wtorek

22. Trochę minęło.

Z serii, Daniel się usprawiedliwia.
Nie wstawiłem posta blisko od roku, jak nie lepiej. Jestem tego świadom. To zostało napisane parę miesięcy temu, ale nie wiedziałem czy wstawiać i robić komuś nadziei. Włożyłem w tego bloga za dużo serca i emocji żeby rzeczywiście go zostawić, więc wracam, jak to wydziedziczone dziecię.
Jestem podczas pisania wielu innych opowiadań. O jednostce specialnej (tak, też apokalipsa), pseudo horror, coś w klimacie serialu "the 100", no i fantasy średniowieczne. Ale z tymi będzie inaczej, dopiero jeśli je skończę, zacznę je wstawiać. No poza fantasy, jest już chyba jeden rozdział na bloggerze. Można na moim profilu poszukać. Miłego czytania, to co jest niżej, nazywa się właśnie chyba "postęp".
-----------------
Taak, minęło trochę. Nie mam poczucia czasu. Nie tak dokładnego, jak gdybym chodził pięć razy w tygodniu do szkoły, wiedząc doskonale jaki jest dzień miesiąca, i ile dni do następnego święta lub weekendu. Stawiam na jakiś rok. Pora roku? Zbliża się powoli zima. Wiatr coraz chłodniej powiewa, a na zewnątrz robi się coraz bielej. Wczoraj padał śnieg. Gdyby tylko był ze mną ktoś, kto by mi pomógł przetrwać. Od czasu śmierci Alexa nie rozmawiałem z nikim nie licząc obrazów oraz statuetek. Kiedy wybiegłem z budynku próbując wypędzić ze swojej głowy obraz konającego kompana nie mogłem nikogo dostrzec oprócz hord zarażonych. Krzyczałem, wołałem ich ale nikt się nie zjawił. Nie wiem co się z nimi stało. Zrobiłem jedyne co mi zostało; biegłem. Biegłem przed siebie. Nie wiem ile wytrwałem, ale zasłabłem podczas biegu i obudziłem się w nocy, zdezorientowany zupełnie. Bez żadnej broni, karabinu, amunicji w kieszeni ani noża. Po paru dniach udało mi się namierzyć budynek w którym ostatni raz się widzieliśmy ze wszystkimi, ale nikogo tam nie było. Nawet ciała Alexa. Tak jakby oni wszyscy byli... Nie. Tak jakby ich po prostu nigdy nie było. Szukałem jakiś wskazówek które mogłyby zostać i namierzyć mnie na ich trop, ale nie było tam niczego. Zaczynam się powoli godzić z brakiem jakiego kolwiek kontaktu z człowiekiem, i z monotonią codzienności. Wstaję kiedy tylko robi się jasno, znajduję nowe miejsce do przetrwania kolejnej doby, zbieram jedzenie z okolicy i szukam potrzebnych rzeczy, gromadzę drewno na noc i tak aż do zmroku. Wtedy zabezpieczam swoje "mieszkanie", rozpalam jak najmniejsze ognisko i idę spać, jeśli mogę zasnąc. A jeśli nie to obserwuje okolicę lub po prostu leżę. Dzień w dzień. Przez parę tygodni mialem psa. Jakoś kiedy było cieplej. Owczarek niemiecki. Znalazłem go w jakimś mieszkaniu, po zdjęciach wywnioskowałem że jego właścicielami był starszy pan, prawdopodobnie o imieniu Fredrick. To właśnie od jego imienia nazwałem psa; Fred. Niestety kiedy mijała nas horda zarażonych wbiegł w jej środek. Nie wiem czemu to zrobił. Nawet nie wiem, czy coś z niego zostało. NIE chcę wiedzieć. Nagle zapisywanie moich przemyśleń przerwał mi jakiś hałas w kuchni. Wstałem z zniszczonej kanapy i zrzuciłem z siebie koc znaleziony gdzieś na podłodze. Rozejrzałem się w poszukiwaniu swojego pistoletu albo karabinu - dalej nie mogę pogodzić się z jego brakiem. Wziąłem jeden nóż do ręki a drugi schowałem w bucie, o wiele mniejszy. Nie czułem go nawet, więc mi nie przeszkadzał. Zacząłem powoli zmierzać w stronę narastającego hałasu. Kojarzyłem go już skądś. Nie mam pojęcia skąd. Przedzierałem się przez wszechobecnie panujący bałagan, i starałem się nie wyglądać za okno. Panował tu chaos podobny do tego, w moim umyśle. Nie myśleć o zimnie, o śniegu. Spojrzałem się na popękane lustro na ścianie. Nagle się zatrzymałem i zacząłem się sobie przyglądać. Nieumyte włosy, sięgające do uszu, całe potargane. Pokaleczona twarz i zmęczone oczy. Popękane, zniszczone przez wiatr i zimno usta. Paromiesięczny zarost ponieważ nie miałem czym się ogolić... Jezu. Czy to jestem ja? Otrząsnąłem się i uświadomiłem sobie że nagle hałas dochodzący z kuchni ustał. Szybko się opanowałem i skierowałem się znów w stronę kuchni. Byłem już przy wejściu - drzwi wcześniej zastawiłem szafą. Jedynym wejściem do tego domu był brak okna w kuchni - tak mi się udało wejść. Musiałem je zamknąć żeby chociażby nie zamarznąć. I żeby nikt tu nie wszedł... Nagle usłyszałem lekkie uderzenie w drzwi dość nisko i jakby coś po nich opadło. Cholera. Odsunąłem szafę i zrobiłem głęboki wdech. Otworzyłem drzwi, wiatr uderzył we mnie, a ja prawie się przewróciłem. Rozejrzałem się dookoła - nie było nikogo, ani niczego. Poza paroma zarażonymi idącego po zaśnieżonych ulicach. Nagle spojrzałem się niżej. Na podłodze leżała jakaś dziewczyna, w podartych ciuchach. Wciągnąłem ją do środka szybko, i zamknałem spowrotem drzwi. Sprawdziłem jej puls. Żyje. Poczułem bijący od niej chłód. Próbowałem ją obudzić ale nic z tego. Szybko pobiegłem po koc i narzuciłem go na nią, a ja zacząłem brać jakieś książki z regałów i rozpalać z nich ognisko. Musiałem ją utrzymać przy życiu, kim kolwiek by nie była. Nawet gdyby próbowała mnie zabić - muszę mieć z kim zamienić słowo. Na szczęśćie w domu był kominek - trochę zawalony śmieciami, ale udało mi się go wyczyścić szybko a ogień rozpalił się po chwili. Ustawiłem ją przy kominku, i nakryłem kocem, tak żeby z niej nie spadł. Zacząłem się przyglądać jej twarzy. Skądś ją kojarzyłem... Chwila... To tamta dziewczyna. Spojrzałem się na jej rękę - dostrzegłem gips. Zaczęła mi kogoś przypominać. W głowie rozpocząłem poszukiwania, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu. Szukałem każdej twarzy którą spotkałem, każdego człowieka. Pustka. Chyba nawet już zapomniałem twarzy Alex'a. Nie chcę. Ale nie mogę go znaleźć. Wszędzie tylko rozmazane twarze, bez uczuć i gestów. Jakby kukły. Mogłem wyobrazić sobie twarz każdego, ale nie przypomnieć. Za każdym razem były inne, i inne. Zobaczyłem teraz że dziewczyna ma otworzone oczy i cała się trzęsie. Odsunęła się odemnie szybko pod ścianę i patrzyła się na mnie. Widziałem jej przerażenie. Malowało się na jej twarzy, jakby za mną stało stado ludzi skazanych za brutalne morderstwo.
-Za tobą... -Wyszeptała. Wyczułem ból wydobywający się z Jej głosu. I chłód. Spojrzałem spokojnie przez ramię za siebie. Nikogo ani niczego tam nie było. Gdy spojrzałem spowrotem na dziewczynę. Chowała swoją twarz za swoimi dłońmi. -Nie pozwól im mnie zabrać, proszę... -Powiedziała przez małą szczelinę między palcami z przerażaniem. Usiadłem przed Nią i poprawiłem Jej koc.