. Po chwili jednak puścił go, i wyszedł z budynku. Teraz moja kolej. Podałem swoją broń Ghostt'owi, i wyszedłem tuż za nim. Moim oczom ukazał się wielki budynek z dużym, czerwonym krzyżem na dachu. "Szpital" stwierdziłem. Budynek z strasznie dużą ilością okien, niektóre pozabijane dechami a niektóre powybijane. Zdarzały się też jakby nie naruszone, lecz z plamami krwi lub czegoś innego, z takiej odległości nie mogłem nic dokładnie stwierdzić.
-To gdzie jest Alicja? -Powiedziałem cicho obserwując budynek stojąc obok Ghostt'a.
-Nie ma jej. -Parsknął. Chciałem coś powiedzieć,ale gdy otworzyłem usta Alex podszedł do niego, przystawił mu pistolet pod brodę i przycisnął do drewnianego płotu.
-Gdzie-jest-Alicja? -Spytał powoli mówiąc do Ghostt'a, i przyciskając coraz mocniej lufę do jego szczęki oraz odbezpieczając broń. -Coo, zaniemówiłeś, hę? -Ciągnął dalej, czekając na odpowiedź kopnął mocno kolanem go w brzuch. Cholera, co jest?
-Dobra, kurwa! -Krzyknął.Alex puścił go, odpychając się od niego. -Jest gdzieś w tym szpitalu na który przed chwilą patrzył się Ghostt.
-Tak się zadaje pytania ludziom. -Szepnął do mnie Alex patrząc się psychicznie w dal za moimi plecami.
---------------------------------
Jeśli Ci się spodobało, proszę, zaloguj się, napisz komentarz, ponieważ jest to straszna motywacja dla mnie i widzę, że jedyną osobą która czyta jest moja siostra (lovki). I możecie pisać, jak myślicie co będzie w następnym roździale.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)