poniedziałek

21. Ranny, martwy.

Cześć, na wstępie chciałbym przeprosić że postów nie było. Nie wiem ile, ale długo. Za długo. Tak na prawdę ten rozdział jest napisany od dawna - tyle że chciałem napisać w nim więcej, uznałem go za zbyt krótki. No ale w tym pliku nie mogłem napisać słowa więcej, nie wiem czemu. Na pustym mi pójdzie z pewnością łatwiej. Miłego czytania przez parę  minutek.

----------------------------------------------------------------------

"No dalej" pomyślałem patrząc się na NASZEGO strzelca. "Strzelaj". Po chwili kula wyleciała z lufy. Przeszyła jego pierś na wylot. Padł na ziemię.
-Zdjęty! - Krzyknął Ghostt po chwili. Spojrzał się i uśmiech z jego twarzy zszedł gdy zobaczył leżącego Alexa na ziemi w plamie krwi, jego krwi. To nasz padł na ziemię. Podbiegł najszybciej jak tylko mógł, i uklęknął przy swoim przyjacielu który właśnie się wykrwawiał.
 -Jezu, podajcie bandaż! -Krzyknął Ghostt. Stałem jak słup, nie potrafiłem nic odpowiedzieć. Byłem drewnem. Złapałem za rękaw munduru i chciałem zerwać kawałek, ale był zbyt wytrzymały. Boże, serio? Uklęknąłem przed Ghostt'em, między tym rannym (Charlie), i Alex'em. Zerwałem Charliemu kawałek rękawa, ten poszedł jakoś wyjątkowo łatwo i wręczyłem opatrunek Ghostt'owi.
-Mamy alkohol? -Spytał odwracając się w naszą stronę.
-To nie za dobry moment... -Syknął Charlie.
-Do odkażenia, idioto! -Krzyknął rozwścieczony. Alicja podała jakąs mała butelkę a Ghostt wylał jej zawartość na mocno prowizoryczny opatrunek. "To będzie bolało" pomyśleliśmy chyba wszyscy. zdjął kamizelkę z jego torsu, i rozpiął mundur rozrywając podkoszulkę.  Chciał owinąć jego tors, ale opatrunek był za mały. Kula trafiła trochę ponad serce. Krew wylewała się z jego ust. Nie wiem co czuł. Nikt z nas nie mógł tego wiedzieć.
-Chwila, mam bandaż... -Powiedział Charlie. -Chyba jednak wam się przyda. - Wszyscy go zmierzyliśmy wzrokiem.
-Ciesz się, że mnie ręka boska chroni , żeby ci nie jebnąć... -Skomentowałem jego zachowanie. Resztki z butelki Ghostt rozlał na środku opatrunku i owinął w okół jego rany.
-Trzymaj się... -Powiedział lekko rozpaczony Ghostt. Nigdy nie widziałem go w takim stanie. Alex złapał się za wystającą płytę betonu.
-Trzymam. -Spróbował zaśmiać się, lecz jedynie zakasłał i wypluł sporą ilość krwi. Zobaczyliśmy falę zarażonych za wyłomem w ścianie. "Będą tu za jakieś dwie minuty..." pomyślałem. Nie było sensu nikogo powiadamiać, wszyscy już wiedzieli. Nawet Alex ich zauważył.
-Wstawaj, idziemy! -Skierował się do Alexa Ghostt i chciał wziąć go na ramię, lecz ten krzyknął z bólu. To nie miało sensu... -Ile mamy amunicji? -Odwrócił się w naszą stronę. Charlie wyjrzał jeszcze raz na zarażonych.
-Nie wystarczająco. -Cały czas spoglądał się w wyłom w ścianie. Ghostt chciał zaprzeczyć, ale wtrąciła się Alicja.
-Charlie ma tym razem Rację... -Rozejrzeliśmy się po sobie. Alex nie śmiale podniósł rękę jak uczeń w podstawówce pierwszy raz aby spytać się o coś nauczyciela.
-Ja mogę ich zająć, kiedyś zajmowałem się dziećmi... -Wydusił z siebie, każdy chciał coś wtrącić i powiedzieć że to nie czas na żarty, ale nie dał sobie przerwać. -A zresztą, nawet zarażeni są lepsi od bachorów... -I znowu chcieliśmy coś powiedzieć, ale znaleźliśmy się pod ostrzałem z km'a. Niefortunnie żaden pocisk nie trafił zarażonego. Wszyscy zdążyliśmy schować się pod murkiem, ale seria pocisków trafiła w nogi rannego... Zawył z bólu. Nie zważając na zarażonych, nas, świat, zarażonych, ostrzał z km'a, i zarażonych Ghostt podbiegł do swojego przyjaciela i odciągnął go trochę dalej. Niestety kule tak podziurawiły mu nogę, że część od kolana w dół trzymała się jedynie na kości, bez żadnego mięsa... Już chyba nawet Ghostt zwątpił...
-Musimy iść! -Krzyknąłem. Trudno było mi to wydusić z siebie, ale wiedziałem że dla Niego nie ma już szansy... Sprawilibyśmy mu tylko więcej bólu. Ghostt jakby mnie nie słyszał, mówił coś do przyjaciela, lecz nie dochodziło to do mnie. Nie słyszałem ich rozmowy. Pokiwał głową z lekkim opóźnieniem, zarażeni zaczęli się wlewać do budynku. Wstał, i wbiegł w jakiś korytarz... Oni chyba już się pożegnali. Za nim pobiegła Alicja z rannym pod ramieniem , pożegnali się jedynie wzrokiem. To było takie... puste. Chciałem odbiec, ale coś mnie powstrzymało. Tak jakby mnie przyciągnął do siebie, czułem że jestem mu coś winny. Wyjąłem pistolet i jeden nabój z magazynka. wręczyłem mu osobno pistolet, prawie pełny magazynek i... podając nabój chyba zobaczyłem w jego oczach łzę.
-Dziękujemy... -Poklepałem go po ramieniu. Wiedziałem, że wrócę tutaj. Żeby zabrać i pochować jego ciało, jeśli coś z niego zostanie... To nie było wcale łatwe. Mimo paru dni razem spędzonych zawiązaliśmy między sobą taką więź...
-No spieprzaj, młody. -Wykrztusił z siebie. Odbiegłem mimo jakby liny przymocowanej do mnie i do Niego zarazem. Niestety ta lina nie ciągnęła go za mną, a jakby jedynie zaciskała coraz to mocniejszą pętlę na jego szyi...

1 komentarz:

  1. Smutam tak polubiłam Alexa :<
    Czekam na dalsze ;)

    OdpowiedzUsuń