sobota

15. Samotny spacer.

Tak, tak wiem że mnie długo nie było, ale obiecuję się że będę się starał pisać. Ten rozdział choć krótki piszę od tygodnia, albo dwóch,eh...
--------------------------------------------
Na zewnątrz usłyszałem strzały, a dokładniej jeden strzał. Pięć sekund później kolejny, z karabinu samopowtarzalnego.  Zerwałem się podnosząc swój karabin, lecz Alex złapał mnie za nadgarstek i przywrócił do wcześniejszej pozycji.
-Siedź... Próbują wybawić z budynków zimnych, i ludzi którzy z nimi nie współpracują. Jak byś wybiegł, to tak jak byś odpowiedział na ich wołanie. -Powiedział cicho Alex patrząc na mnie.
-Wybawić... Kto próbuje? - Spytałem lekko zdezorientowany.
-Rebelianci, albo ludzie Declan'a. W sumie to stoją po tej samej stronie barykady. Na pewno nie FS, bo oni nie stosują takich sposobów.
-Fs? -Spojrzałem pytająco.
-Future soldiers, żołnierze przyszłości. Ci jak by to powiedzieć... Dobrzy. -Mówił powoli.
-Dobrzy? -Powtórzyłem kiwając głową.
-Ta, dobrzy. W sensie, że jak im powiemy, że chcemy uderzyć na jakiś posterunek Evans'a, to się przyłączą. -Uśmiechnął się, ja również nie wiem czemu. -No,a teraz serio idźmy spać. -Pokiwałem głową. Znów usłyszałem strzały, tym razem nei co parę sekund. Teraz to była seria. Ale było dosyć cicho słychać, więc były dalej. Spojrzałem na Aleksa, chyba już spał... Wstałem powoli, zostawiając karabin na ziemi. Powolutku podszedłem do okna zasłoniętego poszarpaną żaluzją. Rozsunąłem zasłony, i wyjrzałem za szybę. Ciemno, i pusto. Uchyliłem lekko okno, wiatr rozbił się na mojej twarzy, przygasił lekko ognisko aby mogło po chwili znów się zregenerować. Przełożyłem jedną nogę a potem drugą, aby wyjść z budynku. Do ziemi dzieliły mnie jakieś... Trzy metry? Nie tak dużo... Skoczyłem i przewróciłem się na beton barkiem. Szybko wstałem, i obejrzałem się, czy nigdzie nie ma zarażonego. Szedłem powoli przed siebie. Usłyszałem serię z jakiegoś karabinu, padłem szybko na ziemię. Po chwili dźwięk wystrzeliwania pocisków z karabinu się ulotnił. Wstałem, i wkroczyłem w ciemną ciasną szczelinię. Nie mogłem rozłożyć nawet w niej rąk. Szedłem strasznie wolno przed siebie, było cholernie ciemno.Mimo narastającego lęku, szedłem przez te cholerne ciemności. Minęły może z trzy minuty, a ja miałem wrażenie że już idę trzy godziny. Po paruset krokach ujrzałem koniec, wyjście. Przyśpieszyłem kroku aby jak najszybciej się tam znaleźć, biegłem jak by z nowymi siłami.  Dopiero metr przed wyjściem zauważyłem jakieś światełko, kurwa. A przy niej broń. Położyłem ręce za głowę i tylko coś powiedziałem. Postać trzymająca pistolet nie odpowiadała, widziałem tylko rękę. Mieła minuta. Ruszyłem nie pewnie w jej stronę, lecz bardzo ostrożnie. Dopiero gdy doszedłem do końca zobaczyłem że ta ręka zwisa z pistoletem w ręku, i zamocowaną latarką. Jezu, ale ze mnie debil.Stalem przez minutę posrany bojąc się że strzeli do mnie trup... W sumie, to by nie miało sensu gdyby nie to że trupy chodzą to było by serio zabawnie. Dopiero później doszło do mnie że przecież coś go musiało zabić, więc zaczałem macać po swoich bojówkach w celach znalezienia pistoletu. Spojrzałem się za siebie - o nie, nie ma mowy żebym tam wrócił. Chwyciłem pistolet który trzymał trup nabity na jakiś płot który wcześniej myślałem że chciał do mnie strzelić, i wyjąłem magazynek. 10 naboi załadowanych na jakieś 16. Spojrzalem jeszcze na zwisającego żołnierza, i od razu stwierdziłem że to nie był rebeliant. Ani też zwykły cywil, przypominał mi bardziej kogoś z Future Soldier. Usłyszałem dziewczęcy krzyk jakoś za moimi plecami , i czyjeś szepty. Od razu po tym poczułem czyiś oddech na plecach. Serce zaczęło mi szybciej bić, a ja nie mogłem się ruszyć. Komuś za mną oddech też przyśpieszył. Nabrałem powietrza oraz odwagi, i odwróciłem się gwałtownie, za mną stał manekin. Skąd on się kurwa tu wziął? Nie ważne, może go nie zauważyłem wcześniej... Poszedłem w jakąś stronę nie wiedziałem nawet jaką. Ale chwila... Jakim cudem on oddychał? To nie mógł być on. Odwróciłem się aby się na niego spojrzeć. Maniekin z narysowanymi oczami, ustami wklejonymi czmyś i ubraniem wyglądał strasznie realnie, szczególnie że znów patrzyłem się w jego namalowane oczy z paru centymetrów. Nie no kurwa, przecież się nie teleportował. Spojrzałem na jego długie włosy, który wyglądały jak prawdziwe. Nie wiadomo czemu naszła mnie chęć dotknięcia ich. Musknąłem włosy dłonią. Ku*wa mać, one były prawdziwe. Wmurowało mnie. Manekin się lekko uśmiechnął, a wcześniej oczy uważane za namalowane skierował w moje. Chłodną i twardą dłoń skierował na mój bark, po czym jego uśmiech rozszerzył się jeszce bardziej. Tak bardzo, że zobaczyłem coś w srodku, zęby. Ostre, długie białe kły zakończone jak groty strzał. Zamknąłem oczy ze strachu, po czym po raz kolejny nabrałem odwagi i je otworzyłem. Manekin, zniknął... Trzasnąłem się lekko w głowę z otwartej dłoni, rozejrzałem się, nie było go.Dobra moja. Skierwoałem swój pistolet w stronę moich spodni aby go schować, ale nie nie nie. Tym razem go nie zgubię. Mimo że panowała straszna, można nawet określić ją egipską ciemnością, zacząłem przyglądać się pistoletowi który wyjąłem żołnierzowi. Nie mam pojęcia dlaczego, spodobał mi się. Przyglądająć się tak zobaczyłem obok mojego cienia drugi cień obok.
-Alex, chłopie -Odrzekłem z ulgą i odwróciłem się w stronę cienia. Stał tam znowu tamten manekin...
-Akuku - Wyszeptał uśmiechając sie po czym mnie ogłuszył...