sobota

8. Noc...



Stałem tak pod tą ścianą z piętnaście minut. W końcu wyszła. Wyglądała jak by nigdy nic. Spojrzała mi się w oczy, i spytała „Idziemy?”. Pokiwałem zdziwiony głową. Przed chwilą straciła ojca, a zachowywała się tak, jak by Jej to wcale nie ruszyło. Może miała powody? Zastanawiałem się nad tym, lecz nie za długo. Zebrałem wszystkich w jedno miejsce,Amber „podpierała” ścianę, ja stałem obok, a Alicja siedziała obok mnie.
-No... Ghostt... –Zacząłem. –To co? –Spytałem.
-Co, co? –Odpowiedział pytaniem Ghostt.
-No co dalej...
-Musimy znaleźć schronienie przed nocą. I na pewno nie tutaj; tutaj są same ruiny. Potrzebny solidny budynek. Nie za duży bo jest nas za mało na jakieś wielkie terytorium. Potem prowiant, jedzenie no i picie,sami wiecie.Jak na razie skupmy się na tym. A, o mało bym nie zapomniał. –Otrząsnął kieszenie w swoich bojówkach, i podał mi dwa magazynki od pistoletu. Spojrzałem się na Niego pytająco. –Aa, no tak.. –Wyjął zza paska pistolet, który nawet nie pamiętam jak straciłem. Podał mi go do ręki. –Przeszukaj trupy. Będziemy się kierować w tamtą stronę –Wskazał palcem kierunek w którym słońce zaraz miało się „schować” aby zapanowała totalna ciemność. – Prawdopodobnie nie zdążymy nawet Ci zniknąć z pola widzenia. Ale mimo wszystko, pośpiesz się.-Pokiwałem głową. Wyruszyli, a ja rozpocząłem przeszukiwania trupów. Trochę naboi, ale dosłownie garstka. „Zawsze coś” pomyślałem. Znalazłem też granat... Nie wiedziałem, czy go komuś oddać... Jednak zostawię go sobie. Skierowałem rękę w kierunku spodni aby schować gdzieś do jakieś kieszeni i... Uświadomiłem sobie że od czasu wyjścia z tamtego budynku w którym się obudziłem,cały czas bylem w tamtych szmatach. A były już zakrwawione lekko. I śmierdziały. Spojrzałem na martwych żołnierzy z pogardą. Zdjąłem mu desanty, które zastąpiły moje stare buty. Prawie takie same jak Ghostt’a, tylko bez metalowych części. Były lekkie, nie takie jak się spodziewałem.  Wzruszyłem ramionami, przyczepiłem granat do spodenek i wyruszyłem w stronę grupy. Pokazałem Ghosttowi co znalazłem, powiedział żebym zostawił to dla siebie. Zauważył też moje „nowe” buty, na ich widok uśmiechnął się. Musiałem komicznie wyglądać, chłopak w jakieś piżamie z szpitala w desantach. Co jakiś czas przepychaliśmy się z Alicją, tak jak by nic nigdy się nie stało, i właśnie byśmy szli do sklepu.
(...)
 Po godzinie drogi doszliśmy do jakieś dużej szkoły. Wiecie, budynek szkolny, sala gimnastyczna wielkości budynku głównego, dwa boiska. Nasz żołnierz się uśmiechnął.
-Ej nie. Przecież teren nie miał być za duży? –Powiedziała Amber.
-Przecież on nie jest duży... –Mówił patrząc się dalej na teren szkoły. Po chwili otworzył zieloną furtkę, i już szliśmy za nim w kierunku budynku szkolnego. Miał cały czas uśmiech na twarzy. Machał rękami, i podśpiewywał sobie coś pod nosem.Jedyne co usłyszałem, to zwrotkę którą powiedział dosyć głośno.
Broń do oka! cel i pal!
Niech bagnetów dźwięczy stal!”
 1
Słońce zaszło, i cały obszar opanowała totalna ciemność.Zdążyłem zobaczyć że uśmiech z ust Ghostt’a schodzi, a potem zapanowała ciemność, i cisza. Trwało to parę sekund, po tym usłyszałem jakiś syk. Przede mną teren rozjaśniała niebieska flara, a Ghostt włączył małą latarkę. „Szybko, do budynku”. Złapał Alicję za ramię żeby się nie zgubiła, a ja Amber. Byliśmy jakieś 3 metry od budynku, wystarczyło jeszcze tylko wejść po schodkach, i otworzyć drzwi. Było już tak blisko. Okrzyki zarażonych słyszałem za sobą,a po niebie latały jakieś stworzenia.Potwory? nawet miałem wrażenie że czuję ich śmierdzący oddech na sobie. Oddech wydobywany ze zniszczonego, zgniłego mięsa. Już miałem wrażenie, że mnie szarpią za ciuchy. Że mnie drapią pazurami. Nagle coś strasznie głośno krzyknęło, o mało nie oguchłem.. Dźwięk ten było słychać przez trzy sekundy, lecz w uszach odbijał mi się jeszcze przez jakiś czas. Jeszcze tylko jeden schodek! W tym momencie Amber potknęła się,i przewróciła turlając się z betonowych schodów na dół. Spojrzałem się na drzwi których Ghostt nie mógł otworzyć, i na leżącą Amber. Podbiegłem do Niej, i Ją podniosłem trzymając rękę pod jej kolanami, a drugą pod jej szyją.Wszedłem po schodach, na szczęście Ghostt’owi udało się drzwi otworzyć. Niestety musiał je wyważyć. Wbiegliśmy szybko wszyscy do środka, Ghostt złapał za jakąś wielką szafkę na buty która zakrywała pół ściany, i przesunął ją w stronę byłych drzwi.
-Nie przejdą? –Spytałem szybko oddychając
-Nie. –odetchnąłem z ulgą –Przez jakieś piętnaście minut.
-Co?! –Wykrzyknąłem wystraszony.
-Żartowałem, raczej nie przejdą. Ale nie krzyczcie ,bo ktoś tutaj może być. Zresztą sam zobacz –Wskazał pistoletem na świecącą się lampę naftową –ktoś tu musi być.-Wyjąłem pistolet, i doładowałem pół pusty magazynek. Zdawało mi się, żę był pełny.. Eh. Rzuciłem okiem na Amber, otworzyła oczy.
-Nic CI nie jest Amber? –Spytałem
-Nie nie... Wszystko jest okej,zemdlałam chyba, czy coś. –Powiedziała z lekkim przymuleniem.
-Okej okej. To moja wina, powinienem Cię mocniej trzymać. –Chciała mi zaprzeczyć, ale widocznie nie miała siły.
- - - - -
1 – Kawałek pieśni żołnierskiej „Marsz żołnierski” Z. Kraszewskiego.

wtorek

7. Po prostu siedem.



Za nim zobaczyłem Alicję prowadzoną przez takiego samego żołnierza, tylko bez tych okularów, i z ciemno zieloną chustą. Kazał Jej usiąść na kolanach na ziemi, tak też zrobiła. Ręce Jej założył za głowę, tak jak ja trzymałem. Wycelował Jej w tył głowy, a Ona zamknęła oczy. Cała się trzęsła. Hej, przecież nie mogę dać mu zabić Alicji, tak? Żołnierz przede mną jeszcze raz machnął mi karabinem przed twarzą , a kopnąłem go w nadgarstek tak mocno, że upuścił karabin. Drugie kopnięcie poleciało mu prosto na klatkę piersiową, krawędzią stopy. Szybko podniosłem karabin z ziemi, i wycelowałem w mężczyznę który celował do Alicji. Miałem go na celowniku, i nacisnąłem spust. Usłyszałem jakiś brzęk. Nie było amunicji , serio? Bez zastanowienia rzuciłem karabinem w żołnierza, stał może z 15 metrów ode mnie. Wszystko stało się tak szybko, że nie zdążył strzelić ani w Nią, ani we mnie. Karabin trafił mu prosto w twarz. Nie spodziewał się tego, w sumie ja też nie. Podbiegłem do przyjaciółki, zapominając o mężczyźnie w śmiesznych okularach. Złapał mnie za kostkę, i przewróciłem się na ziemię obok Niego. Przyciągnął mnie do siebie, i wycelował jakimś kamieniem w moją twarz. Lekko odsunąłem głowę , i uderzenie padło jakiś centymetr od mojego ucha. Złapałem jego rękę za nadgarstek, i przeturlałem Go po sobie, nie wiem po co, taki odruch. Znalazł się na plecach, a ja usiadłem na jego nogach, i złapałem Jego ręce (też za nadgarstki) i zgiąłęm tak mocno, że krzkynął z bólu. Myślałem, że już się nie ruszy, więc zluźniłem chwyt. Myliłem się, przeciwnik uwolnił się, i zrzucił mnie z siebie. Teraz Leżałem na plecach, uderzyłem głową o jakiś kawałek odłamku ściany, próbowałem wstać ale nie potrafiłem. Podszedł do mnie, i wziął zamach nożem, żeby wbić mi go gdzieś pod szyję.Zamknąłem oczy, byłem pewny że to koniec. Za mną usłyszałem strzał, a krew oblała mi twarz i kawałek podkoszulki, która  była już całkowicie ujebana. Nade mną pochyliła się roztrzęsiona Alicja.
-Ż...żyjesz? – Zająkała się.
-Chyba tak...-Spróbowałem się jakoś uśmiechnąć, ale chyba wyglądałem jak debil. –Nic Ci nie jest? –Spytałem.
-Niee...A Tobie?
-Jak widać jestem cały i zdrowy, tylko... –Tylko nie mogę wstać, pomyślałem. Ale nie powiem Jej tego, bo pomyśli że to coś poważnego. –Tylko jest tutaj bardzo wygodnie.-Powiedziałem, po czym doszedłęm do wniosku że gorszego wytłumaczenia nie mogłem wymyślić. –A, i tak w ogóle to dziękuję, uratowałaś mi życie w końcu, nie? – Powiedziałem uśmiechając się, teraz mi się udało.
-Nic takiego.-Odwzajemniła uśmiech, choć dalej była przestraszona tym wszystkim. Widziałem strach w jej oczach. Cała się trzęsła. Podjąłem próbę wstania, nie udało się. Spróbowałęm jeszcze raz, tym razem położyłem się na bok, i wstałem . Udało się. Głowa mnie dalej bolała... Złapałem Alicję za jej delikatną dłoń. „Już dobrze” Wyszeptałem. Chyba chciała się do mnie przytulić, ale z pokoju gdzie zostawiłem Amber, Jej ojca, i Ghostt’a , wybiegł... Ghostt.
-Gdzie Oni kurwa są? Zajebę ich! –Wykrzyczał Ghostt. Rozejrzał się, i zobaczył trupa, i żołnierza zwijającego się z bólu na ziemi. Kurde, o nim też zapomniałem. –Co tu się kurwa stało?... –Powiedział Ghostt powoli, jak by nie wierzył w to co widzi. Podszedł do żołnierza w huście, który leżał na ziemi. Spojrzał się na Niego, wyjął nóż, i podciął mu gardło. Tak po prostu. Na szczęście zdążyłem przytulić Alicję tak, żeby tego nie zauważyła. Wiem, że nie jest już dzieckiem, i przed chwilą zabiła człowieka, ale nie chciałbym żeby to widziała. W końcu jest dziewczyną. „Muszę pogadać z Ghostt’em, przepraszam” Powiedziałem do Alicji, i podszedłem do Ghostta. –Co jesteś taki zdenerwowany?... –Powiedziałem tak cicho, żeby tylko On usłyszał.
-Serio kurwa? „Przespałem” całą walkę... –Prawie wykrzyczał.
-Byłeś nie przytomny, nie twoja wina. –Przerwałem mu.
-Może i tak, ale ojciec tej dziewczyny nie żyje. –Powiedział, już się chyba uspokoił. Dosyć szybko, ja bym czekał z pół godziny.
-Co ? Jak?... –Spytałem lekko zdenerwowany.
-Nabój mu przeszedł przez ucho... Straszny widok, jego córka, Amper, czy jakos tak na wszystko patrzyła. –Szybko w tym momencie odbiegłem od nich, i wbiegłem do pomieszczenia, gdzie siedziała Amber z zakrwawionymi rękami. Na ziemi leżał Jej ojciec. Na ścianie rozprysła się krew jak dostał, kurwa... Stałem w progu. Odwróciła się w moją stronę, płakała. „Wyjdź” powiedziała po cichu. Otworzyłem usta żeby coś powiedzieć, ale powtórzyła, tym razem krzykiem. „Okej...”. Stanąłem na zewnątrz, i usiadłem.

6. Cholerni rebelianci



Chwilę po wydaniu rozkazu , usłyszałem w powietrzu świst kul. „Padnij!” krzyknął ktoś. Strzelali do nas chyba z każdej strony, oprócz południa, tam był nasz budynek. Jakiś nabój przeleciał mi centralnie przed oczami. Chciałem wyciągnąć karabin, lecz nie maiłem go w rękach, ani na plecach. Cholera, gdzie ja Go zostawiłem? -Do środka!-Krzyknąłem głośniej od wystrzałów karabinów. Amber wraz z Ojcem wbiegli do środka, a ja zaraz za nimi. Dziewczyna stanęła na ugiętych kolanach przy wyjściu z budynku, lecz nie wychylała się. Stanąłęm po drugiej stronie stojąc prawie tak samo jak Ona, może miałem trochę niżej kolana. Rozejrzałem się po budynku, Ghostt; nie przytomny, ale jest. Amber z ojcem są... Gdzie jest Alicja? Nie było Jej w budynku. Wychliłem się, i rozejrzałem. Z lewej zobaczyłem dwóch żołnierzy z bronią, którzy celowali centralnie we mnie. Szybko schowalem głowę, a kula wystrzelona przez żołnierza odłamała kawałek futryny drzwi. Nastała znów cisza, bez odgłosów strzałów. Alicja musiała być gdzieś za wejściem, przecież nie mogła się za daleko oddalić. Przecież dosłownie przed chwilą siedziałem z Nią w tym budynku. Podszedłem, a w sumie podbiegłem do nie przytomnego Ghostt’a, i wyjąłem z Jego kabury pistolet, sprawdziłem magazynek, pełny. 15 naboi. -Glock.-powiedział cicho ojciec Amber patrząc się na pistolet. -Słucham?-Spytałem z ciekawością. -Glock, pistolet. –Właśnie w tej chwili zrozumiałem, jak mało się na tym znam. Trochę się zawstydziłem swoja nie wiedzą. „Chyba strzelić z tego będę umiał” pomyślałem. Podniosłem pistolet w kierunku drzwi z celownikiem wycelowanym przed siebie. Myślę, że gdyby nie to że bałem się że Alicji coś się stanie, to bym się nawet nie wychylił. Wybiegłem z pomieszczenia, a napastnicy nie mal w tej samej chwili zaczeli strzelać, wylądowalem pod ostrzałem parunastu ludzi. Szybko podbiegłem do jakieś palety metalowej opartej na drzwie, i przycisnąłem się plecami do Niej. Mam nadzieję, że wytrzyma trochę. -Alicja!-Krzkynąłem, lecz nie dostałem odpowiedzi. Rozejrzałem się, lewa, prawa, jedyne co zobaczyłem to jakiś paru ludzi którzy do mnie strzelali , i chyba chcieli mnie zabić. Tacy już są ludzie. Rozejrzałem się po raz kolejny, przecież kurwa mać nie mogła zniknąć... Kawałek metalu z osłony za którą się schowałem odpadł. Zaraz całe się rozpieprzy.Odsunąłem się od dziury w osłonie, i poczułem jak coś mi się wgniata w udo, w celu zobaczeniu co to jest podniosłem swoją nogę. Leżał tam granat. Wziąłęm go do ręki, i dokładnie obejrzałem. Był czarny, lecz gładki. Zawsze myślałem że granaty mają jakieś dziwne kształty, i są ciężkie. Wręcz przeciwnie, był lekki. Spojrzałem na zawleczkę, srebrny błyszczący się „pierścień”. Po boku miał jakiś dziwny kawałek metalu, nie wiem jak to się nazywa, ani jak to można opisać słowami. Bez zastanowienia przycisnąłem kawał tego metalu, i wyjąłem zawleczkę. Odczekałem z dwie sekundy, i nie zważając na ostrzał wychyliłem się, i rzuciłem zwalniając kawałek metalu w miejsce skąd było widać najwięcej błysków, chyba był tam jakiś karabin maszynowy. Zatkałem uszy, i zamknąłem na chwilę oczy, sam nie wiem czemu. Tak mocno przycisnałęm dłonie do uszu że nie słyszałem nawet wybuchu.W końcu odsunąłem dłonie od uszu i otworzyłem oczy żeby zobaczyć jaka jest sytuacja. Dopiero teraz się zaczałem zastanawiać skąd wiedziałem jak odpalić granat. Intuicja? Może. A może kiedyś już to robiłem? Niee, na pewno nie byłem żołnierzem, przecież mam tylko 16 lat, a może 17. Sam nie wiem.. Ewentualnie 18. Rozejrzałem się po polu , cisza. Karabin maszynowy już nie strzelał. Wziąłem głęboki oddech, i wybiegłem zza osłony w kierunku miejsca skąd padały strzały. A przynajmiej jednego z nich. Jednak reszta nie uciekła, ani nie została zabita odłamkami. Po raz kolejny rozpoczęła ostrzał, teraz tylko trochę słabszy. Kule trafiały w beton po którym biegłem, i robiły w nim dziury, przez co również tworzyło się dużo kurzu. Ze ścianami ruin tak samo, jedna wielka masakra. A do tego, że karabiny były tak głośne dalej się nie przyzwyczaiłem. Chyba właśnie to nazywają piekłem... Wślizgnąłem się w jakiś zniszczony, podziurawiony budynek w który wcześniej wrzuciłem granat, i szybko się położyłem, a właściwie rzuciłem na ziemię tyłem do miejsca skąd strzelali. Trzymałem ręce na głowie, i leżałem tak czekając aż to wszystko się skończy. Chciałem w końcu znaleźć Alice.I szczerze mówiąc, chciałem Ją mocno przytulić.Ostrzał w końcu ustał. Odważyłem się w końcu lekko podnieść głowę, i zdjąć dłonie z swojej głowy. Była zupełna cisza. Może im się amunicja skończyła? Albo uznali mnie za trupa w którego władowali magazynek naboi i zaraz tutaj przyjdą? Znajdowałem się w szarym pomieszczeniu na którego suficie bujała się żarówka na kablu. Pomieszczenie było w kształcie trójkąta. W jednym z „ramion” pokoju była dziura, skąd strzelał karabin, wrzuciłem granat, oraz w końcu wszedłem tutaj. W ścianie obok znajdowały się drzwi z drewna, czarne, całe porysowane. Jeśli chodzi o stan wizualny, były zmasakrowane. Obok drzwi stała duża szafa, od podłogi do sufitu. Też była cała zakurzona, a dwie rączki służące do otwierania, były obwiązane łańcuchem, a wszystko blokowała kłódka. Ciekawość zaczęła mnie zżerać co się w środku znajduje. Na pewno nie Alicja. Chodziaż w sumie po tym wszystkim co tutaj zdążyłem doświadczyć przez ten krótki czas, to nawet to by mnie nie ździwiło. Prawie bym zapomniał, że przed chwilą do mnie strzelali. Odwróciłem się do dziury w ścianie. Stał tam człowiek z karabinem wycelowanym prosto we mnie. Na głowie miał metalowy hełm, z dziurą po lewej stronie,i przywiązanym asem. Na oczach miał jakieś okulary przeciw słoneczne.Wyglądało to komicznie, i wyśmiał bym go, gdybym to ja celował w niego. Mundur taki jak rebelianci, niczym się nie różnił.
-No wstawaj. Nie mam całego dnia. –Machnął ręką, nakazując gestem mi wstać. Wstałem z rękami za głową. 
(Przepraszam że tak mało, szkoła, poprawianie ocen, ale już nie długo wakacje i trochę wolnego czasu, jakoś to wynagrodzę!)